W systemach komunistycznych linia polityczna była rzeczą zdradliwą. Wiła się, meandrowała i dokonywała gwałtownych zwrotów, a ci, którzy – z wyboru czy z konieczności – próbowali za nią nadążać, musieli uważać, by nie wypaść na zakręcie. Zwłaszcza że nikt – niezależnie od zasług – nie miał patentu na prawowierność.

Był to zatem rodzaj testu z podchwytliwymi pytaniami, którego nie dawało się zaliczyć raz na zawsze. Zdawać trzeba było ciągle od nowa – okazując wymaganą postawę i dając stosowne świadectwo.

Obstawanie przy tych samych poglądach było natomiast w tej sytuacji rzeczą całkowicie nierozsądną. Zwłaszcza gdy to samo zdanie mogło być w jednym miesiącu po linii, a już w następnym dowodzić odstępstwa.

Linia polityczna ewoluowała bowiem razem z dynamicznie zmieniającą się sytuacją w Moskwie, w partii, w kraju i na świecie. I tylko ten, kto to rozumiał, mógł być jej rzeczywiście wierny

W końcu nie była celem, tylko środkiem

Trudno nie myśleć o tej analogii, obserwując, jak władze izraelskie posługują się dziś pojęciem antysemityzmu, jakich dokonują w tej dziedzinie wolt. Jak swobodnie przetasowują katalogi antysemitów i nie-antysemitów i gdzie znajdują nowych sprzymierzeńców. 

Także w tym przypadku bowiem nie ma takiego życiorysu, dorobku ani zasług, które mogą ochronić przed oskarżeniem o antysemityzm tego, kto nie zrozumiał dziejowego momentu i nie wpisał się w aktualną linię. Ta zaś od 7 października 2023 roku brzmi zasadniczo: „Albo jesteś z nami, albo z terrorystami”.

Status „nie-antysemity” trzeba regularnie odnawiać. Demonstrując co najmniej daleko idące zrozumienie wobec państwa Izrael i jego aktualnej polityki, nie zaś wobec jakiegokolwiek trwałego zestawu wartości czy zasad.

Z drugiej strony jednak nie ma też takiego grzechu, którego nie dałoby się odkupić. Stąd też wczorajsi antysemici regularnie okazują się być dzisiejszymi nie-antysemitami (i odwrotnie). 

Sojusznikami Izraela mogą być na przykład członkowie partii założonej przez generała SS, apologeci drugowojennych kolaborantów czy działacze ugrupowań o skinheadzkich korzeniach. Jako antysemici natomiast od dwóch lat regularnie demaskowani są badacze Zagłady i innych ludobójstw, pracownicy organizacji międzynarodowych, działacze organizacji humanitarnych i broniących praw człowieka oraz dziennikarze mainstreamowych mediów. W wielu wypadkach sami będący Żydami.

Prawa człowieka jako broń przeciwko Żydom 

Zdaniem władz izraelskich (a konkretnie zdaniem odpowiedzialnego za walkę z antysemityzmem ministra Amichaja Szikli) dzieje się tak, ponieważ „progresywna lewica przekształciła prawa człowieka w broń przeciwko Żydom oraz państwu żydowskiemu” i między innymi dlatego „poprawność polityczna i walka z antysemityzmem są dziś nie do pogodzenia”.

Oba te stwierdzenia padły niedawno w Jerozolimie w czasie rządowej konferencji poświęconej walce z antysemityzmem – odbywającej się już po raz drugi, po raz pierwszy jednak w Międzynarodowym Dniu Pamięci o Ofiarach Holokaustu, przypadającym na 27 stycznia.

Obok władz Izraela, organizacji proizraelskich z różnych części świata oraz nielicznych organizacji żydowskiej diaspory w wydarzeniu uczestniczyli politycy prawicy z obu Ameryk, Australii i przede wszystkim z Europy.

Do walki z antysemityzmem stawili się w Jerozolimie również synowie przebywającego w więzieniu byłego prezydenta Brazylii, Jaira Bolsonaro (jeden z nich, Flavio, jest kandydatem w tegorocznych wyborach prezydenckich), minister sprawiedliwości Argentyny (jako przedstawiciel prezydenta Javiera Milei). Nie zabrakło również reprezentantów ewangelikalnej prawicy z USA oraz polityków z kilkunastu państw Unii Europejskiej, w większości związanych z grupą Patrioci dla Europy (PfE). 

Byli tam przedstawiciele Zjednoczenia Narodowego (Francja), Voxu (Hiszpania), Fideszu (Węgry), Wolnościowej Partii Austrii, Interesu Flamadzkiego, a także – zdalnie – Partii Wolności (Holandia) oraz Ligi (Włochy). Obecni byli też Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy (ECR) w osobach członków Szwedzkich Demokratów, Prawa i Sprawiedliwości oraz rumuńskiego ugrupowania AUR.

Dla porządku: założona przez generała SS została Wolnościowa Partia Austrii, historycznie powiązani ze środowiskami skrajnymi są Szwedzcy Demokraci i Interes Flamandzki, a Fidesz czy AUR konsekwentnie uprawiają historyczny rewizjonizm (choćby w odniesieniu do sojuszniczych wobec III Rzeszy reżimów Miklósa Horthy’ego i Iona Antonescu). Rehabilitacja Horthy’ego na Węgrzech spotkała się nawet w 2017 roku z kategorycznym sprzeciwem US Holocaust Memorial Museum.

Relacje Izraela z europejską prawicą nie są nowe

Od dwóch lat weszły jednak na nowy poziom. W lutym 2025 roku Likud, partia Netanjahu, dołączyła do PfE w charakterze obserwatora, a miesiąc później do Jerozolimy na pierwszą edycję konferencji przyjechali przewodniczący Zjednoczenia Narodowego Jordan Bardella, wiceprzewodnicząca Fideszu Kinga Gál oraz francuska eurodeputowana Marion Maréchal (prywatnie wnuczka Jean-Marie Le Pena).

Równolegle władze w Jerozolimie zacieśniają też stosunki z prawicą brytyjską – w tym z Partią Reform Nigela Farage’a oraz antymuzułmańskim angielskim nacjonalistą Tommym Robinsonem, który pół roku temu był nawet w Izraelu oficjalnie goszczony.

Zbliżenie to ma fundament ideologiczny i polityczny. W tym pierwszym aspekcie wymierzone jest we wspólnego wroga, jakim – w zgodnej retoryce wszystkich zainteresowanych – jest rzekomy „sojusz radykalnej lewicy z radykalnym islamem” dążący – znów rzekomo – do „zniszczenia zachodniej cywilizacji judeochrześcijańskiej”.

Izraelski premier stwierdził w czasie konferencji, że siły te zawarły sojusz, ponieważ „chcą zniszczyć Zachód, jaki znamy” oraz pragną „wojny światowej przeciw Żydom, a także przeciwko państwu żydowskiemu”. Argumentował przy tym, że państwo żydowskie stanowi w tej sytuacji pierwszą linię obrony Europy przed islamizmem.

W ogóle Europa znów – jak to coraz częściej bywa od momentu objęcia władzy w USA przez Donalda Trumpa – przedstawiana była w czasie konferencji jako chory kontynent, któremu grozi przejęcie od środka przez wrogie ideologicznie siły. W tym przypadku „radykalny islam”, który – jak stwierdził minister Szikli – jest obecnie dla Zachodu „zagrożeniem numer jeden”.

Mówiąc o islamie, część prelegentów próbowała zabezpieczyć się przed oskarżeniami o promowanie uprzedzeń i konsekwentnie dodawała, że chodzi wyłącznie o ten „radykalny”.

Inni jednak nie mieli tego rodzaju zahamowań 

Holenderski polityk Geert Wilders stwierdził w swoim nagranym wystąpieniu, że „współczesny antysemityzm zakorzeniony jest w głębokiej nienawiści islamu do Żydów”. Ma ona źródła w Koranie oraz hadisach i sięga samego Mahometa, a „narastający antysemityzm w Europie wiąże się z coraz liczniejszą muzułmańską V kolumną w jej granicach”. 

Inny prelegent, Rob McCoy (pastor zamordowanego podkastera Charliego Kirka), stwierdzał natomiast, że „islam nie jest religią, tylko polityczną strukturą udającą religię” oraz że dla jego zastrzelonego podopiecznego prawdziwym wrogiem był właśnie islam.

Niezależnie jednak od tego, jak bardzo wystąpienia były wycyzelowane, wspólna była w nich wizja wroga – groźnego, amorficznego, działającego poprzez podmioty pozornie ze sobą niepowiązane, a nawet o sprzecznym profilu, w rzeczywistości jednak ideologicznie zwarte i działające w jednym celu – zniszczenia Zachodu i przejęcia nad nim kontroli. 

To, że tego rodzaju retorykę promuje akurat państwo żydowskie, jest chichotem historii. Coraz wyraźniejsza jest także wspólnota twardego interesu politycznego. 

Europejskiej prawicy sojusz z Izraelem daje szereg konkretnych korzyści

Przede wszystkim, ułatwia wejście do głównego nurtu, bo wytrąca oponentom z ręki oskarżenia o skrajność. Pozwala przedstawiać antyimigrancką retorykę jako część wielkiej batalii z antysemityzmem oraz ułatwia im kontakty z obecną administracją w USA. Zapewnia także – vide opisany powyżej przypadek Fideszu – ochronę przed zarzutami o historyczny rewizjonizm.

Z kolei dla Izraela europejskie partie prawicowe są zwyczajnie użyteczne: kontrują głosy wobec tego państwa krytyczne – tym gorliwiej, im bardziej zabagnioną mają przeszłość. A tam gdzie mogą, blokują niekorzystne dla niego decyzje na forum UE (regularnie robi to na przykład Fidesz), zamiast o prawach człowieka i prawie międzynarodowym chętniej rozmawiać będą o zagrożeniach związanych z muzułmańską imigracją. Wreszcie są bardzo zainteresowane taką definicją antysemityzmu, w której głównym kryterium jest stosunek do aktualnej polityki Izraela, a nie na przykład do czarnych kart europejskiej historii.

To nie tylko retoryka Netanjahu

Sojusz Izraela z europejską prawicą nie jest dziełem przypadku, ale konsekwencją głębokich zmian zachodzących w tym państwie, które od dekad ewoluuje w kierunku coraz skrajniejszego nacjonalizmu i coraz ostrzejszego konfliktu z instytucjami oraz normami tak zwanego liberalnego ładu międzynarodowego. Przykładem niech będzie regularne określanie ONZ mianem „organizacji terrorystycznej” i oficjalne uznanie jej sekretarza generalnego za persona non grata

Utworzenie w grudniu 2022 roku obecnego izraelskiego rządu, w którym zasiadają między innymi partie głoszące żydowski suprematyzm rasowy, oraz ludobójcza wojna w Gazie rozpoczęta po brutalnym ataku z 7 października 2023 roku są silnymi katalizatorami tego procesu. Jednak to nie one go nie rozpoczęły, dlatego nie skończy się on wraz z odejściem obecnej ekipy rządzącej. Vide na przykład niedawna wypowiedź opozycyjnego i rzekomo liberalnego polityka Ja’ira Lapida. Stwierdził on publicznie, że Państwo Izrael nie tylko posiada historyczne prawo do całości biblijnej Ziemi Izraela (obejmującej nie tylko izraelskie terytorium państwowe, ale także Zachodni Brzeg Jordanu, Strefę Gazy, a także części terytorium Egiptu, Libanu, Syrii i Jordanii), ale także że on sam popiera największy możliwy zasięg terytorialny Izraela, na jaki w danej chwili pozwalają uwarunkowania bezpieczeństwa i koniunktura polityczna.

W tej sytuacji Izrael potrzebuje nowych sojuszników i znajduje ich między innymi na europejskiej antysystemowej, antyimigranckiej i w szeregu wypadków otwarcie rasistowskiej prawicy. 

W efekcie, podobnie jak Rosja czy USA pod rządami Trumpa, państwo to jest coraz bardziej zainteresowane wspieraniem w Europie sił eurosceptycznych i antyliberalnych, które osłabiają wewnętrzną spoistość UE i jej zdolność prowadzenia spójnej polityki zagranicznej. 

Taki jest z izraelskiej perspektywy wymóg chwili i prawdziwi przyjaciele tego państwa po prostu muszą to zrozumieć i zaakceptować. A jeśli tego nie zrobią, to znaczy, że nie są prawdziwymi przyjaciółmi.