Czy Polak, który wykupił pół roku temu bilet na samolot, albo wycieczkę na Filipiny, Seszele czy do Indonezji mógł przewidzieć, że będzie miał problem z powrotem do domu, bo 1 marca, tysiące kilometrów dalej, Ameryka zaatakuje Iran?
Nie mógł, chociaż po objęciu urzędu prezydenta przez Donalda Trumpa świat stał się jeszcze bardziej niestabilny. Teraz turyści, w tym polscy, koczują na dalekich azjatyckich lotniskach, z których przestały latać samoloty do Europy i na przesiadkowych hubach na Bliskim Wschodzie, bo Iran odpowiedział atakując sojuszników Ameryki w rejonach, w których kwitnie przemysł turystyczny.
Wojna w drodze do domu
Sprowadzenie turystów do kraju jest w Polsce traktowane jak sprawa najwyższej wagi. Wczoraj postępy w staraniach w tej kwestii relacjonował wyprostowany jak struna minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski podczas narady z udziałem premiera Donalda Tuska.
Jak mówił, część podróżujących zostanie wysłana samolotami linii lotniczych państw w których utknęli. Premier zapowiedział z kolei, że wyśle po Polaków samoloty wojskowe. Minister infrastruktury Dariusz Klimczak – że LOT wyśle swój największy samolot po Polaków uziemionych na Sri Lance i Malediwach.
Wszystkie te zapowiedzi czy działania obserwuje na bieżąco PiS, który, oczywiście, krytykuje rząd alarmując, że nie panuje nad niezwykle poważną sytuacją.
Wojna zeszła na walizki
Inna wojna, ta za wschodnią granicą, w Ukrainie, trwa na pełną skalę już od 4 lat. W jej konsekwencji zmieniały się ceny gazu, ropy. Z kolei państwo przeznacza pieniądze, nie swoje przecież, tylko podatników, na większe niż wcześniej zbrojenia, umacnianie systemu obrony cywilnej, szkolenia wojskowe cywili. Dotyczy to każdego z nas.
Rosja prowadzi z państwami Unii Europejskiej, która stanęła po stronie Ukrainy, wojnę dezinformacyjną, hybrydową na granicy i sabotażową. Eksperci nie wykluczają, że może zaatakować też któreś z państw konwencjonalnie. To też dotyczy każdego z nas. Tylko nie każdy z nas to czuje, nie każdy traktuje tę wojnę, jak swoją sprawę.
Teraz skutki ataku Stanów Zjednoczonych na Iran, sprawiły, że wojenny chaos na świecie zszedł pod strzechy, czy na walizki. A wszystko to za sprawą globalnego przemysłu turystycznego, który otworzył erę przekraczania wcześniej nieprzekraczalnych granic.
To, co miało sprawić, że poznawanie świata paradoksalnie stało się mniej dostępne, bo przecież hotele z systemem basenów i restauracjami all inclusive wszędzie są podobne, doprowadziło do przełomu w świadomości społecznej. Nawet ludzie, którzy wojny uważali za abstrakcyjne, nie dotyczące ich, teraz czują osobiście skutki jednej z nich koczując na twardych lotniskowych posadzkach.
Wyższe rachunki w sklepie, czy na stacji benzynowej to bardziej skomplikowana w odbiorze konsekwencja wojny niż nagła utrata możliwości wyjechania na wakacje.
Na Tik Toku nie mówili o wojnie
Ci, którzy utknęli w krajach Zatoki Perskiej opowiadają dziennikarzom co czują, kiedy widzą zestrzeliwane rakiety.
To połączenie kończącego się wypoczynku i realnego zagrożenia życia robi szczególne wrażenie, ale przecież rakiety spadają zaraz za naszą granicą i zabijają ludzi.
Tylko do Lwowa jeździło mniej turystów niż do resortów w dalekiej Azji czy na Bliskim Wschodzie. I to za sprawą tej skali tym razem wojna stała się dla nich widoczna.
W mediach tradycyjnych i społecznościowych krążą żarty z pary influencerów, która pojechała tuż przed atakiem na Iran do Dubaju, chociaż od dawna MSZ ostrzegało, żeby tam nie jeździć. Zrobili to, bo nic o ostrzeżeniach nie wiedzieli. Nie spodziewali się zagrożenia, bo, jak tłumaczą, na ich Tik Toku „totalnie” nic na ten temat nie było. Inni także próbowali wyjaśniać, że nie interesują się polityką, wsiedli do samolotu na wakacje, bo leciał zgodnie z planem.
Teraz, kiedy turystami uwięzionymi na lotniskach zajmują się wszystkie media, rząd i opozycja, trudno byłoby tłumaczyć się niewiedzą.
Konsekwencje uderzenia Trumpa dotykają też ludzi, którzy zaplanowali wakacje w Egipcie czy Turcji. MSZ nie ostrzega przed podróżowaniem do tamtejszych popularnych kurortów , a biura turystyczne nie odwołują wycieczek, ale klienci zastanawiają się, czy powinni wyjeżdżać. Decyzja o wakacjach w wyobrażonym raju staje się ryzykowna bo światowy chaos dopadł właśnie ludzi, którzy chcieli oderwać się od codziennych stresów.
Globalna turystyka zachwiała się z powodu decyzji militarnych prezydenta Stanów Zjednoczonych i jej konsekwencji. Trudno skuteczniej przebić się do ludzi z wiedzą o sytuacji na świecie niż w ten sposób.
Wojna psuje plany
Z wojną już tak jest, że psuje plany. Wyrzeczenia z powodu mozolnie spłacanego kredytu mieszkaniowego tracą sens, kiedy w dom uderza rakieta. Nowe meble zostają dla okupantów. Nowe ciuchy – w szafach, kiedy się idzie na front. Nowe plany znikają, kiedy ktoś zostaje zabity.
Ale to się nie dzieje tam, gdzie wojny nie ma, nawet, jeśli jest to tuż za granicą.
Protestujący obywatele Iranu ginęli niedawno w masakrach urządzonych przez reżim ajatollahów. Wzbudzało to przerażenie nielicznych odbiorców mediów, dziennikarzy, osób zawodowo zainteresowanych sytuacją na świecie czy wprost w Iranie.
Ale do powszechnej świadomości nie przebijało się to na tyle, by wywołać zauważalne reakcje społeczne.
Kiedy Ameryka i Izrael zaatakowały Iran, a reżim odpowiedział atakami na ich sojuszników, wojna weszła w pole powszechnego zainteresowania za sprawą globalnego przemysłu turystycznego.
Niewygoda utorowała drogę do powszechniejszej świadomości, że wojny wyglądające na cudze są też naszymi wojnami. Zrobiła to lepiej niż eksperci i publicyści, którzy od lat łączą kropki globalnych zależności politycznych.