
Czy Putin jest dobrym historykiem?
Nie. Putin nie jest ani dobrym, ani historykiem – tak brzmiałaby najkrótsza odpowiedź na to pytanie. Jest za to jednym z najbardziej skutecznych polityków wykorzystujących przeszłość do swoich celów. Zdołał bowiem – różnymi metodami – przekonać większość swoich obywateli, że jest wyrazicielem – jak by to zabawnie nie brzmiało – prawdy historycznej i stoi za nim autorytet nauki. Sprawił przy tym, że historia stała się ważną częścią życia Rosjan i w rezultacie jednym z najistotniejszych elementów ich tożsamości.
Ten niewątpliwy sukces narracji Putina można było zauważyć między innymi w badaniu rosyjskiej opinii publicznej w 2020 roku, które zostało zlecone przez Centrum Polsko- Rosyjskiego Dialogu i Porozumienia (obecnie Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego). 73% respondentów odpowiedziało w nim, że wkroczenia Armii Czerwonej na terytorium II Rzeczypospolitej 17 września 1939 roku nie należy nazywać agresją. W uzasadnieniu wskazywali, że broniła ona jedynie swoich terytoriów lub pomagała Polsce. Ich odpowiedzi stanowiły odzwierciedlenie starannie pielęgnowanego przez Kreml mitu o niewinnej ofierze, jaką ich zdaniem był ZSRR w okresie 1939–1945. Nie ma w nim miejsca na współpracę z Niemcami, deportacje i masowe egzekucje. Jest za to przekonanie, że – jak twierdził Putin w tekście powstałym na 75. rocznicę zakończenia wojny – w 1939 roku należało podpisać układ z Niemcami.
Według niego „nie było alternatywy. W przeciwnym razie ZSRR stanąłby w obliczu poważnie zwiększonego ryzyka, ponieważ – powtórzę to jeszcze raz – stara sowiecko-polska granica przebiegała zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od Mińska”.
Te słowa nie były przy tym oryginalne. Prezydent Rosji oddawał sens tego, co o przyczynach II wojny światowej zapisali autorzy broszury „Fałszerze historii” opublikowanej w 1948 roku. Za jej redakcję osobiście odpowiadał Stalin.
Zaskakujące mogło być jednak to, że 74 lata po wydaniu „Fałszerzy historii” prezydent Rosji, objaśniając konieczność przeprowadzenia tak zwanej specjalnej operacji wojskowej w Ukrainie, posłużył się podobną logiką: „To, co robimy, pomagając ludziom, ratując ich przed nazistami, a z drugiej strony podejmując działania w celu zapewnienia bezpieczeństwa samej Rosji, pokazuje, że nie mieliśmy innego wyboru”.
Nie pierwszy raz prezydent Rosji nie tylko stroił się w szaty historyka, ale również postanowił zająć się rekonstrukcją historyczną. Przenikanie się przeszłości z teraźniejszością dostrzeżemy w wielu wypowiedziach i działaniach lidera Rosji. Przy tym za każdym razem, gdy kolejny tekst o przeszłości podpisany jego imieniem i nazwiskiem ujrzał światło dzienne, obserwowaliśmy ten sam schemat reakcji w mediach i środowiskach eksperckich. Momentalnie pojawiały się objaśnienia i komentarze historyków prostujące uproszczenia i manipulacje Putina. Taki odruch był zrozumiały: stanowił obronę historii jako dyscypliny naukowej. Ważność takich reakcji pokazała także pandemia koronawirusa. Uzmysłowiła ona, jak ważna i jednocześnie trudna jest komunikacja świata nauki ze społeczeństwem. Jednak ograniczenie analizy do wytknięcia błędów prezydentowi Rosji to moim zdaniem zbyt mało, jeśli zajmujemy się polityką historyczną.
Warto zastanowić się nie tylko nad tym, gdzie prezydent Rosji mija się z ustaleniami profesjonalnych badaczy, ale jak jego teksty historyczne powstają. Czy pisze je osobiście? Czy może jest jak Stalin, który zlecał przygotowanie tekstów historycznych zespołom usłużnych partyjnych dziejopisarzy, a następnie gotowy maszynopis samodzielnie redagował? Jakie okoliczności miały wpływ na to, że Putin jest zwolennikiem takiej, a nie innej wizji dziejów? Dlaczego fascynuje się historią?
Odpowiedzi na te pytania pozwolą nam lepiej zrozumieć mentalność rosyjskiego prezydenta, a także rosyjskiej elity władzy. Politycy odwołujący się do przeszłości posługują się językiem emocji i wartości – zauważyła polska socjolożka profesor Barbara Szacka. Zidentyfikowanie źródeł tych emocji i wartości uprawdopodobni ewentualne spekulacje nie tylko co do samej wizji przeszłości Putina, ale także tego, jakich zmian pożąda.
Poszukiwanie odpowiedzi na powyższe pytania jest oczywiście obarczone sporym ryzykiem. Nie mamy dostępu do archiwów kremlowskich i nie jesteśmy w stanie krok po kroku prześledzić procesu powstawania poszczególnych tekstów. Dzisiaj wnioski na temat dyskusji toczonych w zaciszu kremlowskich sal możemy wyciągać jedynie na podstawie tego, co jest widoczne publicznie. Ale, jak mówi rosyjskie przysłowie, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana.
Historia – moja miłość
Było ich dwóch: profesor prawa i doktor nauk ekonomicznych. Spotkali się na Kremlu. Pierwszy z nich przyniósł ze sobą mapę. Twierdził, że jest to kopia tej powstałej we Francji za panowania Ludwika XIV (1643–1715). „Nie ma na niej Ukrainy” – poinformował z mało skrywaną satysfakcją profesor. Jego rozmówca wyglądał na nieco zaskoczonego. „Jest Rzeczpospolita i Kozactwo, i wielkie Cesarstwo Rosyjskie” – ciągnął dalej prawnik. Gdy minęło początkowe zmieszanie, do rozmowy swoje trzy grosze dorzucił doktor nauk ekonomicznych. Wskazując na obszary obecnej Ukrainy, powiedział: „Te ziemie znajdowały się w składzie Rzeczypospolitej i potem poprosiły o wejście w skład Cesarstwa Rosyjskiego. Potem po rewolucji październikowej zaczęto tworzyć quasipaństwowe twory. Władza sowiecka stworzyła sowiecką Ukrainę”.
Profesor prawa nazywał się Walerij Zorkin i pełni obecnie funkcję przewodniczącego Sądu Konstytucyjnego Federacji Rosyjskiej. Doktorem nauk ekonomicznych był nie kto inny jak Putin. Scena rozegrała się w 2023 roku już po pełnoskalowej agresji na Ukrainę. Wnikliwi obserwatorzy w ciągu kilkudziesięciu minut od pojawienia się w sieci wideo przedstawiającego powyższą scenę zdołali nie tylko zidentyfikować, jaką mapę przywlókł ze sobą Zorkin. Wskazali też, że autor – francuski kartograf Hubert Jaillot – oznaczył na niej „Ukrainę – ziemię Kozaków”. Filmik momentalnie stał się wdzięcznym materiałem do memów w rosyjsko- i ukraińskojęzycznym internecie. Z taką wiedzą ani Zorkin, ani Putin nie zdołaliby zdać polskiej matury z historii, sprawdzającej między innymi umiejętność analizowania mapy.
Zorkin wystawił siebie i głowę rosyjskiego państwa na pośmiewisko. Myliłby się jednak ten, kto uważałby, że z wpadki nabijała się cała Rosja. Śmiech ograniczony był do krytycznych użytkowników internetu. To nie do nich jednak kierowano tę ustawkę mającą na celu udowodnienie, że skoro w przeszłości nie było Ukrainy, to nie powinno jej być i dzisiaj. Adresowano ją przede wszystkim do tych 64% Rosjan, dla których – zgodnie z badaniami Centrum Lewady z kwietnia 2023 roku – głównym źródłem informacji pozostaje telewizja. Większość z tych 64% jest powyżej 40. roku życia. Jeśli Zorkin wykazał się inteligencją i wiedzą, to nie w dziedzinie historii i propagandy, ale znajomości charakteru głowy rosyjskiego państwa. Zachowanie przewodniczącego Sądu Konstytucyjnego – pomimo blamażu – świadczyło o świetnym odczytaniu tego, co ekscytuje obecnego prezydenta i w jaki sposób można sprawić mu radość. Wystarczy podsunąć mu pod nos materiał z przeszłości. Najlepiej taki, który potwierdza jego poglądy. W ten sposób można zdobyć dodatkowe punkty sympatii.
Ta scena pokazuje jednak nie tylko to, jak w prosty i łatwy sposób przypodobać się prezydentowi. Jest także ilustracją powszechnego zjawiska, które nie ogranicza się jedynie do Rosji. Oto dwie osoby nieposiadające wykształcenia historycznego bez żadnego zażenowania i z ogromną pewnością siebie rozprawiają na temat przeszłości.
Putin uzyskał tytuł doktora nauk ekonomicznych na podstawie rozprawy poświęconej wykorzystaniu surowców w sytuacji transformacji ustrojowej prowadzącej do systemu kapitalistycznego. Pracę dyplomową obronił w 1997 roku w petersburskim Państwowym Instytucie Górniczym. Istnieją poważne wątpliwości, czy ówczesny zastępca mera Petersburga nie popełnił plagiatu oraz czy w ogóle sam napisał swoją pracę. Igor Danchenko oraz Clifford G. Gaddy, którzy zapoznali się z tą dysertacją, dostrzegli w niej uderzające podobieństwa z wcześniejszą publikacją Williama Kinga oraz Davida Clelanda Strategic Planning and Policy. Popełnienie plagiatu nie wyróżniałoby Putina szczególnie na tle obecnej rosyjskiej elity. Tak się bowiem składa, że były minister kultury, a obecnie doradca prezydenta, historyk z wykształcenia Władimir Miedinski również opanował do perfekcji skróty klawiszowe „ctrl+c” oraz „ctrl+v” przy pisaniu dysertacji na stopień naukowy.
Skąd zatem bierze się ta gotowość Putina do rozprawiania o historii, skoro nigdy jej nie studiował?
Dan Fried, koordynujący politykę sankcyjną administracji Obamy wobec Rosji po aneksji Krymu, twierdzi, że prezydent Rosji wciąż żyje w poczuciu trwania historycznego pojedynku USA–Rosja. „Pierwszą rundę przegrał w 1991 roku, ale myśli, że dzisiaj jest w stanie wygrać drugą” – uważa były ambasador USA w Polsce. Zastępczyni asystenta sekretarza obrony za prezydentury Obamy Evelyn Farkas widzi tę sytuację w podobny sposób: obsesja prezydenta Rosji na punkcie historii bierze się z poczucia upokorzenia z lat 90. minionego stulecia. Michel Duclos – francuski dyplomata i analityk, oraz byli ministrowie spraw zagranicznych Ukrainy Andrij Deszczycia i Pawło Klimkin nie mają wątpliwości, że dla Putina przeszłość jest jednocześnie obrazem pożądanej przez niego przyszłości.
Profesor Adam Daniel Rotfeld twierdzi, że takie podejście podyktowane jest nostalgią za bezpowrotnie minioną imperialną przeszłością i poczuciem strachu przed tym, co nieuchronnie niesie przyszłość, czyli koniecznością modernizacji Rosji. Nie tylko w sensie technologicznym, ale również w sposobach sprawowania władzy, która – wcześniej czy później – doprowadzi do decentralizacji, rządów prawa i demokratyzacji. W efekcie – w rozumieniu Putina i skupionych wokół niego elit – Rosja może utracić autorytarne państwo imperialne, jak stało się to z wszystkimi europejskimi mocarstwami kolonialnymi – kontynentalnymi (jak Austria i Turcja) czy też zamorskimi (jak imperia: brytyjskie, francuskie, włoskie, hiszpańskie, belgijskie, holenderskie czy portugalskie).
Były ambasador Wielkiej Brytanii w Rosji sir Laurie Bristow uważa, że przeszłość jest narzędziem, które pozwala Putinowi kształtować teraźniejszość i przyszłość. Ponadto za pomocą historii rosyjska elita legitymizuje pozycję Rosji na arenie międzynarodowej oraz przywództwo samego Putina. Hannu Himanen, ambasador Finlandii w Rosji (2012–2016), widzi w tej obsesji na punkcie historii sposób na wypełnienie pustki ideologicznej powstałej po rozpadzie Związku Sowieckiego i kompromitacji komunizmu.
Doktor Sławomir Dębski, były dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, dostrzega także czynnik charakterologiczny: jeśli potraktować Putina jako osobę prywatną, to on jest po prostu hobbystą. Z kolei Robert Pszczel – dyplomata pracujący przez wiele lat w NATO – w fascynacji Putina przeszłością dopatruje się zachwytu nad tym, jaką moc ma władza. To władza buduje w człowieku poczucie nieomylności w każdej dziedzinie.
W karykaturalnej formie wiara we własną nieomylność może prowadzić do scen, jakie znamy z Korei Północnej. Tam lider państwa stał się specjalistą i najwyższą wyrocznią od wszystkiego. W Rosji do tego jeszcze nieco brakuje, ale założenie, że Putina otaczają w większości osoby potwierdzające jego dalekowzroczność – tak jak w powyższej scenie – tworzy w nim poczucie profesjonalizmu w takiej dziedzinie jak historia. Zorkin nie był zapewne pierwszy ani ostatni.
* Fragment książki „Historia, która zabija. Polityka historyczna putinowskiej Rosji”, wyd. Prześwity, Warszawa 2026, premiera 27 lutego 2026.