Dokonało się. Po miesiącach dość przykrego przedstawienia Polska 2050 Szymona Hołowni pękła na pół. Rozwód był to burzliwy, pełen wzajemnych oskarżeń i intryg. Mimo sporów w jednym zwaśnione frakcje są jednak zaskakująco zgodne. Zarówno secesjoniści, jak i unioniści niemal identycznie określili swoją polityczną tożsamość.
Zgodność to jednak tylko pozorna.
Centrum – to właśnie tak definiuje samą siebie zarówno frakcja Pauliny Hennig-Kloski, jak i Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Pierwsi, aby nie pozostawić wątpliwości, gdzie sami siebie widzą na politycznej mapie, swój nowy klub parlamentarny nazwali po prostu „Centrum”. Pełczyńska-Nałęcz obrała tymczasem kurs na „wyraziste centrum”.
Choć jedni i drudzy wyruszyli w drogę z pieśnią na ustach brzmiącą podobnie – poszli przeciwnych kierunkach. Bo obydwa środowiska zupełnie inaczej definiują, czym jest, a czym dopiero będzie polityczne centrum.
Tacy jak Tusk
Ekipa skupiona wokół minister klimatu Hennig-Kloski postawiła na tradycję. Zgodnie z maksymą inżyniera Mamonia z „Rejsu”, tłumaczącego, że lubi melodie, które już słyszał, dostajemy coś, co doskonale znamy – odżegnujący się od radykalizmów z prawa i lewa, wolnorynkowy, prounijny, trochę bezobjawowy liberalizm à la polonaise.
Skoro programowo Centrum nie zaskakuje, to i jego polityczna przyszłość jest dość łatwa do odgadnięcia.
Nie tylko melodia, którą gra, jest dobrze znana, ale i szlak, którym idzie, jest wydeptany – ostatnio przez Nowoczesną.
Nowy twór polityczny tworzą przecież patrioci koalicji 15 października, a jednym z głównych źródeł ich nieporozumień z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz był zbyt asertywny kurs ministry funduszy wobec premiera. Centrum orbitować będzie więc wokół Donalda Tuska.
Realna klasa średnia
Inaczej sprawa ma się z Polską 2050 Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz. Nowa przewodnicząca próbuje zrobić coś, czego na polskiej scenie politycznej jeszcze nie było – populistyczną partię dla klasy średniej. Taką, która obsługuje faktyczne interesy tej klasy, a nie wyobrażone, będące w istocie interesami klasy wyższej lub wielkiego biznesu.
Znają państwo tego mema, w którym bogacz z talerzem pełnym ciasteczek, wskazując palcem na imigranta, mówi robotnikowi, który ma przed sobą jeden mizerny wypiek: „Uważaj, on chce zabrać twoje ciastko!”.
Jednym z filarów polskiego życia politycznego jest podobna manipulacja. To zaszczepione w czasie transformacji przekonanie, że wolny rynek samoistnie dostarczy najlepszych społecznie rozwiązań, a wszelkie ingerencje państwa – od podatków, przez świadczenia socjalne, po instrumenty regulacyjne hamują rozwój i blokują rozkwit przedsiębiorczości.
Na tym fundamencie zasadza się przekonanie, że każdy z nas jest o krok od tego, by zostać milionerem. Wystarczy zrzucić jarzmo państwowej opresji i otworzą się przed nami bramy powszechnego bogactwa. W konsekwencji polski język politycznego protestu jest przede wszystkim wolnorynkowy, antypaństwowy, indywidualistyczny. To dlatego Donald Tusk tak chętnie sięgnął po agendę deregulacyjną, a Sławomir Mentzen może skutecznie przekonywać wyborców do programu, który wprost szkodzi ich interesom. Nawet Prawo i Sprawiedliwość, które za sprawą 500 plus dokonało etatystycznego i egalitarnego zwrotu w polskiej polityce, gdy tylko znalazło się w opozycyjnych ławach, zaczęło krytykować rząd z pozycji, których nie powstydziłby się Leszek Balcerowicz.
Pełczyńska-Nałęcz idzie na przekór utartym schematom i wydawałoby się nienaruszalnym dogmatom polskiej polityki. Klasę średnią widzi taką, jaką ona realnie jest.
A więc nie taką o zarobkach na poziomie stu tysięcy złotych, ale dziesięciu. Taką, która nawet przy godziwych zarobkach ma problem z dostaniem kredytu na mieszkanie, a nie taką, która ma na wynajem kilka, kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lokali. Taką, której interesy są sprzeczne z interesami korporacji, w której pracują. Bo niższe podatki korporacji oznaczają mniej pieniędzy na publiczną edukację czy ochronę zdrowia, co dla klasy średniej oznacza albo gorszej jakości usługi publiczne, albo konieczność opłacenia ich z własnej kieszeni na wolnym rynku.
Jak lewica?
Takiego centrum w Polsce jeszcze nie było.
Takie postulaty szybko piętnowane były jako radykalne i oderwane od zdroworozsądkowych norm lewackie fanaberie.
Zresztą sam Michał Kobosko, europoseł i niegdyś prawa ręka Szymona Hołowni, w pożegnalnym liście zarzucił Pełczyńskiej-Nałęcz wprowadzanie „mocno socjalistycznych pomysłów programowych”.
Ale i nie było w Polsce takiej lewicy. W przeciwieństwie do Nowej Lewicy Pełczyńska-Nałęcz nie niesie na plecach bagażu historii. Od Razem różni się tym, że nie ma, jak ta partia, wizerunku radykalnej aktywistki nieznającej prawdziwego życia. Zresztą obydwie formacje inaczej definiują swoją tożsamość – widzą siebie jako forpocztę zmian społecznych, atakują z flanki, a nie z centrum.
Sama Pełczyńska-Nałęcz może zresztą uchodzić za niemal modelową przedstawicielkę polskiej klasy średniej i liberalnego establiszmentu. Córka profesora, wspinająca się po kolejnych szczeblach kariery analitycznej w Ośrodku Studiów Wschodnich, dyplomatka, z epizodem na kierowniczym stanowisku w Fundacji Batorego. Brakuje tylko doświadczenia w biznesie.
Eksperymentu Pełczyńskiej-Nałęcz nie da się więc łatwo zaszufladkować. Podobnie jak przewidzieć jego przyszłości. Być może projekt spali na panewce i nigdy nie odbije się od sondażowego dna. Być może Pełczyńska-Nałęcz zawiąże egzotyczny sojusz z Adrianem Zandbergiem. A może wyląduje na listach Nowej Lewicy albo jej ruch stanie się częścią szerszej lewicowej koalicji, współtworząc prawdziwy centrolew.
Póki co Pełczyńska-Nałęcz próbuje przesunąć okno Overtona – poszerzając spektrum tego, czym może być w polskiej polityce centrum. A to już niemało.