
Tożsamość Anny
„Najpierw wszystko mi się podobało, wszyscy mnie zachwycali, chciałam się wszystkim rzucać na szyję i im dziękować, że mogę być tu. Ale potem zrozumiałam, że oczekuje się ode mnie wdzięczności. I będzie oczekiwać już zawsze. Mnie natomiast nikt wdzięczny nie będzie” [s. 11] – tak rozpoczyna swój esej biograficzny Anna Zawadzka. Przez kolejne dwieście stron opisuje swoje wielopoziomowe rozczarowanie pracą w Niemczech i spotykanymi tam ludźmi, jak również wielkie rozczarowanie ludźmi w Polsce – zwłaszcza tymi ze środowiska akademickiego. W dwóch tysiącach złotych netto na rękę, które zarabiała na uczelni przed reformą Gowina, skupia się cała frustracja wynikająca z prekarnego życia inteligentki. Dwa tysiące złotych na rękę dla pracowniczki naukowej, za które nijak nie mogła się utrzymać w Warszawie, uczyniły z niej gastarbeiterkę.
Nie uciekła z raju – jako naukowczyni nieustająco czuła się gorsza. Nie nosiła „rozpoznawalnego od pokoleń nazwiska”, nie należała do tych „urodzonych w rodzinach, w których karierę intelektualną i związany z nią szacunek społeczny traktuje się jako oczywistość niewymagającą żadnej refleksji” [s. 17]. Była w końcu kobietą. Środowisko uczelniane opisuje jako „nieprawdopodobnie brutalne, konkurencyjne, hierarchiczne i przemocowe”. Bywało, że na uczelni traktowana była jak sekretarka profesorów. Dodatkowo jej zainteresowania badawcze – „żydokomuna”, którą zajmowała się w sposób odbiegający tak od liberalnych, jak i konserwatywnych uproszczeń – skazywały ją na środowiskową marginalizację. Świadoma zepsucia ciała akademickiego (osąd jest bezwzględny, nie podlega niuansowaniu), gardzi tymi, którzy gardzą pracą fizyczną. Emigracja nie była jednak przejawem buntu, a koniecznością życiową. Z trudem godząc w sobie dwie tożsamości – naukowczyni oraz pracowniczki fizycznej – za granicą doświadcza upokorzeń na tle klasowym, podobnych do tych, które przejawiały warszawskie elity względem „dołów”. Tracąc dawny status (często kwestionowany), zyskuje nową tożsamość. Staje się po prostu „panią Anią”.
Sponiewierana
Roger to niebieskooki blondyn, jej przełożony i emocjonalny terrorysta. Pozwala sobie na seksistowskie żarty, wykorzystuje swoją uprzywilejowaną pozycję – Niemca, mężczyzny i szefa – do wywierania presji na pracownikach. Dyskryminuje ze względu na nieznajomość niemieckiego, choć mógłby mówić po angielsku. Zmusza podwładnych do domyślania się, na czym polegają ich zadania. A jeśli ci nie domyślą się dobrze, z pewnością sobie na nich poużywa. Roger jest macho i mobberem. Narratorka pisze dużo o pracy z nim, ponieważ traktuje ją jako „paradygmatyczną” dla historii jej emigracji. To historia „przymusu znoszenia czegoś, co jest upokarzające” [s. 43]. Ale takich jak Roger było więcej – choćby Rudolf, psychopata, który ledwo trzymał na wodzy kipiącą w nim agresję. A na dodatek nie chciał płacić.
Dla narratorki upokarzające jest także to, że cały czas wymaga się od niej wdzięczności. Za to, że dostała pracę, za to, że czasem łaskawie zwraca się do niej w języku innym niż niemiecki, za możliwość korzystania ze słynnego niemieckiego socjalu. Wdzięczność i staranie to „niemieckie sporty narodowe dla migrantów”. Za pomocą języka transferowana jest pasywna przemoc, która według narratorki jest istotnym elementem niemieckiej kultury po drugiej wojnie światowej. Jednocześnie autorka podkreśla, że w Berlinie, jako osoba biała, czuła się bezpiecznie. Przemoc fizyczna kwitnie bowiem wśród migrantów o nieco ciemniejszym kolorze skóry.
Wyobcowanie, którego Anna doświadcza w pracy, pogłębiają złe warunki mieszkaniowe. Dzieląc wynajmowane mieszkanie w ramach popularnego w Berlinie Wohngemeinschaft, nigdy nie czuła, że ma te same prawa co Niemcy, którzy mogli robić w mieszkaniu cokolwiek chcieli, na przykład zapraszać gości na imprezy w środku tygodnia, odbierając jej prawo do wypoczynku po wyczerpującej pracy. „Mam nadzieję, że w pokoju po mnie zamieszkał jakiś niemiecki mężczyzna. Tylko osobę wyposażoną w takie przywileje ci super-duper antyfaszystowscy, antyrasistowscy, genderqueerowi kreuzbergczycy będą traktować jak równą sobie” [s. 79] – stwierdza gorzko.
Miasto wyzysku
Inaczej niż w wielu innych stolicach Europy, dla których najbiedniejsze dzielnice są dzielnicami wstydu, Berlin swoje dzielnice imigranckie uczynił wizytówką świadczącą o otwartości Niemców na obcych – tłumaczy Zawadzka. Autorka podkreśla, że miasto to funkcjonuje dzięki niskopłatnej pracy przybyszów takich jak ona. Wszyscy ci ludzie, z których pracy korzystają zamożniejsi, pozostają zamknięci w dzielnicach zapomnianych przez państwo, gdzie na ulicach leżą śmieci, chodniki są w opłakanym stanie i nikt nie troszczy się o przestrzeń publiczną. Władza wie, że dbać nie trzeba, ponieważ najubożsi i tak nie będą mogli się wynieść z przeludnionych osiedli. Nawet gdyby zdobyli środki, nikt nie zechce wynająć im swoich zadbanych mieszkań.
Narratorka przekonuje, że dopiero w Berlinie pojęła, „na czym polegała dzielnica żydowska w Warszawie” i jak funkcjonuje systemowy rasizm. A jednocześnie podkreśla, że Niemcy lubią o sobie myśleć jako o dojrzałej demokracji, czego w żaden sposób nie przekreślił epizod narodowego socjalizmu. Ksenofobia Niemców koncentruje się na Arabach i Turkach, których obwiniają o wszystko, ale przede wszystkim o to, że chcą żyć po swojemu. Jednocześnie fakt, że pozwala im się żyć w Niemczech, ma oddalać wszelkie zarzuty dotyczące rasizmu. Ten jednak istnieje, a Zawadzka określa go jako „zwyczajny, cichutki, niekrzykliwy, mamroczący pod nosem, jeśli strzelając, to tylko spojrzeniem” [s. 99].
„Gorycz” przedstawia także liczne inne bolączki Berlina, w którym jak w soczewce skupiają się problemy Zachodu. Oprócz segregacji rasowej i towarzyszącej jej segregacji ekonomicznej jest też kryzys wynikający z niedoboru mieszkań dla młodych ludzi i gentryfikacja, której narratorka, jak sama przyznaje, jest częścią.
Z dzielnicami zdominowanymi przez gastarbeiterów, jak Neukölln, Kreuzberg, kontrastują Mitte – pomnik bezlitosnej niemieckiej biurokracji – czy opływające bogactwem Charlottenburg i Grunewald oraz wszystkie te miejsca, w których narratorka w przepoconych roboczych ubraniach i ciężkich butach pielęgnowała trawniki i krzaki, licząc na to, że dobry Niemiec pozwoli jej skorzystać z pobliskiej toalety. W ten oto sposób, płonąc klasowym gniewem, realizowała etos Polaka na saksach.
Gorycz krytyki
Dyplomatycznie powiem, że „Gorycz” spotkała się z mieszanym przyjęciem ze strony krytyki. O ile entuzjastycznie na temat książki wypowiadała się na łamach „Tygodnika Powszechnego” Magdalena Nowicka-Franczak, o tyle trudno znaleźć w innych większych tytułach pozytywne głosy. Łatwo za to znaleźć te krytyczne. Najcięższe działa wytoczył Krzysztof Sztafa z „Małego Formatu” [1], który stwierdził, że autorka „napisała rzecz, która w założeniu szokować ma bezkompromisową jazdą po bandzie i olśniewać celnością stawianych diagnoz, a ostatecznie drażni, konsternuje i odpycha”. Co więcej, Sztafa – jako juror konkursu na najgorszą książkę roku w tematyce awansu społecznego rad byłby znaleźć „Gorycz” wśród zgłoszonych prac. Zarzutów w jego obszernym tekście jest o wiele więcej.
Zdaniem krytyka narratorka „rozgrywa resentyment klasowy jako skuteczną strategię upodmiotowienia”, a w rezultacie dokonuje „niezręcznych projekcji”. Ukrywa fakt posiadania etatu na uczelni, który zapewnia jej ubezpieczenie [2], a w kontakcie z pracownikami fizycznymi daje się ponieść doskonale znanej w literaturze ludomanii. Kluczowy zarzut tkwi już w tytule tekstu: „Piekło to inni”. Zdaniem recenzenta Zawadzka maluje czarno-biały świat, w którym jest ona permanentnie pokrzywdzona, a (prawie) wszyscy inni źli. Wszystko to ma sprawiać, że proza pisarki „drażni, konsternuje i odpycha. I robi to w takim stopniu, że aż ciężko traktować ją poważnie”.
Przyznam, że ta krytyczna kanonada nieco mnie oszołomiła. Mimo to odważę się napisać, że Zawadzka napisała książkę istotną i wartą poznania. To także esej, który po prostu dobrze się czyta – oczywiście przynajmniej po części mowa o wstydliwej satysfakcji z czytania o cudzych niepowodzeniach i nieszczęściach, jak w przypadku obcowania z misery porn. Narratorce można, wręcz należy, współczuć, ale niełatwo ją polubić. Trudno jednak wymagać od wściekłego człowieka, żeby był sympatyczny.
Na atrakcyjność czytelniczą „Goryczy” wpływa także jej kompozycja. Krótkie, silnie spuentowane rozdziały podtrzymują napięcie i ułatwiają zachowanie rytmu czytania. Przystępny język odzwierciedla dwoistość tożsamości inteligentki, która zsunęła się na dół drabiny społecznej – wyraźnie czuć w nim napięcie między akademickim habitusem a robotniczą koniecznością.
Doświadczenie posttransformacyjnej emigracji zarobkowej – i cała mitologia „Rajchu” – jest czymś głęboko wrośniętym w historie naszych rodzin (lub nasze własne). Dzięki temu autorce łatwo jest zaangażować czytelnika, grając na doświadczanym wspólnie poczuciu niesprawiedliwości. Co więcej, opisywane przez nią zjawiska z łatwością dają się umieścić w szerszym kontekście sporów klasowych i politycznych. Owszem – nie każdemu będzie łatwo przebrnąć przez tę książkę. Konfrontacyjność narratorki niekiedy aż „bije po oczach”, co dla niektórych pewnie okaże się barierą nie do przejścia. Można nawet zarzucić jej egotyzm i usilne podtrzymywanie wizerunku ofiary. Ja jednak godzę się na wszystkie te ludzkie mankamenty tekstu, ponieważ wynikają z autentyczności prozy Zawadzkiej, pisanej jeśli nie robotniczą krwią, to robotniczym potem. Polecam i jednocześnie ostrzegam – to będzie frustrująca lektura, choć dla każdego może być ona frustrująca nieco inaczej.
Przypisy:
[1] Krzysztof Sztafa, „Piekło to inni”, „Mały Format”, nr 11/2025.
[2] Krytyk stwierdził w artykule, że w swojej książce autorka ani razu nie przyznała się wprost do tego, że pracując w Niemczech, jednocześnie była zatrudniona na uczelni. W rzeczywistości jednak informuje o tym już na drugiej stronie: „Od roku 2018 do 2020 pracowałam więc na dwa etaty: zdalnie jako socjolożka i równolegle fizycznie jako pomocnica ogrodnika w niemieckiej firmie zajmującej się zielenią miejską”. To istotne, ponieważ ten zarzut był punktem wyjścia do krytycznej recenzji dzieła.
Książka:
Anna Zawadzka, „Gorycz”, wyd. Czarne, Wołowiec 2025.