Tydzień temu 85 państw, w tym Polska, potępiło „jednostronne decyzje izraelskie mające na celu rozszerzenie nielegalnej obecności Izraela na Zachodnim Brzegu”. Poszło o rządowe rozporządzenia administracyjne ujawniające rejestry własności ziemi i ułatwiające przejmowanie przez państwo ziem bez ustalonego właściciela. Izraelski rząd nadał sobie także większe uprawnienia w zakresie gospodarki wodnej i ochrony zabytków.
Kto chce aneksji Zachodniego Brzegu?
Decyzje te naruszają porozumienia z Oslo sprzed trzydziestu lat, zabraniające Izraelowi i Autonomii Palestyńskiej dokonywania na terytoriach okupowanych „jednostronnych kroków”. Komentatorzy mówią o „pełzającej aneksji” palestyńskich ziem. Jednak izraelscy ministrowie odrzucają to oskarżenie. „Ponownie zajmujemy to, co i tak nasze”, stwierdził minister dziedzictwa narodowego Amichaj Eliachu, wciągając na jednym ze wzgórz Zachodniego Brzegu izraelską flagę na maszt. „Będziemy nadal zabijać ideę państwa palestyńskiego”, dodał minister finansów Becalel Smotricz.
Ich wypowiedzi formalnie nie reprezentują stanowiska rządu, który nie deklaruje jawnie woli aneksji. Podobnie jak wspomniane rządowe rozporządzenia też, mimo potępienia, aneksji nie stanowią. Ministrowie reprezentują tu jedynie swe dwie małe partie faszystowskie, bez których jednak koalicja premiera Benjamina Netanjahu utraciłaby większość. Dlatego mogą mówić wszystko, co chcą.
Podobnie jak partiom religijnym, kluczowym koalicjantom premiera wolno popierać hasło „raczej śmierć niż pobór”. Ich przedstawiciele uważają, że służba w armii mogłaby, przez kontakt z żołnierkami, zdemoralizować męską młodzież. Wygląda na to, że ugrupowania religijne doprowadzą do uchwalenia ustawy oficjalnie zwalniającej młodzież ultraortodoksyjną z poboru – mimo oburzenia, jakie to budzi wśród służącej w armii większości. I nie ma raczej wątpliwości, że faszyści chcieliby formalnie zaanektować Zachodni Brzeg – a odpowiedzialność za dobór partnerów koalicyjnych spada na premiera.
Bezkarność izraelskich osadników
Liczy się jednak rzeczywistość w terenie, a nie polityczna retoryka, choćby i haniebna. Tu zaś widzimy, że choć formalnie pełzającej aneksji nie ma, to nieformalnie praktyczna aneksja już trwa. W całej swej odrażającej jaskrawości.
Mieszkający na Zachodnim Brzegu Palestyńczycy systematycznie padają ofiarą przemocy ze strony osadników, którzy podpalają plony i domy, zaczepiają, biją i okradają ludzi z niemal całkowitą bezkarnością.
Przed wybuchem wojny w Gazie można było liczyć na to, że wezwana na pomoc policja czy wojsko przynajmniej będzie powściągać przemoc osadników, nawet jeśli nie pociągnie ich do odpowiedzialności. Dziś policja jest pod rozkazami ministra bezpieczeństwa publicznego Itamara Ben Gwira, który przepycha przez Kneset projekt ustawy przywracającej w Izraelu karę śmierci – ale jedynie dla Palestyńczyków. W wojsku zaś służą rezerwiści mieszkający w tych samych osiedlach co osadnicy – sprawcy pogromów. Nie będą zadzierać z kolegami.
Kolonizacja Izraela
Ten stan usankcjonowanego bezprawia oznacza, że państwo odmawia pełnienia obowiązków, jakie na nim jako mocarstwie okupacyjnym spoczywają. Czyli przede wszystkim ochrony bezpieczeństwa mieszkańców, niezależnie od narodowości czy wyznania. Państwo, owszem, broni bezpieczeństwa, ale jedynie żydowskich mieszkańców. Na skutek walk z palestyńskimi terrorystami zginęło w ubiegłym roku 225 Palestyńczyków.
Wojsko podaje, że 96 procent ofiar to terroryści, ale liczby tej nie sposób sprawdzić. Terroryści zabili z kolei w ubiegłym roku dwudziestu Żydów, o połowę mniej niż rok wcześniej. Do tej statystyki należy jednak doliczyć ofiary śmiertelne terroru ze strony osadników: dziewięciu zabitych w 2025 roku.
Generalnie, podczas gdy liczba ataków palestyńskich i ich ofiar na Zachodnim brzegu malała, rosła liczba ataków żydowskich i powodowanych przez nie ofiar.
Nie da się więc ich tłumaczyć reakcją – skądinąd bezprawną – na palestyński terror. To kampania przemocy, mająca na celu uniemożliwienie Palestyńczykom normalnego życia. Biorąc pod uwagę, że osadnikom udało się wprzęgnąć do tej kampanii instytucje państwa, trudno nawet mówić, że Izrael kolonizuje Zachodni Brzeg. To osadnicy z Zachodniego Brzegu, ze swą ideologią rasistowsko motywowanej przemocy, kolonizują Izrael.
Fala przemocy wobec przeciwników osadnictwa
Widać to wyraźnie we wzroście przemocy, werbalnej i fizycznej, wobec tych Izraelczyków, którzy się tej kampanii przemocy sprzeciwiają. Widać w pozbawionej wszelkich zahamowań akcji rządu przeciwko sędziowskiej niezależności i podstawom praworządności. Widać zwłaszcza w bezprecedensowej fali morderstw, których ofiarą padają izraelscy Arabowie: tylko w zeszłym roku zginęło w niej ponad 250 osób.
Państwo wycofało się z odpowiedzialności za bezpieczeństwo swych nieżydowskich obywateli, pozwalając, by gangi zajęły jego miejsce.
Gangi chronią jednych w zamian za haracz, a innych mordują, z wykorzystaniem najnowszej technologii. W miejscowości Kfar Kanna na dom jednej z dwóch rywalizujących rodzin gangsterskich zrzucono granaty za pomocą drona. Ministrowi Ben Gwirowi, który temu przygląda się bezczynnie, faszystowska ideologia najwyraźniej nie pozwala zrozumieć nie tylko tego, że chronić należy wszystkich, lecz także i tego, że nie ma powodu, by arabskie gangi zabijały jedynie Arabów.
Brak reakcji świata
Wszystko to nie budzi jednak oburzenia, a choćby zainteresowania opinii światowej – a przecież powinno. W postrzeganiu państwa żydowskiego nastąpiła jednak osobliwa inwersja. Izrael oskarża się bezpodstawnie o domniemane ludobójstwo w Gazie, która miałaby przypominać getta tworzone przez Niemców dla Żydów. Nie ma zarazem adekwatnej reakcji na systematyczne powtarzające się od lat pogromy Palestyńczyków.
Reakcja państwa na nie była zrazu niewystarczająca, następnie obojętna, by wreszcie przerodzić się w aktywne wspólnictwo. Tutaj analogia między losem Palestyńczyków a losem Żydów w Europie Środkowej i Wschodniej XIX i XX wieku jest całkowicie zasadna.
Tymczasem wspomniane oświadczenie potępiające podpisała jedynie mniejszość członków ONZ.
Możliwe są różne próby wyjaśnienia tego stanu rzeczy. Izrael na Zachodnim Brzegu dopiero dąży do czystki etnicznej Palestyńczyków. Z kolei Turcja już pół wieku temu skutecznie przeprowadziła taką czystkę greckich mieszkańców zdobytego Cypru Północnego, i nie ponosi z tego powodu większych konsekwencji. Izrael dopiero chciałby anektować Zachodni Brzeg, podczas gdy Maroko już pół wieku temu przyłączyło siłą Saharę Zachodnią, a w ubiegłym roku zyskało uznanie tego stanu rzeczy przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. W szklanych domach nie rzuca się kamieniami.
Kto ma wpływ na Netanjahu?
Innym powodem może być obawa, że krytyka Izraela za jego postępowanie na Zachodnim Brzegu może go zniechęcić do przestrzegania zawieszenia broni w Gazie. Tyle tylko, że to obawa przed zrażeniem do siebie Donalda Trumpa, a nie Zgromadzenia Ogólnego ONZ, ma na Netanjahu wpływ moderujący. Aneksja Zachodniego Brzegu nie jest deklarowanym celem jego rządu dlatego, że amerykański prezydent rzucił kiedyś przelotem, że na to nie pozwoli.
Poza tym większość Izraelczyków z ulgą przyjęła zakończenie działań zbrojnych w Gazie i niechętna jest ich wznowieniu. Jeśli Netanjahu słucha głosu opinii, to krajowej, a nie międzynarodowej.
Odpowiedzialność prawna, polityczna i moralna za antypalestyńską przemoc na Zachodnim Brzegu spada oczywiście na rząd izraelski. Ale można wysunąć przypuszczenie, że świat mniej się przejmuje losem Zachodniego Brzegu niż Gazy także dlatego, że w przeciwieństwie do Hamasu tamtejsi terroryści nie urządzili spektakularnej rzezi Żydów, która skutecznie skupiłaby uwagę opinii publicznej.
Uwolnienie z okupacji. Najpierw Izrael, potem Zachodni Brzeg
Ową inwersję postrzegania Izraela widać też na innych płaszczyznach. W żydowskiej dzielnicy Marais w Paryżu jednemu z placyków nadano właśnie imię Szymona Peresa. To zmarły izraelski polityk, minister, premier i prezydent, architekt porozumień z Oslo, który całe życie utrzymywał bliską współpracę z francuskimi rządami. Nadanie placykowi jego imienia jest w świetle jego zasług i związków z Francją czymś oczywistym.
Skrajna lewica wyraziła jednak oburzenie. Francuska europosłanka Rima Hassan z partii Francja Niepokorna Jean-Luca Mélenchona zaprotestowała przeciwko takiemu uhonorowaniu. Stwierdziła, że jego promotor, socjalistyczny burmistrz dzielnicy Paryża-Centrum Ariel Weil, jest „entuzjastycznym zwolennikiem kolonialistycznej ideologii syjonistycznej”. Jego partię oskarżyła o „wspieranie ludobójczego dyskursu”, a jego samego, że „urodził się w okupowanej Palestynie” (czyli w Izraelu), co powinno go definitywnie dyskwalifikować. Peresa zaś miałoby kompromitować prowadzenie wojen z Hamasem i Hezbollahem oraz „kolonizacja Cisjordanii” [Zachodniego Brzegu].
Wprawdzie Peres ma już swoje place w Nowym Jorku i Rio de Janeiro, ale w Izraelu wciąż nie. Pod rządami Netanjahu został uznany, z powodu porozumień pokojowych z Oslo, za zdrajcę sprawy narodowej, nie zasługującego na takie upamiętnienie. Posłanka Hassan i premier Netanjahu mają więc wspólnego wroga.
Dopiero gdy Izrael wyzwoli się z okupacji Zachodniego Brzegu – najpierw sam, a potem uwolni od niej mieszkających tam Palestyńczyków – będzie można mieć nadzieję na placyk Peresa w Jerozolimie.