Na początek rzecz podstawowa: Czarnek nie jest żadnym kandydatem na premiera.

Nie decyduje też o tym, w jakim kierunku pójdzie Polska ani prawica. Mówienie o nim jak o polityku, który naprawdę coś może, to odgrywanie roli napisanej dla nas przez PiS.

Lęk środowisk liberalnych i lewicowych, jaki wzbudza Czarnek, jest zrozumiały, ale Czarnek nie może tyle, ile by chciał.

Nie jest żadnym kandydatem

Twarz wiceprezesa PiS-u, tryumfalna mina, piątki od mijanych kolegów partyjnych w drodze na mównicę i wypełniający salę głos: „Przyszły premier Przemysław Czarnek”. Brawa, owacje. Tak wyglądało ogłoszenie „kandydata” PiS-u na premiera i jego tryumfalne objęcie nowej „funkcji”.

To jednak przecież iluzja. Chcąc wysuwać kandydata na premiera, trzeba najpierw wygrać wybory, albo chociaż znaleźć się w zwycięskiej koalicji. PiS-owi póki co spadają notowania, zdolności koalicyjne ma skromne. A jak je powiększy, to premiera będą chcieli wskazywać pozostali partnerzy.

Na razie Czarnek jest takim samym przyszłym premierem jak ja, gdyby redakcja „Kultury Liberalnej” postanowiła mnie nań namaścić.

Nawet jeśli nie będziemy się koncentrować nad tym, czy PiS rzeczywiście wygra wybory, to Czarnek nadal nie jest przyszłym premierem. Tak jak nie był nim Piotr Gliński, wskazany również przez Jarosława Kaczyńskiego na to stanowisko w 2012 roku. Gliński nie był przyszłym premierem, bo nigdy nim nie został.

Czarnek też nie ma powodów, by być tego pewnym. Do wyborów może zostać zdymisjonowany ze stanowiska, którego nie zdąży objąć.

Kiedy więc powtarzamy po Kaczyńskim i jego partyjnych podwładnych, że Czarnek jest kandydatem PiS-u na premiera, gramy w grę PiS-u. Fikcja stworzona podczas konwencji partyjnej po to, żeby PiS było w centrum uwagi, ma być traktowana, jako fakt.

Dzięki temu oswajamy się z myślą, że następny premier będzie z PiS-u. I to chodzi – ludzie mają tak myśleć, a potem tak głosować.

Nie zaostrzy kursu na prawo

Ustawienie Czarnka na świeczniku PiS-u ma być sygnałem, że partia obiera radykalny kurs prawicowy. Sygnał ten mają odebrać wyborcy, którzy chcą głosować na Koronę Polską Grzegorza Brauna albo mogliby chcieć w przyszłości. I zmienić zdanie.

Wniosek tak sformułowany brzmi wiarygodnie.

Ale Czarnek nie jest radykalnym ideologiem, tylko radykalnym autoproduktem.

Sam siebie takiego stworzył, powtarzając i promując prawicowe hasła dehumanizujące osoby LGBT czy demonizujące aborcję, od kiedy był wojewodą lubelskim. To wtedy zrobiło się o nim głośno. I właśnie dlatego, że przyjął radykalną postawę, nagradzając na przykład samorządowców wprowadzających „strefy wolne od LGBT”. Radykalizm okazał się dla niego ścieżką kariery. I podąża nią nadal.

Jednak PiS bez Czarnka też najprawdopodobniej poszłoby właśnie ostro na prawo. Nie chodzi o to, że partia zobaczyła w nim nadzieję na przetrwanie, tylko o to, że on może stać się twarzą jej zamierzonego kursu. Jest do tego dobrym kandydatem – popularny, znany z tradycyjnego fundamentalizmu, który próbuje forsować w polityce (jak wtedy, kiedy był ministrem edukacji), silny i walczący.

Jednak, gdyby nie było decyzji o skręcie, nie byłoby „przyszłego premiera Czarnka”.

Nie urządzi w Polsce piekła kobiet

Czarnek nic nie urządzi, jeśli PiS nie zdobędzie władzy. Piekło kobiet może urządzić też jedna i druga Konfederacja, i samo PiS bez Czarnka na stanowisku premiera. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego prowadzący do zaostrzenia prawa antyaborcyjnego w Polsce zapadł, jeszcze zanim Czarnek został nawet ministrem edukacji.

W partii, która przyjmuje określony kurs, jest przydatny, ale nie niezbędny do tego, żeby jeszcze bardziej zaostrzyć prawo czy doprowadzić do innego rodzaju krzywdy kobiet czy osób LGBT. Nawet jeśli okaże się, że zdobywa w partii wpływy przy słabnącej pozycji prezesa, PiS i tak musi wygrać wybory, żeby rządzić.

Zresztą, by utrzymywać w Polsce piekło kobiet i osób LGBT, nie trzeba oddawać rządów prawicy.

Na początek wystarczy, że w liberalno-demokratycznej koalicji rządzącej jest Władysław Kosiniak-Kamysz, który skutecznie powstrzyma wszelkie reformy prowadzące do równości czy bezpieczeństwa wyboru w sprawie ciąży. A w kolejnych krokach wystarczy premier z Koalicji Obywatelskiej, który wykona, podobnie jak PiS, kurs na prawo, bo uważa, że dzięki temu osłabi Konfederację.

I tym sposobem nie trzeba żadnego Czarnka, żeby obowiązywała ustawa antyaborcyjna jak za PiS-u, a związki partnerskie w formie kadłubkowej wciąż były przedmiotem sporu liberalno-demokratycznych koalicjantów. Potem skrajnie prawicowego porządku przypilnuje jeszcze prezydent Karol Nawrocki, kiedy dostanie na biurko ustawę.

Edukacja, po co Czarnek?

Skoro każdy pomysł prowadzący do odejścia od tradycyjnie pojmowanego modelu spotyka się z taką krytyką polityków, publicystów, różnych ekspertów, że sprawy pilnują się same. Przypomnijmy, co się działo, kiedy ministra Barbara Nowacka ogłosiła, że edukacja zdrowotna będzie obowiązkowym przedmiotem. A co, kiedy pod dyskusję weszła lista lektur bez „W Pustyni i w puszczy”. Podstawy programowe trudno odchudzić i odkonserwatywnić z powodu oporu środowiska jej twórców, a nie Czarnka.

Czarnek nie jest więc kierownikiem skrajnie prawicowego pociągu. On nim jedzie i macha z okna, ale bez niego lokomotywa pojedzie dalej.

Natomiast bicie w gong, że wraz z Czarnkiem idzie prawicowa rewolucja, przynosi tylko popularność… Czarnkowi. Myślę, że jest zachwycony, kiedy tego słucha.

On chce być skrajnie prawicowym trybunem ludowym, pracuje na to od lat. Dzięki temu przecież robi karierę.

Czy to wszystko oznacza, że teatrzyk PiS-u pod tytułem „przyszły premier Przemysław Czarnek” jest bez znaczenia? Nie, bo może wpłynąć na niechęć do Unii Europejskiej

Czarnek stał się twarzą radykalnego przekazu

I może być skuteczny w umacnianiu takich haseł, których realizacja zależy od wyborców, czy innych osób, które go słuchają.

Mówiąc o LGBT czy kobietach, może sprawić, że ludzie zagłosują na PiS. Ale nie sprawi, że zagłosują na coś, co się z tym tematem wiąże, bo nie mogą. A prawa kobiet i osób LGBT, jak już ustaliliśmy, są barbarzyńskie i bez PiS-u.

Natomiast może sprawić, że ludzie, którzy go słuchają, zaczną popierać różne inicjatywy, które jeszcze można wdrożyć w życie. Na przykład polexit.

Jeśli hasła antyunijne zyskają atrakcyjnego rzecznika, mogą stać się skuteczniejsze. A obecna polaryzacja dzieli między innymi polityków na tych, którzy bezpieczeństwo i suwerenność widzą w przynależności do europejskiej wspólnoty i na tych, którzy widzą w niej zagrożenie, a bezpieczeństwo w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi.

Czarnek jest po tej drugiej stronie, a ma zdolności i dar do tego, żeby zdobywać słuchaczy. Teatr „przyszłego premiera” może okazać się bez znaczenia. Rola trybuna ludowego – już nie.