Tydzień temu, wieczorem 4 marca, szereg mediów izraelskich i amerykańskich powiadomiło, że Kurdowie rozpoczęli atak na Iran, przekraczając granicę z irackiego Kurdystanu. Izraelskie i24 jako pierwsze podzieliło się tą informacją, powołując się na anonimowego przedstawiciela Koalicji Sił Politycznych Kurdystanu Irańskiego. To powstały 10 dni wcześniej sojusz pięciu głównych irańskich partii kurdyjskich.
Według źródła i24, kilka tysięcy kurdyjskich partyzantów zajęło stanowiska w granicznych górach Zagros. Władze irańskie postanowiły więc pospiesznie ewakuować pobliskie miasto Mariwan. Niedługo później tę samą informację podał Barak Ravid, szanowany reporter izraelskiej stacji telewizyjnej Kan 12. Powoływał się na anonimowe źródło amerykańskie. Inne, lub to samo, źródło w Stanach Zjednoczonych zarazem podało tę informację amerykańskiemu kanałowi Fox News. „Jerusalem Post” potwierdziło te doniesienia, powołując się na anonimowych informatorów amerykańskich i izraelskich. Nazajutrz rano o kurdyjskiej ofensywie mówiły już media na całym świecie – od Francji po Pakistan.
„Musicie wybrać jedną ze stron”
Kilka dni wcześniej prezydent USA Donald Trump odbył rozmowy telefoniczne z przywódcami irackiego Kurdystanu. Według relacji jednego z jego rozmówców, Bafela Talebaniego, przywódcy irackiej partii PUK (Patriotyczna Unia Kurdystanu), cytowanej przez Axios, Trump miał powiedzieć Kurdom: „Musicie wybrać jedną ze stron w tej bitwie – albo z Ameryką i Izraelem, albo z Iranem”.
Irańscy Kurdowie nie mieli żadnego powodu, by opowiedzieć się po stronie reżimu.
Byli bowiem masakrowani przez siły reżimowe od czasu masowych ruchów protestacyjnych z 2022 roku, powstałych po zabiciu przez policję młodej Kurdyjki Mahsy Amini. Powołana przez nich Koalicja miała koordynować udział Kurdów w najnowszej, krwawo stłumionej fazie irańskich protestów.
Ale, jak zauważył amerykański dyplomata Peter Galbraith, specjalista od spraw kurdyjskich, „pomysł, że irańscy Kurdowie mogliby zaufać czemukolwiek, co mówią Amerykanie, byłby bardzo śmiały”. Zaledwie bowiem dwa miesiące temu Amerykanie całkowicie porzucili Kurdów syryjskich, czyli swych wcześniejszych sojuszników w wojnie z ISIS. Zezwolili wówczas nowemu przywódcy Syrii, który nastał po obaleniu dyktatury Assada, Ahmedowi al-Szarze na zajęcie siłą syryjskiego Kurdystanu.
Historia zdrad
W 2017 roku w referendum w irackim Kurdystanie 93 procent głosujących opowiedziało się za niepodległością. Wcześniej Kurdowie w znacznym stopniu umożliwili Amerykanom zwycięstwo nad Saddamem Husseinem w drugiej wojnie w Zatoce Perskiej. Mimo to Waszyngton palcem nie kiwnął, gdy armia iracka siłą rozpędziła marzenia o niepodległości.
Wcześniej, po pierwszej wojnie w Zatoce, prezydent Bush wezwał Kurdów, by powstali przeciwko dyktaturze Saddama. I również palcem nie kiwnął, gdy Saddam zmiażdżył to powstanie. Z kolei jeszcze wcześniej, podczas wojny irańsko-irackiej, USA wspierały Saddama, który – podejrzewając Kurdów o proirańskie sympatie – zagazował tysiące z nich podczas kampanii Anfal.
Gdyby po tych doświadczeniach Kurdowie kolejny raz mieli się opowiedzieć „po stronie Ameryki”, musieliby być niespełna rozumu.
Jedynym powodem, który mógłby ich do tego skłonić, mógł być lęk, że niespełnienie życzeń Trumpa narazi ich na jeszcze większe krzywdy. Nic jednak nie wiadomo, by ten miał im grozić.
Choć nawet gdyby udało mu się ich prośbą czy groźbą nakłonić do „udziału w bitwie po stronie Ameryki”, to trudno sobie wyobrazić, by powstała kilka dni wcześniej Koalicja była w stanie z dnia na dzień wystawić „kilka tysięcy bojowników”. Tym bardziej, że w tak krótkim czasie nie udałoby się dostarczyć do irackiego Kurdystanu sprzętu i broni, a te oddziały musiałyby sforsować leżące na wysokości 3 tysięcy metrów przełęcze. I zagrozić Irańczykom na tyle, że ci musieliby ewakuować Mariwan. Nie wspominając o tym, że rząd w Bagdadzie nie wyraziłby zgody na całą operację.
Wątpliwe doniesienia
Zresztą linie telefoniczne do Iranu pozostają otwarte. Wystarczyło zadzwonić do rzeczonych władz miejskich w Mariwanie, czy któregokolwiek innego miasta irańskiego Kurdystanu, by to sprawdzić. A jeśliby się dziennikarze obawiali, że źródła irańskie będą zakłamane albo zastraszone, to wystarczyło poprosić o to obecnych tam stale zagranicznych dziennikarzy.
Załóżmy jednak, że z jakichś powodów wszystkie linie telefoniczne po obu stronach granicy między Kurdystanami były tej nocy niedostępne. Dziennikarze uwierzyli więc swym anonimowym źródłom, że irańscy Kurdowie, wbrew jednoznacznemu doświadczeniu z przeszłości zaufali Amerykanom. A następnie teleportowali się na szczyty Zagrosu.
Czy nikt jednak nie zadał sobie pytania o to, dlaczego Amerykanie mieliby ich do tego nakłonić?
Kilka tysięcy partyzantów na granicy nie stanowiłoby dla władz w Teheranie śmiertelnego zagrożenia.
Nawet pamiętając, że posterunki i koszary wojska, policji i Gwardii Rewolucyjnej w tej części Iranu zostały w znacznym stopniu wyeliminowane na skutek amerykańskich i izraelskich nalotów. Rząd musiałby skierować do Kurdystanu jakieś dodatkowe jednostki, których nie mógłby użyć przeciwko ewentualnym próbom obalenia go przez swych irańskich przeciwników.
Tyle tylko, że o takich próbach obalenia rządu nic nie słychać. Perspektywa ewentualnego kurdyjskiego ataku raczej nie spędza snu z powiek władców Iranu, którzy mają poważniejsze problemy. Mają zarazem wystarczającą jeszcze liczbę rakiet i dronów, by uderzyć nimi w Kurdystan iracki. Po to, by wybić jego mieszkańcom z głowy jakiekolwiek zamiary wsparcia swych rodaków z drugiej strony granicy.
Kto miałby wspierać Kurdów?
Wizja kurdyjskiej irredenty spędza natomiast sen z powiek irańskich przeciwników reżimu. Ci obawiają się ewentualnego dążenia do samostanowienia nie tylko Kurdów (10 procent ludności) czy współpracujących z nimi Beludżów na wschodniej granicy (8 procent), ale przede wszystkim Azerów (24 procent). Dążący do powrotu na tron emigracyjny książę Reza Pahlavi wydał oświadczenie potępiające kurdyjskie aspiracje. W podobnym tonie wypowiedzieli się inni emigracyjni a antyreżimowi aktywiści.
Niemniej bezsenne musiały być władze w Ankarze. Wreszcie udało się im, po ponad 40 latach, uśmierzyć własne kurdyjskie powstanie. I dodatkowo rękami zależnego od nich al-Szary pogrzebać także syryjski Kurdystan.
Prezydent Recep Tayyip Erdoğan, o którego względy Trump stale zabiega, z całą pewnością nie przyglądałby się możliwym kurdyjskim sukcesom z założonymi rękami.
Skoro zaś Amerykanie wiedzą to wszystko, to dlaczego by mieli, dla bardzo niepewnych i mizernych zysków, ryzykować buntem we własnym obozie? Nawet jeśli los wystawionych na strzał Kurdów irańskich miałby im być całkowicie obojętny.
Bez wiedzy i odpowiedzialności
Czy tego wszystkiego nie dałoby się zmieścić w kilku zdaniach w zdyszanych depeszach, które – powołując się na anonimowe źródła – informowały, że Kurdowie właśnie ruszyli? Zakładam, że dziennikarze mieli powody, by ufać tym źródłom, a nie powtarzali jedynie zasłyszanych gdzieś plotek. Ale skoro mieli godne zaufania źródła, to musieli także mieć minimalną choćby wiedzę o tym, dlaczego to, o czym źródła te donoszą, jest tak skrajnie mało prawdopodobne. Oraz obowiązek podzielenia się tą wiedzą z czytelnikami.
Jednak nie zrobili tego i przez dobę świat żył przekonaniem, że atak w górach Zagros jest faktem. Jedynie wspomniany Barak Ravid jął się rakiem wycofywać, informując w kilka godzin po swym pierwszym doniesieniu, że wiadomości na temat kurdyjskiego ataku są „sprzeczne”.
A potem przyszły informacje od władz irańskich i irackiego Kurdystanu, oraz od samych irańskich Kurdów i ich Koalicji, że nic z tego, o czym dziennikarze donieśli, nie jest prawdą. Nie było szturmu na Zagros. Nie było ewakuacji Mariwanu. Jedynym, co okazało się prawdziwe, były krwawe irańskie ataki odwetowe, być może sprowokowane tymi doniesieniami.
Ale dzięki temu, że przez moment uwaga świata skupiona byłą na irackim Kurdystanie, media poinformowały o tych atakach. Trwają one już dwa lata i jak dotąd spotykały się niemal z całkowitą obojętnością opinii międzynarodowej. Kropkę nad „i” postawił w końcu sam Trump, który powiedział, że… „nie chce, by Kurdowie weszli do Iranu, bo wojna jest i bez tego dość skomplikowana”. Jego rzeczniczka zaś zdementowała, jakoby prezydent kiedykolwiek uważał inaczej.
Uznawanie nierzeczywistości
Na upartego można by przypomnieć, że Kurdowie nie muszą wchodzić do Iranu, bo są tam od tysiącleci, a jedynie zdementowane informacje zasługują na poważne potraktowanie. Ale może najważniejszą w tym wszystkim informacją jest to, że wiadomością o tym, że szturmu przez Zagros jednak nie było, nikt się szczególnie nie przejął. Z dziennikarzami, którzy ją podali, włącznie. Najwyraźniej uznali, że ich czytelnicy nie zasługują na poważne traktowanie. Czyli na wyjaśnienie przyczyn podania fałszywej wiadomości i kroków podjętych, by się to nie mogło powtórzyć.
Ale zapewne sami czytelnicy też niezbyt poważnie potraktowali doniesienia z gór Zagros, o których istnieniu, o znaczeniu nie wspominając, większość z nich i tak wcześniej nie wiedziała. A już na pewno nikt nie uważa, że na poważne traktowanie zasługuje cokolwiek, co mówi Trump. Ten 5 marca powiedział, że „byłoby wspaniale, gdyby Kurdowie dołączyli do wojny”, a w dwa dni później stwierdził „wykluczyłem to”. Jedyni, którzy zostali poważnie potraktowani, to Kurdowie, których na cel wzięły irańskie rakiety.
Czyli inaczej niż w sztuce „Wojny trojańskiej nie będzie”, gdzie ludzie nie wierzyli w wojnę, a ona w końcu i tak nadeszła, tu ludzie uwierzyli w wojnę, której jednak nie było. Jean Giraudoux chciał przestrzec widza przed skutkami nieuznawania rzeczywistości. Ale uznawanie nierzeczywistości bywa równie mylące – a w końcu i tak ktoś dostanie rakietą.