Magdalena Stoszek-Deng, fot. archiwum prywatne tłumaczki

Krzysztof Katkowski: Jest pani tłumaczką literatury chińskiej. Przyznam, że patrzę na tę pracę również z perspektywy własnych doświadczeń – sam zajmuję się tłumaczeniem z języków romańskich i słowiańskich – i chciałem zapytać, choć to pytanie dość oczywiste i prowokujące: jak w ogóle możliwe jest tłumaczenie książek z chińskiego na polski?

Magdalena Stoszek-Deng: Oczywiście, że jest możliwe. Wszystko zależy od tego, czy mamy do czynienia z dobrą literaturą, bo dobra literatura w pewnym sensie tłumaczy się sama, a cała reszta – tak mi się wydaje – to już są technikalia. Zresztą pan wie doskonale, jako tłumacz literacki, że nigdy nie jest tak, iż bierze się jednostki z języka wyjściowego i po prostu podstawia ich ekwiwalenty w języku docelowym. Najpierw trzeba dokonać interpretacji tekstu, a potem, sięgając po środki dostępne w języku docelowym, spróbować oddać wszystkie namysły autorskie, emocje towarzyszące czytelnikowi oryginału i tak dalej.

Jeśli chodzi o chiński, to największą trudnością jest chyba ogromna asymetria gramatyczna między językami. Chiński jest bardzo niedookreślony i silnie kontekstualny – bez kontekstu często pojawiają się problemy interpretacyjne. I to dotyczy nie tylko tłumaczy czy osób uczących się chińskiego jako języka obcego, ale także rodzimych użytkowników. Zdarzało mi się nieraz, że osoba, z którą czasem konsultuję trudniejsze fragmenty, miała kłopot z interpretacją frazy wyrwanej z kontekstu albo niewpisującej się w logiczną narrację.

Często się zdarza, że w języku polskim musimy coś doprecyzować, samodzielnie skonkretyzować. Wynika to choćby z gramatyki: musimy określić aspekt dokonany lub niedokonany, wskazać, kto co zrobił, jakiej był płci, czy chodzi o liczbę pojedynczą, czy mnogą i tak dalej. To bywa realnym wyzwaniem. Podobnie jest z ciągłością czasów – w chińskim potrafi być ona zaburzona. Wychodzimy od opisu o charakterze ogólnym, niedokonanym, mówiącego o tym, „jak jest” albo „jak bywa”, po czym nagle pojawia się konkretna sytuacja: ktoś coś mówi, coś się wydarza. Po chińsku to nie razi, ale w polszczyźnie wymaga pewnej gimnastyki, żeby spełnić wymogi poprawności. To chyba jedna z największych trudności.

Do tego dochodzi cała warstwa niuansów kulturowych. Jeśli nie zna się dobrze lokalnej mentalności i zaplecza kulturowego, łatwo coś przeoczyć albo niechcący zniekształcić. Szczególnie dotyczy to utworów silnie zakorzenionych w klasyce. Zawsze trochę się tego obawiam – że coś mi umknie, zwłaszcza w tekstach bardzo erudycyjnych, operujących cytatem czy aluzją do dzieł klasycznych, które dla wykształconego użytkownika języka chińskiego są czytelne, a dla mnie mogą pozostać niewidoczne, bo nie chodziłam tam do szkoły i nie przeszłam całego kanonu krok po kroku. 

Nie znając kontekstów kulturowych, ryzykujemy też przesunięciem znaczeniowym. Za przykład niech posłuży chiński zwyczaj pokrywania śmiechem sytuacji niezręcznych – ktoś przyłapany na przykład na błędzie czy kłamstwie, a zatem w obliczu ewentualnej utraty twarzy, może się roześmiać czy uśmiechnąć, co czytelnik spoza chińskiego kręgu kulturowego łatwo może błędnie zinterpretować jako kpinę czy bezczelność. 

Inną kwestią jest zmiana rejestru – Chińczycy mają na przykład ogromne upodobanie do stosowania onomatopei, które oddane w polskim tekście mogą obniżyć rejestr, niezamierzenie przesunąć wydźwięk tekstu w stronę humorystyczną czy wręcz nieco infantylną. Za każdym razem trzeba zdecydować, co z nimi zrobić, czym ewentualnie zastąpić. Dużym wyzwaniem jest też przekład wulgaryzmów, należy bowiem nadać im właściwy ciężar. Czasem niezbędna jest konsultacja z rodzimym użytkownikiem, która pomaga ustalić, jak mocne jest tak naprawdę dane wyrażenie.

Tłumaczy z hiszpańskiego czy francuskiego mamy w Polsce nie tak znowu wielu, ale z chińskiego można ich chyba policzyć na palcach jednej ręki…

To faktycznie bardzo małe poletko – niewiele osób zajmuje się literaturą z tego regionu, więc siłą rzeczy te same nazwiska będą się wciąż przewijać. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że w porównaniu z wieloma moimi szanownymi koleżankami (bo jakoś tak się składa, że w dziedzinie tłumaczeń literackich z języka chińskiego dominują kobiety, choć oczywiście zdarzają się wyjątki) mój dorobek przekładowy nie jest jeszcze bardzo duży, choć mam nadzieję, że to się w najbliższym czasie zmieni.

Jeśli chodzi o moją drogę, to studiowałam sinologię w Poznaniu, na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Na czwartym roku mogliśmy wybrać miejsce wyjazdu stypendialnego na roczny kurs języka chińskiego w Chinach. Oczywiście nie wszyscy trafiali tam, gdzie chcieli, ale ja miałam to szczęście, że wysłano mnie dokładnie tam, gdzie planowałam pojechać, czyli do Harbinu. 

Dlaczego Harbin? 

Byłam wtedy świeżo po lekturze książek Edwarda Kajdańskiego – polskiego sinologa i dyplomaty, który urodził się w Harbinie, studiował na tamtejszej politechnice, a później pracował jako konsul w Kantonie. Napisał wiele książek poświęconych Chinom: między innymi autobiograficzne „Wspomnienia z mojej Atlantydy”, prace poświęcone historii Kolei Wschodniochińskiej czy wydaną pod pseudonimem, osadzoną częściowo w Mandżurii, „Tybetańską księżniczkę”. Przemówiły mi one do wyobraźni i postanowiłam zobaczyć te wszystkie miejsca na własne oczy. Kajdański nota bene badał też postać polskiego misjonarza Michała Boyma, który odwiedził Chiny w XVII wieku, był przyjmowany na dworze cesarskim, opracował atlas Chin oraz „Florę Sinensis” – przełomową pracę na temat roślinności Chin. Poświęcona mu książka Kajdańskiego została jakiś czas temu przetłumaczona na język chiński i jest ważnym przyczynkiem do rozmowy o relacjach polsko-chińskich już w XVII wieku.

Natomiast sam Harbin jest miastem bardzo ciekawym, specyficznym i – paradoksalnie – dość „niechińskim”, w końcu swoje powstanie zawdzięcza obcokrajowcom, w tym, w dużej mierze, Polakom. Z jednej strony wybór takiego miejsca do nauki języka może dziwić, z drugiej jednak – północno-wschodnie regiony Chin słyną z bardzo poprawnego, wręcz kanonicznego mandaryńskiego. Oczywiście istnieją lokalne naleciałości dialektalne, ale jeśli mówi się językiem ogólnopaństwowym, to jest on tu w porównaniu z południem kraju wyjątkowo standardowy.

W Harbinie poznałam mojego męża, więc później starałam się tak ułożyć życie, żeby tu wrócić. Mieszkam tu już od dziesięciu lat i bardzo to miejsce lubię. A jeśli chodzi o tłumaczenie literatury – wszystko zaczęło się od opowiadań pochodzącej z tego regionu pisarki Chi Zijian. To był mój debiut przekładowy, choć podobnie jak dwa kolejne przekłady powstał początkowo po prostu „do szuflady”, dopiero później spróbowałam zainteresować nimi wydawnictwa. W tym miejscu muszę oddać ogromny ukłon pani Eli Brzozowskiej – gdyby nie PIW, te teksty prawdopodobnie nigdy nie wyszłyby poza szufladę. Trzy moje pierwsze przekłady to utwory autorów dongbejskich, czyli pochodzących z terenów Chin Północno-Wschodnich, historycznej Mandżurii. Jest to region, w którym mieszkam, który mnie fascynuje, i mam mocne poczucie, że – ze względu na swoją historię i lokalny koloryt, literacko niezwykle ciekawy – ma jeszcze wiele do zaoferowania.

Czyli Harbin to właściwie pani nowy dom?

Tak. Bardzo go lubię – zarówno samo miasto, jak i cały region. Pewnie dlatego się nim zajmuję i dlatego zależy mi na tym, żeby promować literaturę stąd trochę szerzej. Harbin ma też swoje polskie konteksty i historie, o których – co prawda – niewiele się tu wie. Wynika to po części z faktu, że w tamtym czasie Polski jako niepodległego państwa jeszcze nie było, więc Polacy byli często postrzegani jako Rosjanie albo „biali Rosjanie”. Nie rozróżniano narodowości takich jak Polacy, Łotysze czy inni mieszkańcy imperium.

Tymczasem Harbin (dawniej: Charbin) to chyba najbardziej „polskie” miasto w Chinach – w szczytowym okresie mieszkało tu niemal dziesięć tysięcy Polaków. Zatrudnieni przy budowie Kolei Wschodniochińskiej, mieszkali zresztą nie tylko w samym mieście, ale także na stacjach wzdłuż linii kolejowych (Ashihe/Aszyche, Yimianpo/Imieńpo, Manzhouli/Mandżuria). W Harbinie zaś do dziś zachowały się namacalne ślady tej obecności: najdłuższy na całej trasie KWCh most nad Sungari (nazywany „Mostem Kierbedzie” na cześć wiceprezesa towarzystwa Kolei Wschodniochińskiej, inżyniera Stanisława Kierbedzia), dawny polski kościół katolicki, cukrownia, fabryka papierosów braci Łopato, willa Władysława Kowalskiego, właściciela rozległych leśnych koncesji, jednego z najzamożniejszych ludzi w Mandżurii. Sam rozkład ulic na starym mieście zawdzięczamy polskiemu inżynierowi, Konstantemu Jokiszowi!

W związku z tym wszystkim czuję z tym miejscem i jego mieszkańcami pewną bliskość mentalną – nie wiem, czy to kwestia klimatu, historii, czy wszystkiego po trochu. Harbin i cały ten region to nie są Chiny, o których myśli się w Polsce w pierwszej kolejności, to Chiny nieoczywiste. Funkcjonowanie na rubieżach cywilizacji chińskiej, wpływy zagraniczne (chociażby obecne na co dzień w diecie Harbińczyków kiełbasy, chleb, kapusta kiszona czy kwas chlebowy), trwająca niemal pół roku ostra zima – wszystko to sprawia, że Harbin jest inny. 

Mieszkańcy Chin Północno-Wschodnich mają też nieco inną mentalność. Obszary te były długo zamknięte na chińskie osadnictwo, albo służyły za miejsce zsyłki, albo przyciągały różnego typu awanturników. Gdy w końcu na masową skalę pojawili się tu Chińczycy Han, byli to głównie skuszeni wizją rozległych terenów i żyznych czarnoziemów, uciekający przed nędzą i głodem mieszkańcy biednych wiosek z prowincji Shandong. Do dziś większość Dongbejczyków jako jedną z podstawowych informacji o sobie podaje miejsce, z którego przybyli ich przodkowie. A że życie ich tu nie rozpieszczało i przetrwać mógł tylko najbardziej zdeterminowany typ człowieka, nie dziwi zatem, że do dziś Dongbejczycy mają nieco inną od południowców mentalność, bardziej bezpośrednią, prostolinijną. Są głośniejsi, bardziej serdeczni, pełni humoru (nieraz całkiem dosadnego). Na południu Chin uchodzą za nieco „nieokrzesanych”, niezbyt wyrafinowanych. Może i na co dzień nie popija się tu herbaty i nie celebruje tradycyjnej chińskiej estetyki, ale jeśli chodzi o codzienne życie, ich bezpardonowość i łatwość nawiązywania kontaktów mnie osobiście bardzo odpowiada.

Wracając do tłumaczeń z chińskiego. PIW wydał też niedawno zbiór opowiadań Lu Xuna – można powiedzieć, że chińskiego klasyka. 

Tak, w PIW-owskiej „czarnej serii” ukazały się przekłady dzieł wielu wspaniałych chińskich autorów – zarówno klasyków, jak Lu Xuna czy Lao She, jak i wybitnych autorów współczesnych jak Can Xue czy Yan Lianke, a także tłumaczonego przeze mnie Shuang Xuetao, jednego z młodych reprezentantów Nowej Dongbejskiej Grupy Literackiej. Zbiór opowiadań zatytułowany „Mojżesz na równinie” to głos chińskiego „pasa rdzy” – regionu, który swego czasu stanowił zagłębie przemysłu ciężkiego, wydobywczego i obronnego, a któremu reformy Deng Xiaopinga przyniosły chaos, pauperyzację i rozpad tkanki społecznej.

Shuang Xuetao przeżył oczarowanie literaturą zachodnią, za swoich mistrzów uznaje Hemingwaya czy Marqueza, jednak największym objawieniem była dla niego lektura dzieł Wang Xiaobo (w Polsce również nakładem PIW-u ukazały się jego „Złote czasy” w przekładzie Katarzyny Sarek), jak na chińskie standardy literackie pisarza nietypowego, bo bardzo ironicznego i autoironicznego. I mam wrażenie, że podobna autoironia wyraźnie wybrzmiewa u młodszych pisarzy północno-wschodnich. Nawet jeśli podejmują trudne tematy, nie są one podawane w sposób łopatologiczny, co w literaturze chińskiej czasem się zdarza. Ta nieformalna grupa literacka jest zresztą dość specyficzna: autorzy (Shuang Xuetao, Ban Yu, Zheng Zhi) są w podobnym wieku, pochodzą z tego samego regionu, a wręcz z tej samej dzielnicy – bo faktycznie mieszkali blisko siebie. W związku z tym podejmują podobne wątki i podobnie patrzą na okres reform społeczno-ekonomicznych w Chinach: przejście od gospodarki planowej i państwowych molochów do reform i otwarcia w latach osiemdziesiątych XX wieku, retrospektywne spojrzenie na losy zatrudnionych w fabrykach rodziców, skupienie na doświadczeniach życia codziennego podszyte jednak z lekka realizmem magicznym.

Ich wspólnotę doświadczeń widać także w relatywnie podobnym stylu pisania: krótkich zdaniach, sięganiu pełną garścią po gwarę lokalną, operowanie językiem mówionym, bardzo potocznym. Mam wrażenie, jakby historia w pewien sposób zatoczyła koło. Podobnie jak Ruch 4 Maja i Ruch Nowej Kultury w początkach XX wieku postulował odejście w utworach literackich od wenyanwen, czyli klasycznego języka pisanego, na rzecz języka mówionego, tak i młodzi chińscy pisarze (oczywiście toutes proportions gardées) podważają kanony tego, „jak powinno się pisać literaturę”. Oznacza to, że rezygnują z wyodrębniania dialogów, nie „polerują” zdań, zapisują język, jakim posługują się mieszkańcy regionu. Dokładnie w taki sposób, w jaki on brzmi. Dzięki temu tekst zyskuje nową energię i siłę przekonywania: czytelnik łatwiej się w nim zanurza i wierzy, że to się rzeczywiście dzieje, że ludzie naprawdę tak mówią i tak żyją. Nie wiem, na ile da się to odczuć w przekładzie, bo tłumaczenie gwary – co pan doskonale wie – samo w sobie stanowi wyzwanie, a tu dochodzi jeszcze kwestia nieprzystawalności gramatycznych struktur języka i przyzwyczajeń językowych. W chińskim można pozwolić sobie na powtórzenia, na to, że narracja ciągnie się niemal ciurkiem, a mówców rozróżniamy po kończącym każde zdanie „powiedział/powiedziała”. To nie razi. W polszczyźnie natomiast byłoby to albo kompletnie nieczytelne albo wyjątkowo niezgrabne. Konieczna jest więc ingerencja translatorska.

Zawsze więc coś się traci, coś zyskuje. Mam jednak nadzieję, że ta specyficzna „północna” energia i podobieństwo stylistyczne udało się zachować, nawet jeśli nie możemy operować dokładnie tymi samymi środkami, co autor chiński.

Chciałem dopytać o tę potoczystość – już nie tyle z perspektywy polszczyzny, ile samej literatury chińskiej. Na ile współczesna literatura chińska rzeczywiście jest dziś taka płynna, potoczna? Czy to wyłącznie spuścizna Ruchu 4 Maja i Nowej Kultury, czy raczej coś, co wydarza się teraz, na naszych oczach?

Podejrzewam, że wynika to między innymi również z coraz silniejszego kontaktu z literaturą zachodnią. To oczywiście dłuższy i głębszy proces, który korzeniami sięga lat osiemdziesiątych XX wieku, kiedy na skutek zmian polityczno-społecznych kontakt z nią stał się możliwy i ukazało się mnóstwo przekładów. Nie sposób nie wspomnieć tu znanych polskiemu czytelnikowi nazwisk, takich jak choćby awangardowa Can Xue, która w swych dziełach poszukuje zupełnie nowego języka ekspresji, ale i tuzów chińskiej literatury współczesnej – Mo Yana, Su Tonga czy Yu Hua, w dziełach których pobrzmiewają również echa wpływów gigantów literatury zachodniej, chociażby Marqueza czy Faulknera.

Teraz z kolei mamy do czynienia z jeszcze młodszym pokoleniem pisarzy urodzonych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, u których da się zauważyć właśnie rezygnację z wyraźnego wydzielania dialogów albo tylko częściowe ich zaznaczanie – nie w mowie zależnej, tylko jako element ciągłej narracji. Być może to po prostu zmiana pokoleniowa, być może do przyzwyczajonego do komunikatorów młodszego czytelnika bardziej przemawia takie rozwiązanie, wydaje się bliższe życia, bardziej wiarygodne. Może to czasem kwestia wygody? Niektórzy młodsi autorzy w ogóle nie piszą swoich tekstów, a dyktują je odpowiednim programom, które przekształcają słowa w tekst. Ponieważ nie zajmuję się badaniami literackimi naukowo, nie śmiem stawiać daleko posuniętych wniosków. 

A czy możemy dzisiaj mówić o „literaturze chińskiej” w liczbie pojedynczej?

Tu muszę ponownie zastrzec, że nie zajmuję się badaniami literaturoznawczymi. Patrzę na to raczej z perspektywy praktycznej i własnego doświadczenia. Nawet gdy mówimy o jednym kraju, jak Hiszpania, to przecież w rzeczywistości mamy do czynienia z wieloma literaturami – regiony różnią się językiem, historią, wrażliwością. To wszystko przekłada się na pisanie.

W przypadku Chin skala tej różnorodności jest jeszcze większa. Już sama wielkość kraju robi ogromną różnicę, a przecież nie mówimy tylko o Chinach kontynentalnych, czyli Chińskiej Republice Ludowej, mamy jeszcze Tajwan, Hongkong, a także literaturę całej sinosfery, tworzoną przez diasporę chińską w innych krajach, choćby Azji Południowo-Wschodniej.

Trudno więc mówić o literaturze chińskiej jako jednym, spójnym zjawisku, monolicie. Podobnie jest zresztą z językiem – należałoby tak naprawdę mówić o językach chińskich. W końcu Chińczycy posługujący się kantońskim, szanghajskim lub językiem min, są przekonani, że wszyscy komunikują się w języku chińskim, chociaż nie rozumieją się wzajemnie. Chiny charakteryzują się ogromną różnorodnością językową, a standardowy język chiński, w ChRL nazywany „mową wspólną”, putonghua, a na Tajwanie guoyu, to tak naprawdę twór poniekąd sztuczny, odgórnie promowany jako narzędzie gwarantujące sprawną komunikację pośród tych wszystkich istniejących języków, dialektów czy topolektów (granica pomiędzy którymi jest zresztą dość trudna do wyznaczenia).

Wszystko to sprawia, że mówimy o różnych rzeczywistościach językowych i nie tylko. Jeszcze do niedawna zdarzało się, że osoby starsze, zwłaszcza na biedniejszych, wiejskich terenach, w ogóle się nią nie posługiwały. Dziś to zjawisko jest już w dużej mierze wykorzenione, ale nie zmienia to faktu, że pochodzenie autora ma ogromny wpływ na to, jak i o czym pisze. Wydaje mi się, że w Polsce nie zawsze zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo zróżnicowane są Chiny. Codzienne doświadczenie kogoś z dawnej Mandżurii, z Kantonu, z Tybetu czy z interioru kraju będzie skrajnie odmienne – nawet jeśli wszyscy formalnie mówią jednym językiem i są tej samej narodowości (a przecież językiem chińskim posługują się też rozmaite mniejszości etniczne). Różnice klimatu, kuchni, trybu życia, a nawet fizjonomii przekładają się na sposób myślenia i opowiadania świata. 

Mam też wrażenie, że południe Chin – podobnie jak Tajwan – znacznie silniej zachowało elementy religii ludowej, kultu przodków, rytuałów pamięci, składania ofiar, przesądów. Funkcjonują one tam wyraźniej niż na północy, która wydaje się bardziej zlaicyzowana, pragmatyczna. Być może ma to związek z tym, że południe jest silniej związane z biznesem i pasem wybrzeża? To wszystko, siłą rzeczy, musi odbijać się w literaturze.

Mam wrażenie, że w Polsce wiedza na temat literatury chińskiej jest znikoma, a jeszcze gorzej jest gdy mówimy o literaturze pisanej przez kobiety.  

To prawda, wydaje mi się, że na tle mocno zmaskulinizowanej literatury okresu Ruchu 4 Maja i Nowej Kultury (bo o niej wspominaliśmy, ale nie tylko) literatura kobiet jest wyjątkowa, na przykład książki Xiao Hong. Nie jest ona co prawda najbardziej znaną chińską pisarką – zdecydowanie bardziej rozpoznawalna jest Eileen Chang – ale była i pozostaje głosem unikalnym. Po pierwsze dlatego, że głosów kobiecych było wówczas stosunkowo niewiele, a po drugie z uwagi na perspektywę, z jakiej pisała – perspektywę wygnańca, tułacza, pariasa, osoby, która doświadczyła skrajnej biedy. To odróżniało ją od wielu twórców związanych z ruchem, którzy – owszem – deklarowali lewicowe poglądy, postulowali emancypację kobiet i chłopów, modernizację społeczeństwa, ale robili to często z wygodnej perspektywy salonów i własnych wyobrażeń o tym, jak wygląda życie biednego chłopa z chińskiej wsi. Ona wiedziała, o czym pisze, a na dodatek robiła to w sposób pozbawiony dydaktyzmu, lirycznie i z czułością. A jednocześnie bardzo mocno.

Z twórczością Xiao Hong zapoznałam się tak naprawdę dopiero tutaj, na miejscu. Słyszałam o niej wcześniej niewiele, ale ponieważ Hulan, z którego pochodzi, jest dziś dzielnicą Harbinu, a jej dom rodzinny został przekształcony w muzeum, jest to postać ważna dla regionu. Wyimki z jej tekstów znajdują się w szkolnym kanonie i „zwykli” Chińczycy często reagują zdziwieniem, że ktoś z zewnątrz może się nimi fascynować. Dla wielu to po prostu nowele „z podręcznika”, trochę jak pozytywistyczna klasyka – coś martwego, niekoniecznie przeżywanego jako żywa literatura.

Ale to chyba działa w obie strony. Nasze kanoniczne utwory także były i są w Chinach tłumaczone i wciąż czytane – może nie masowo, ale kto wie, czy nie częściej niż przeciętny polski czytelnik sięga dziś po klasykę we własnym kraju. 

W Chinach polską klasykę tłumaczą Lu Xun i jego brat Zhou Zhoren. Co może zaciekawić chińskiego czytelnika w „Lalce”, po co miałby ją czytać? 

Przede wszystkim ze względu na wartość literacką. Podobnie jak z twórczością Lu Xuna czy Xiao Hong – jeżeli mamy do czynienia z dobrą literaturą, która potrafi przemówić do czytelnika, zagrać na emocjach, to ona się obroni – nawet jeśli zostanie odkryta wiele lat po swoim powstaniu i w zupełnie innym kręgu kulturowym. Czasem właśnie ta perspektywa oddalenia, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni, pozwala spojrzeć na takie teksty świeżym okiem i odnaleźć w nich coś, co można odnieść do własnego doświadczenia, z czym można się utożsamić. Nawet jeśli książka powstała sto, osiemdziesiąt czy pięćdziesiąt lat temu w bardzo odległym kraju, o którym nie za wiele się wie.

Mam wrażenie, że w Polsce o Chinach nadal niewiele się wie. Owszem, duże metropolie, rozwinięte wybrzeże czy kolorowe, barwne regiony takie jak Syczuan czy Junnan funkcjonują w powszechnej świadomości – natomiast reszta to wciąż biała plama. Mam nadzieję, że dzięki moim przekładom udało się choć trochę przybliżyć polskiemu czytelnikowi region Dongbei, czy choćby zaszczepić myśl, że Chiny są ogromne, bardzo zróżnicowane i mają niejedno oblicze.

Nadal jest jednak wiele do zrobienia! Niedawno ukazał się przekład mojej koleżanki po fachu, tym razem książki autora z Gansu, co mnie bardzo cieszy, bo to kolejna nowa, zupełnie inna perspektywa. Literatura z tamtego regionu dla mnie samej będzie czymś świeżym i odmiennym od tego, co znam. Mam nadzieję, że na polskim rynku ukaże się jeszcze więcej pochodzących z Chin głosów, ukazujących całą panoramę środowisk i kontekstów społecznych. Cieszyłabym się bardzo, gdyby udało się poszerzyć spektrum gatunkowe i poza literaturą wysoką, misyjną, niosącą określone wartości, wprowadzić na polski rynek także literaturę popularną, która w Chinach jest naprawdę czytana i mówi o codziennym życiu: solidnie napisane powieści obyczajowe, reportaże czy kryminały. Chętnie dołożę do tego swoją cegiełkę.