Jak na kraj mierzący się z gigantycznymi problemami energetycznymi, Kuba radzi sobie nadspodziewanie dobrze z transportem miejskim.
Owszem, od kilku tygodni prawie w ogóle na wyspę nie docierają dostawy ropy naftowej, co jest wynikiem nacisków Donalda Trumpa i jego administracji na dotychczasowych partnerów reżimu w Hawanie – Wenezuelę i Meksyk.
A wenezuelskie surowce trafiały tu od dziesięcioleci. Głównie na zasadzie barteru, bo najpierw Hugo Chávez, a po jego śmierci Nicolás Maduro chętnie przekazywali ropę Kubańczykom w zamian za to, co akurat Kubańczycy byli w stanie im zaoferować. Początkowo byli to głównie lekarze, podstawowy towar eksportowy kubańskiego komunizmu, ale z czasem Maduro lekarzy zaczął wymieniać na doradców wojskowych i osobistych ochroniarzy. Do tego stopnia, że kiedy 3 stycznia amerykańscy żołnierze z Delta Force wtargnęli do jego rezydencji w Caracas, większość personelu wokół niego stanowili właśnie Kubańczycy.
Kuba znowu na krawędzi
Od wielu miesięcy jednak to Meksyk jest głównym dostawcą ropy na Kubę, w różnych momentach dowoził tu 40, a nawet 70 procent całego paliwa trafiającego na wyspę. To źródło jednak też powoli wysycha, bo Meksykanie zakręcają kurek na wyraźne życzenie Trumpa. Oni mają własną kalkulację strategiczną – muszą liczyć się z nieprzewidywalnym sąsiadem z północy, regularnie grożącym im interwencją na ich terytorium w celu walki z kartelami narkotykowymi.
Kubańska gospodarka z tego względu znalazła się na krawędzi. Choć trudno jednoznacznie stwierdzić, czy z tej dzisiejszej krawędzi bliżej do dna przepaści niż chociażby w trakcie pandemii koronawirusa czy „specjalnego okresu” na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, czyli gigantycznego kryzysu wywołanego upadkiem Związku Radzieckiego.
Turystów jest znacznie mniej, knajpy i sklepy z pamiątkami świecą pustkami. Tętniące życiem ulice i bazary stały się ciche i spokojne. Brakuje charakterystycznego dla Karaibów i całego świata latynoskiego gwaru – ale jeden z powodów tej ciszy jest zupełnie inny od pozostałych.
Chiny w Hawanie
Jeśli ktoś, jak ja, wraca na Kubę po kilkuletniej przerwie, szybko zaobserwuje dość fundamentalną zmianę właśnie w pejzażu komunikacyjnej codzienności. Jeszcze kilka lat temu podstawowym środkiem transportu były tu oczywiście miejskie autobusy, busiki, rowery, ale też stare amerykańskie krążowniki szos, emitujące obrzydliwe, śmierdzące kłęby spalin i głośny ryk silników. Dzisiaj ruch jest mniejszy, bo nie jest łatwo o paliwo.
Jednak teraz wiele z wciąż poruszających się tu aut to… chińskie pojazdy elektryczne.
Wystarczy kilkanaście minut na szosach dookoła stolicy, żeby zauważyć kilka różnych chińskich marek. Duże SUV-y, zwykłe sedany – z logotypami nieobecnymi jeszcze w Europie. Do tego coraz bardziej modne elektryczne skutery i motocykle, co prawda mniej więcej o jedną trzecią droższe od tych spalinowych, ale mające tę przewagę, że da się je jeszcze naładować.
Wydaje się to naturalne, bo Kuba od lat odcięta jest od rynku amerykańskiego, a Chińczycy doskonale umieją omijać zachodnie embarga i sankcje, więc prędzej czy później musieli się tu pojawić. Tyle tylko, że nie są jedynie dostarczycielami samochodów albo motorów. Odciski palców Pekinu są już na całej kubańskiej gospodarce, wszędzie na obszarze tej wyspy.
Według analiz amerykańskiego think tanku Centre for Strategic and International Studies (CSIS) firmy takie jak ZTE czy Huawei, które zostały już kilka lat temu pozbawione szans na udział w przetargach publicznych w Europie czy USA, stanowią fundament sieci telekomunikacyjnej na Kubie. Oczywiście w ścisłej symbiozie z kubańskim rządem, któremu przekazują dane użytkowników, umożliwiając siłowe zdławienie protestów, jak na przykład w 2021 roku.
Od września ubiegłego roku kubańskie instytucje finansowe stanowią część systemu CIPS, chińskiej alternatywy dla SWIFT, narzędzia umożliwiającego transakcje walutowe i międzynarodowe. Chińczycy inwestują tu w porty, lotniska, kombinaty rolnicze.
Ropy nie są akurat teraz w stanie dowieźć, bo stracili bezproblemowy dostęp do wenezuelskich złóż, a sami nie mogą tu przysłać paliwa, żeby nie ryzykować eskalacji ze strony Trumpa. Ale, co ciekawe, to oni wciąż – dosłownie – powstrzymują Kubę przed pogążeniem się w ciemności.
Tylko w ciągu ostatnich 12 miesięcy na wyspie zbudowano, oczywiście głównie za chińskie pieniądze, chińskimi rękami i przy użyciu chińskiego sprzętu, aż 49 nowych centrali fotowoltaicznych. Dzięki temu kubańska sieć energetyczna nie tylko nie upadła, ale przeszła też relatywnie dużą modernizację. Co samo w sobie jest już gigantyczną ironią, zwłaszcza w konfrontacji z energetyczną polityką Trumpa i jego ekipy.
Chwiejąca się na nogach, biedna i zapuszczona gospodarczo Kuba próbuje się uniezależnić energetycznie, stawiając na odnawialne źródła, podczas gdy prezydent USA uprawia konkwistę napędzaną obsesją ropopochodną, zupełnie jakby żył w świecie lat osiemdziesiątych XX wieku, a nie dzisiejszym.
Granice potęgi amerykańskiej
Przypadek współpracy kubańsko-chińskiej, łatwy do zrozumienia z powodu ideologicznego powinowactwa tych krajów, jest tylko wierzchołkiem góry lodowej. Im bardziej na południe, tym chińska obecność jest wyraźniejsza, mocniej zakotwiczona.
Chińczycy kontrolują kluczowy dla obszaru Pacyfiku terminal portowy w Chancay w Peru. Podejmują ogromne inwestycje infrastrukturalne w Brazylii – i robią to od lat. A współpraca ta tylko nabiera tempa, bo im bardziej Trump wchodzi w rolę dyplomatycznego pałkarza, nakładając na Brazylię cła, tym bardziej Lula intensyfikuje stosunki handlowe z Pekinem. Już kluczowym partnerem dla Państwa Środka jest Chile, które wprawdzie częściowo znacjonalizowało swoje zasoby metali – zwłaszcza ziem rzadkich – ale i tak sprzedaje je głównie na rynki azjatyckie, w tym właśnie do Chin.
Ludzie Xi Jinpinga mają niewyobrażalnie silną pozycję na półkuli zachodniej.
Także dlatego, że po prostu realizują swoje obietnice w niezłym tempie. Celnie, choć boleśnie dla Europy, opisała to Jana Puglierin, niemiecka politolożka z berlińskiego biura Europejskiej Rady Spraw Międzynarodowych (ECFR). Będąc w ubiegłym roku w Warszawie, przytoczyła wypowiedź brazylijskiego dyplomaty, który jej powiedział, że „Europejczycy przyjeżdżają do Brazylii z 25-osobową delegacją, zostają na dwa tygodnie, wyjeżdżają i rozmowy trwają. Chińczycy przyjeżdżają w 100 osób na trzy dni i zostawiają za sobą nowe lotnisko”. Przesada, ale tylko częściowa.
Tylko cztery kraje na półkuli zachodniej wymieniają dzisiaj więcej dóbr i usług z Amerykanami niż z Chinami. Pięć ma z Pekinem bilateralne umowy o wolnym handlu. Partnerstwo z Chińczykami odpowiada dzisiaj za ponad 10 procent zbiorowego PKB całego regionu.
Rosną związki wojskowe, Pekin może w każdej chwili uzbroić infrastrukturę krytyczną, wykorzystując ją do celów militarnych. Na przykład w celu przyblokowania amerykańskich sił, które chciałyby pomóc Tajwańczykom w czasie ewentualnej inwazji ze strony Chin. Brzmi jak science fiction? Cóż, już raz Kuba została wykorzystana przez wschodnie mocarstwo do eskalacji przeciwko Stanom Zjednoczonym. Nie ma powodu zakładać, że historia nie mogłaby się powtórzyć.
Tymczasem Trump i jego człowiek do spraw latynoskich, Marco Rubio, nie przestają snuć fantazji o powrocie do świata z XIX wieku. Świata, w którym Waszyngton mógł robić, co chciał na tej półkuli. Problem w tym, że przy wypowiadaniu tych bzdur nie pytają Chińczyków o zdanie. A niestety muszą, bo mimo wszystko żyjemy w świecie z XXI, a nie z XIX wieku. W tym świecie nawet, a może przede wszystkim amerykańska potęga ma swoje granice. W dodatku te granice zaczynają się już 140 kilometrów na południe od wybrzeży Florydy.