Ostatnie tabu

Dotychczas polskie bezpieczeństwo było ostatnim obszarem wyłączonym z regularnej walki politycznej. Partie kłóciły się o sądy, media, krzyże czy aborcję. W kwestii bezpieczeństwa plemienne spory odkładano na bok. Nie dlatego, że politycy nagle stawali się lepszymi ludźmi. Jasne było, że w tej jednej sprawie stawką nie jest pozycja w partii w sondażach, tylko istnienie państwa na mapie. 12 marca – w 27 rocznicę wstąpienia Polski do NATO – Karol Nawrocki to tabu złamał.

Prezydent zawetował ustawę umożliwiającą Polsce preferencyjne skorzystanie z unijnego programu SAFE. W orędziu mówił o silnej suwerennej ojczyźnie, ale swoją decyzją próbował pozbawić ją środków pozwalających na zwiększenie bezpieczeństwa. Polska miała być największym beneficjentem programu, dostać nawet 44 miliardy euro na sprzęt wojskowy – Borsuki, Kraby, Pioruny, amunicję i infrastrukturę służb. I jest jedynym krajem w Unii, który ten program odrzucił. Wojsko było za. Zakłady zbrojeniowe były za. Policja i straż graniczna również i właśnie straciły środki rozwój oraz na infrastrukturę podwójnego zastosowania (drogi, porty, lotniska, kolej czy energetyka).

Koreańska spoko, europejska – weto

Żeby zrozumieć skalę absurdu, wystarczy spojrzeć na liczby. Polska ma oprocentowaną na 6,5 procent rocznie pożyczkę zaciągniętą w Korei Południowej na koreański sprzęt. Ma pożyczkę w Stanach Zjednoczonych – ponad 4 procent – na sprzęt amerykański. Nikt z PiS-u nie protestował, nikt nie wieszczył, że nasze wnuki będą Seulowi czy Waszyngtonowi lichwę spłacać.

Europejska pożyczka – na ponad 3 procent, na polski sprzęt – wywołała ideologiczną burzę i prezydenckie weto. Mechanizm przyjęły prawicowe Węgry Orbána i Włochy Meloni, nie ukrywające sceptycyzmu wobec Brukseli, a w przypadku Budapesztu – również słabości do Moskwy. Tam uznano po prostu, że tanie pieniądze na bezpieczeństwo pozostają tanimi pieniędzmi na bezpieczeństwo. 

W czyim interesie

Zobaczmy jednak komu, poza polską prawicą zasłaniającą się patriotycznymi frazesami, służy to weto. 

Kreml odnotował decyzję Nawrockiego z satysfakcją. 

Rosyjscy komentatorzy natychmiast zauważyli, że Polska stała się jedynym krajem UE, w którym wspólny projekt obronny wywołał głęboki konflikt wewnętrzny. Polaryzacja jest w interesie Rosji, która właśnie nowelizuje swoje prawo, dając Putinowi podstawy prawne do wysyłania wojsk za granicę „w ochronie obywateli rosyjskich”. Amerykański Instytut Studiów nad Wojną opisuje te ruchy jako „fazę zerową” przygotowań do nowej eskalacji. Duński wywiad ocenia, że Rosja będzie gotowa do dużej wojny w Europie w ciągu pięciu lat.

Waszyngton miał swoje zastrzeżenia do SAFE – ambasador Rose, jeszcze niedawno grożący polskiemu studentowi w pyskówce w mediach społecznościowych wyprowadzeniem amerykańskich wojsk z Polski, dał to wyraźnie do zrozumienia. I środowisko Nawrockiego, pielęgnujące bliskie relacje z obozem MAGA, spłaciło dług za poparcie przed wyborami. Suwerennością nazywa serwilizm wobec Waszyngtonu i nadzieję, że będąc najwierniejszym wasalem Amerykanów zasłużymy na preferencyjne traktowanie. 

Najwierniejszy z wasali Waszyngtonu 

Szansa na to jest nikła, biorąc pod uwagę sposób, w jaki Waszyngton od początku wojny w Iranie odnosi się do problemów swoich sojuszników – bliskowschodnich i z Korei Południowej, skąd Stany wycofały część systemów THAAD oraz Patriot, gdy były potrzebne na Bliskim Wschodzie.

Co więcej, bezwarunkowość zakupów w USA jest fikcją. Turcja kupiła rosyjskie S-400 i wyleciała z programu F-35. Trudno wyobrazić sobie, żeby polskie F16 mogły użyć pocisków JASSM wbrew Amerykanom. To standardowy element każdego kontraktu z Waszyngtonem. 

W dodatku amerykańskie magazyny nowoczesnego uzbrojenia właśnie zostały poważnie uszczuplone. Ameryka i jej sojusznicy w niewiele ponad tydzień wystrzelili więcej pocisków PATRIOT na Bliskim Wschodzie niż Ukraina otrzymała od 2022 roku. 

Fabryki zbrojeniowe USA są dziś przeciążone zamówieniami i nie należy się łudzić, że Polska będzie traktowana priorytetowo. 

Na tym tle szczególnie wymowne są doniesienia, że BBN blokowało projekty w ramach SAFE niekorzystne dla firmy Palantir – giganta w zakresie cyfrowych technologii wojskowych, powiązanego z ekosystemem MAGA i lansowanego w Polsce przez środowisko ambasadora Rose’a. 

Tyle tytułem wyjaśnienia, w imię czyjego bezpieczeństwa działał Pałac Prezydencki.

Niepoważne propozycje Nawrockiego 

Weto jest jednocześnie spektakularne i bezskuteczne: rząd obejdzie je inną ścieżką legislacyjną (co umożliwia mu ustawa uchwalona za rządów PiS), a SAFE i tak częściowo wejdzie w życie. Tylko w wersji dla wojska, nie dla służb. Prezydent doskonale o tym wiedział. Nie zablokował zbrojeń – zrobił z nich materiał do kolejnej odsłony polsko-polskiej awantury, dostając przy tym punkt mobilizacyjny przed wyborami. Ze szkodą dla kraju, ale przy minimum kosztów dla obozu politycznego. 

Nawrocki stracił też okazję do wybicia się na niezależność wobec PiS-u. Zamiast pokazać własne zdanie, po prostu podporządkował się narracji narzuconej mu przez Jarosława Kaczyńskiego. 

Prezydencki „SAFE 0 procent” oparty na rezerwach NBP – od początku był medialną wrzutką, nie alternatywą. Realizacja tej pożyczki zakładałaby wykorzystanie rezerw do standardowych zakupów zbrojeniowych – co oznaczałoby zmianę logiki funkcjonowania banku centralnego. Z kolei projekt, który zakłada przekazywanie zysków wypracowanych NBP na nowy organ pod zwierzchnictwem prezydenta w praktyce oznacza zmiany na poziomie ustrojowym. Rezerwy mają stabilizować walutę w sytuacjach kryzysowych a nie tworzyć odrębny budżet dla Pałacu. 

Mentalny PolExit

PiS przez lata swoich rządów chwalił się zbrojeniami – i słusznie, bo to był realny dorobek. Tyle że były to głównie zakupy gotowego sprzętu za granicą, a nie budowanie polskiego przemysłu obronnego. W armii mamy wyspy innowacyjności bez systemu, który je spina. A w wojsku, które ma kupować F-35 i kolejne wyrzutnie, żołnierze wciąż sami kupują własne wyposażenie osobiste. SAFE mógłby być krokiem w lepszą stronę. 

Zamiast tego postanowiono dalej realizować cyniczną narrację o tym, że Niemcy chcą nas zdominować, a Bruksela to obcy dyktator. Takiej opowieści nie da się nagle zmienić. Elektorat, któremu wbijano do głowy, że Unia jest wrogiem, nie zagłosuje na partię dogadującą się z nią – wybierze tę, która jest wobec niej jeszcze ostrzejsza. PiS widzi odpływ do Konfederacji i Brauna. Zamiast się zatrzymać, przyspiesza, na co zwraca uwagę Konrad Szymański, przez lata minister ds. europejskich w rządach PiS-u. Dla takich ludzi jak on nie ma już po prawej stronie miejsca. 

Mainstreamowa prawica radykalizuje się do tego stopnia, że wypycha ze swoich szeregów ludzi, dla których członkostwo Polski w Unii było racją stanu.

Prawica po doświadczeniu z KPO argumentuje, że Bruksela może zablokować pieniądze decyzją polityczną. A nie wiadomo, jaki będzie skład Komisji Europejskiej za kilka lat. 

Ten wniosek jest częściowo uzasadniony – ale prowadzi do pułapki. Warunkowość SAFE opierała się na tym, żeby pieniądze zostały wydane na obronność, a nie na inne cele polityczne. Prawica zaczęła straszyć nieprzewidywalną przyszłością po tym, jak niewystarczające okazało się straszenie Niemcem i niezadowolonym wujkiem zza oceanu. Zresztą, warunki Brukseli się nie zmienią. 

Rzecz w tym, że jeśli ich nie akceptujemy, to nie dostaniemy unijnych pieniędzy. A czy bez nich opłaca nam się być w Unii? 

Jeśli ta sama prawica wygra wybory w 2027 roku, pytanie o referendum polexitowe przed 2030 przestaje być abstrakcją. Kiedyś trudno było mi zrozumieć, jak w Pierwszej Rzeczpospolitej ludzie ciągle mówiący o patriotyzmie, niepodległości i wolności, mogli w istotny sposób przyczynić się do rozbiorów. Po decyzji Nawrockiego jest już trochę łatwiej.