Niezależnie od jej efektów militarnych, to one kształtować będą sytuację na Bliskim Wschodzie.

Trump ryzykuje

Po pierwsze, wojna jest niezmiernie niepopularna w samych USA: popiera ją tylko 27 procent badanych, podczas gdy 43 procent jest jej przeciwnych. Wraz z nieuchronnym wzrostem liczby ofiar – do tej pory zginęło sześciu amerykańskich żołnierzy – jej niepopularność będzie rosła. Wynika ona z tego, że nie jest jasne, dlaczego USA przystąpiły do wojny. Za to jasne jest, że dokonały tego z pogwałceniem prawa międzynarodowego (nie było agresji przeciwko USA lub jej bezpośredniej groźby) oraz krajowego (nie było stosownej rezolucji Kongresu).

Stany występują w konflikcie jako ochotniczy sojusznik Izraela, który miał oczywiście prawo uderzyć na Iran: od irańskiego ataku na izraelską ambasadę w Buenos Aires w 1992 roku, w którym zginęło 29 osób, oba kraje są w stanie niewypowiedzianej wojny. Iran z kolei systematycznie głosi zniszczenie Izraela jako jeden ze swych celów politycznych.

Ale Izrael jest w USA coraz bardziej niepopularny: w najnowszym sondażu po raz pierwszy większość Amerykanów (a nie tylko, jak dotąd, wyborców Partii Demokratycznej) zadeklarowało większą sympatię dla Palestyńczyków niż dla państwa żydowskiego. Ten trend jest stały i będzie się pogłębiał.

W tej sytuacji może utrwalić się opinia, że prezydent Donald Trump wciągnął USA w wojnę z Iranem w interesie Izraela.

Niezależnie od tego, czy jest ona uzasadniona, może mieć katastrofalne konsekwencje dla prezydenta, którego poparcie i tak maleje.

Tym bardziej że w kampanii wyborczej obiecywał, że będzie kończył wojny, a nie je rozpętywał. Te względy mogą skłonić Trumpa do szybkiego zakończenia konfliktu – i wzmocnić determinację Teheranu.

Netanjahu zyskuje

W Izraelu natomiast skuteczna do tej pory kampania przeciw Iranowi przy niskich stratach własnych (kilkunastu zabitych), w tym zwłaszcza zabicie ajatollaha Chameneiego, może zwiększyć popularność premiera Benjamina Netanjahu. Dotąd wróżono mu raczej klęskę w październikowych wyborach.

Izrael ma jasne cele wojenne: sprawić, by Iran nigdy więcej nie był dlań egzystencjalną groźbą. A więc eliminacja programu atomowego, likwidacja zagrożenia rakietowego, zakończenie wspierania antyizraelskich ugrupowań terrorystycznych. To osiągnąć można jedynie poprzez zmianę reżimu, która jest jednak trudno osiągalna z powietrza.

Systematyczne niszczenie irańskiej infrastruktury wojskowej i bezpieczeństwa może mimo wszystko ułatwić samym Irańczykom podjęcie próby obalenia władzy ajatollahów. Netanjahu ma więc interes i wojskowy, i polityczny, w kontynuacji kampanii aż do spodziewanego przełomu. Tego jednak nie jest w stanie osiągnąć jedynie własnymi środkami. Stąd znaczenie utrzymania USA w wojnie.

Presja sojuszników

Waszyngton tymczasem znajduje się pod rosnącą presją swych sojuszników arabskich, by wojnę jak najszybciej zakończyć. Po pierwsze dlatego, że terrorystyczny irański ostrzał infrastruktury cywilnej Emiratów, Bahrajnu, Omanu, Kuwejtu, Arabii Saudyjskiej i Kataru, w tym zwłaszcza instalacji naftowych, wyrządza tym krajom ogromne straty ekonomiczne i polityczne.

W ciągu pierwszych trzech dni wojny Iran wystrzelił w kierunku tych państw niemal pięćset rakiet (z około 2500, które jeszcze posiadał). Wysłał też ponad tysiąc dronów, wobec których ich obrona powietrzna była w znacznym stopniu bezsilna. W tym samym czasie Irańczycy odpalili na Izrael tylko kilkaset rakiet i dronów, z których jedynie trzy wyrządziły znaczące szkody.

Zarazem arabscy sąsiedzi cieszą się, oczywiście, z perspektywy osłabienia Teheranu tak, by przestał być dla nich groźny (Iran i Arabia Saudyjska kilkakrotnie znalazły się w przeszłości na krawędzi wojny). Bardzo obawiają się jednocześnie perspektywy destabilizacji państwa irańskiego, która zaowocowałaby falą uchodźców. Boją się tego zwłaszcza państwa graniczące z Iranem, w tym Turcja. Ta zapowiedziała już, że jeśli reżim irański upadnie, jej wojsko zajmie strefę buforową w Iranie, by uniemożliwić napływ uchodźców do Turcji.

Tureckie obawy

Ankara jest głęboko zaniepokojona groźbą powtórzenia scenariusza syryjskiego. W Turcji schroniło się wtedy 3,5 miliona Syryjczyków. Ogromna większość z nich wciąż tam przebywa, a wroga reakcja Turków na ich pobyt destabilizuje sytuację w kraju. Temu exodusowi nie zapobiegły istniejące nadal tureckie przygraniczne strefy okupacyjne w Syrii, budowane doraźnie i w sposób nieciągły. Tym razem Ankara zamierza działać wyprzedzająco i konsekwentnie.

Jednak tym samym naruszona zostałaby najstarsza granica Bliskiego Wschodu, ustalona w traktacie otomańsko-perskim z Zuhab w 1639 roku. Tureckie okupacje, jak ponad półwiekowa na Cyprze, mają cechy trwałości.

Z kolei destabilizacja Iranu mogłaby powodować ruchy odśrodkowe dławionych dotychczas, a stanowiących około 40 procent ludności w Iranie  mniejszości.

Mowa tutaj o Kurdach, Beludżach i zwłaszcza Azerach, których w Iranie jest więcej niż w Azerbejdżanie. Groźba demontażu ostatniego wielkiego regionalnego imperium kolonialnego może budzić terytorialne apetyty u sąsiadów, ale jeszcze bardziej lęk przed rozprzestrzenianiem się niestabilności.

Walka o cieśninę Ormuz

Podobnie jest w strefie ekonomicznej: krótkotrwałe zyski mogą przerodzić się w długoterminowe straty. Jeszcze przed irańskim oświadczeniem o zamknięciu cieśniny Ormuz, ceny ropy skoczyły, na wieść o wojnie, o 10 procent, a gazu – o ponad 40 procent. Przez cieśninę przepływa 20 procent światowego handlu tymi surowcami. To także zwiększa presję, międzynarodową i wewnętrzną na Trumpa, by zakończył wojnę. Ale dotyka również Iran: 90 procent jego objętego sankcjami eksportu ropy jest skierowane do Chin. Zamknięcie cieśniny także i ten eksport by ograniczyło.

Wprawdzie 70 procent irańskiego eksportu ropy wypływa z nowego portu Jask, położonego już w Zatoce Omańskiej, ale prowadzące do niego rurociągi zostały częściowo zbombardowane już pierwszego dnia powietrznej ofensywy. Co więcej, wystarczyło ostrzelanie przez Iran kilku statków, by armatorzy skierowali pozostałe jednostki do portów. Nie jest jednak jasne, czy Iran rzeczywiście jest w stanie Ormuz zamknąć. Jego marynarka wojenna została zatopiona, a baterie artylerii przybrzeżnej częściowo zbombardowane. Statki w teorii można też atakować dronami i rakietami odpalanymi z ruchomych wyrzutni.  Jednak ta taktyka, stosowana przez jemeńskich Hutich w cieśninie Bab el Mandeb, nie doprowadziła do jej zamknięcia, choć trafionych zostało kilkanaście statków.

Wizerunkowe straty Rosji

Na razie na wzroście cen ropy i gazu zyskała wydatnie Rosja, a straciły Chiny – dwa państwa, z którymi Iran podpisał porozumienia o strategicznej współpracy. Ale oba w obliczu powietrznej ofensywy zachowują się niezwykle wstrzemięźliwie.

Rosja poniosła już znaczne straty wizerunkowe. Jej polityczny parasol nie ochronił Iranu ani jego przywódcy, podobnie jak wcześniej nie ochronił syryjskiego dyktatora Assada.

Co więcej, rosyjska broń, w którą Iran jest w znacznym stopniu wyposażony, przegrywa z uzbrojeniem amerykańskim i izraelskim. W tej sytuacji decyzja o nieudostępnieniu Iranowi obiecanych najnowszych systemów obrony powietrznej S400 i myśliwców Su-35 może okazać się dalekowzroczną próbą uniknięcia dalszej kompromitacji. Ale inne reżimy, jak te w afrykańskim Sahelu, które postanowiły związać swe bezpieczeństwo z Rosją, zapewne bacznie przyglądają się temu, jak Moskwa wywiązuje się ze swoich gwarancji wobec Iranu.

Tymczasem irańskie drony Szahid-136 nadal sprawdzają się dobrze w warunkach bojowych. Sieją śmierć i zniszczenie od Dubaju po Tel Awiw, oraz na frontach w Ukrainie, gdzie latają ich rosyjskie klony. Ukraina oczywiście pozytywnie ocenia atak jej kapryśnego amerykańskiego partnera na irańskiego sojusznika swego wroga. Obawia się jednak, że jeśli wojna z Iranem się przedłuży, to wojna w Ukrainie zejdzie na dalszy plan. Także jeśli chodzi o zaopatrzenie kraju w amunicję i broń.

Amerykanie i Izraelczycy zużywają bomby i rakiety w tempie wielokrotnie przewyższającym możliwości produkcyjne. Co więcej, wyprodukowanie jednego Szahida-136 kosztuje około 35 tysięcy dolarów. Z kolei wyprodukowanie jednej antyrakiety – około 3 milionów. Także i z tego powodu przedłużanie wojny będzie coraz bardziej kosztowne.

Nowy układ sił

Niezależnie od tego, jaki Iran będzie po jej zakończeniu, jest oczywiste, że będzie politycznie i militarnie bardzo osłabiony. Perspektywa nacjonalistycznej dyktatury, powstałej z autoreformy reżimu lub będącej skutkiem jego obalenia, wydaje się najbardziej prawdopodobna. Zaś poprawa warunków życia ludności będzie warunkiem przetrwania nowych władz, co odsunie marzenia o odbudowie programu atomowego czy balistycznego na znacznie dalszy plan.

W tak powstałą próżnię wkroczy zapewne Turcja – jako jedyne państwo regionu posiadające odpowiedni potencjał militarny, polityczny i gospodarczy. Do bloku tureckiego, obejmującego Azerbejdżan, Syrię i Katar, dołączyć może Arabia Saudyjska. Ta od niedawna połączona jest ścisłym sojuszem wojskowym z Pakistanem, który z kolei od lat koordynuje swe działania z Ankarą. Po przeciwnej stronie znajdą się coraz bardziej skonfliktowane z Saudyjczykami i zacieśniające współpracę z Izraelem Emiraty. W tę stronę grawitują też Indie – choć Iran jest dla nich lądowym pomostem do Bliskiego Wschodu, przełamującym pakistańską terytorialną blokadę.

W obliczu takich przetasowań kwestia palestyńska zapewne zejdzie – jak wcześniej kurdyjska – na plan dalszy. Ale zarazem osłabienie Iranu stworzy Izraelowi wyjątkową możliwość wznowienia rozmów w sprawie powstania państwa palestyńskiego. Takiego, które nie byłoby, poprzez Hamas, irańską ekspozyturą egzystencjalnie zagrażającą Izraelowi. Jeżeli jednak wojna da kolejne zwycięstwo wyborcze premierowi Benjaminowi Netanjahu i jego obozowi politycznemu, to trudno oczekiwać, by szansa ta została wykorzystana. Za jej zmarnowanie płacić będą w pierwszym rzędzie Palestyńczycy, w dalszej jednak kolejności sam Izrael.

Przykład Iranu, jeszcze do niedawna pyszniącego się mianem najpotężniejszego regionalnego mocarstwa, winien uczyć nie tyle pychy z jego pokonania, co obawy przed powtórzeniem jego upadku. Sentencja w Biblii hebrajskiej (Przysłów 16:18) o pysze, która kroczy przed upadkiem, tyczyła się zresztą właśnie Persji, i przestrzegała Żydów przed naśladowaniem perskiej pychy.