To będzie bardzo osobisty tekst. Będzie dotyczyć tego, dlaczego tak boli mnie podział, nie tyle społeczeństwa, co mojej grupy społecznej, jaki powstał w związku z różnicą zdań na temat tego, co dzieje się pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami od 7 października 2023 roku. 

Oczywiście cezura 7 października jest umowna. Wiadomo, że procesy, które doprowadziły do ataku Hamasu na kibuce południowego Izraela, a potem do izraelskiej odpowiedzi i w efekcie śmierci co najmniej 70 tysięcy Palestyńczyków, zaczęły się mniej więcej sto lat wcześniej. Co najmniej, bo można liczyć, że praźródłem tego, co dzieje się teraz na tym niewielkim skrawku ziemi między Morzem Śródziemnym a rzeką Jordan, były narodziny nacjonalizmu i kolonializm. A więc, ogólniej rzecz biorąc, wyłonienie się nowoczesnego świata, którego reguły, choć wciąż ewoluują przez tych dwieście lat, obowiązują do dziś.

Może wydawać się nie na miejscu, że piszę o własnych odczuciach i dyskomforcie, gdy mamy do czynienia z kwestią ludobójstwa, granic obrony koniecznej, prawa do samostanowienia, antysemityzmu, islamofobii – czy w ogóle rozpadu całego porządku międzynarodowego, jaki powstał po drugiej wojnie światowej. 

Jednak czuję, że warto napisać, o tym, co przeżywam, bo wydaje mi się, że sprawa nie jest jednostkowa, tylko dotyczy w mniejszym lub większym stopniu całej polskiej inteligencji. 

Warstwy, z którą, być może po staroświecku, ale – mimo wszystko – mocno się utożsamiam.

Atak terrorystyczny, ale nie punkt zero 

Zacznę od podsumowania moich poglądów na sprawę Izraela i Palestyńczyków. 

Tak, uważam, że 7 października 2023 roku mieliśmy do czynienia z atakiem terrorystycznym. Jednocześnie jednak nie można zaczynać omawiania relacji izraelsko-palestyńskich od tego ataku, ignorując wszystko, co było wcześniej. A wcześniej zdarzyły się:

– Narodziny nacjonalizmu, których efektem było też powstanie syjonizmu. Ruchu obronnego przeciwko nowoczesnemu antysemityzmowi. Ale też swoistego nacjonalizmu żydowskiego, mającego, podobnie jak inne nacjonalizmy, swoje piękne i brzydkie aspekty.

– Możliwy dzięki ówczesnej niesłychanej przewadze technologicznej Europy nad resztą świata (jej przyczyny to też fascynująca kwestia, ale na inny tekst) kolonializm europejski. I stosunek mocarstw, najbardziej Wielkiej Brytanii, do europejskich Żydów i do muzułmańskiej ludności Imperium Osmańskiego, w tym wypadku w Mandacie Palestyny. 

– Holokaust.

– Zgoda wspólnoty międzynarodowej (nie oszukujmy się – najważniejsza była zgoda wielkich mocarstw, które wygrały drugą wojnę światową) na powstanie państwa Izrael.

– Znowu wracamy do przewagi technologicznej Europy, której skutkiem tym razem był wynik wojny izraelsko-arabskiej 1948 roku, powstanie, wbrew rezolucji ONZ, nie dwóch państw Izraela i Palestyny, a tylko jednego, oraz nakba, czyli wyganianie tysięcy Palestyńczyków z terenów włączonych do państwa Izrael.

– Polityka Izraela, ale i państw arabskich wobec ludności palestyńskiej, kolejne wojny izraelsko-arabskie wygrane przez Izrael, izraelska polityka osadnicza przy jednoczesnej konsekwentnej odmowie prawa do powrotu dla Palestyńczyków wygnanych w 1948 roku.

– Wzrost antyizraelskich, antysyjonistycznych, ale też zwyczajnie antysemickich nastrojów w krajach muzułmańskich przy jednoczesnym absolutnie nierównym traktowaniu obu stron tego izraelsko-palestyńskiego sporu przez Zachód.

– Powstanie palestyńskiego ruchu narodowowyzwoleńczego, sięgającego, jak inne ruchy narodowowyzwoleńcze na świecie, również po metody terrorystyczne.

– Układy z Oslo nierozwiązujące problemu osadnictwa, teoretycznie ustanawiające uznane przez Izrael autonomiczne władze palestyńskie, ale w praktyce uniemożliwiające tym władzom faktyczne rządy.

– Podziały polityczne wśród Palestyńczyków wygrywane tak przez Izrael, jak i przez inne mocarstwa regionalne, w tym Iran i Arabię Saudyjską, które drastycznie objawiły się wraz z wygranymi przez Hamas palestyńskimi wyborami w 2006 roku.

– Sytuacja w kontrolowanej przez Hamas od 2007 roku i blokowanej konsekwentnie od tegoż roku przez Izrael Strefie Gazy. 

Uwzględniając te wszystkie, bardzo skrótowo opisane czynniki, nie mogę uznać ataku Hamasu za punkt zero. 

Palestyńczycy nie są narodem mającym jakąś szczególną predylekcję do terroryzmu – i obarczanie ich zbiorową winą za atak z 7 października 2023 roku świadczy albo o złej woli, albo o kompletnym braku zrozumienia dla realiów życia w omawianym regionie. I to wszystko jest aktualne, nawet gdyby dziś zorganizowane całkowicie wolne i równe wybory wśród Palestyńczyków wygrał Hamas. 

Uważam także, że Izrael przekroczył granice obrony koniecznej (nie pierwszy raz zresztą). Przekonują mnie argumenty, wedle których wojna, jaką toczył rząd Benjamina Netanjahu w Strefie Gazy, była wojna ludobójczą. Dowodem na intencje ludobójcze (tak kluczowe dla uznania zbrodni wojennej za ludobójstwo) są nie tylko działania takie jak niszczenie szpitali, szkół czy obiektów kultury, ale też liczne wypowiedzi izraelskich polityków i wojskowych. I nie jestem osamotniona w tych poglądach, podobnie sprawy widzą znacznie lepsi znawcy tematu ode mnie, na przykład Francesca Albanese, specjalna sprawozdawczyni ONZ ds. okupowanych terytoriów palestyńskich, Niezależna Komisja Śledcza ONZ, izraelski badacz Holokaustu Omer Bartov, izraelska organizacja działająca na rzecz praw człowieka B’Tselem czy zrzeszająca palestyńskich działaczy na rzecz praw człowieka organizacja Al Haq. 

Jednocześnie nie uważam, żeby rozwiązaniem wszystkich problemów była likwidacja państwa Izrael i wygnanie jego mieszkańców z Bliskiego Wschodu. Niezależnie od tego, że powstanie tego państwa było obciążone grzechem kolonialnego myślenia oraz miało związek z wyrzutami sumienia zachodnich polityków w związku z Holokaustem, dziś Izrael jest domem i ojczyzną dla wielu milionów Żydów. I Żydzi ci muszą w nim zostać. Niekoniecznie już jednak zgadzam się z tezą, że koncepcja Izraela jako państwa żydowskiego musi się utrzymać. Przekonują mnie zarówno argumenty tych, którzy mówią o rozwiązaniu dwupaństwowym, jak i tych, którzy uważają, że lepiej by było stworzyć jedno państwo, w którym wszyscy mieszkańcy, tak Żydzi, jak i Palestyńczycy, mieliby równe prawa.

Jedno jest natomiast dla mnie oczywiste: ambicje polityczne narodu palestyńskiego są prawomocne i muszą zostać uwzględnione we wszystkich planach dla tego regionu.

Krytyka Izraela to antysemityzm?

Tymczasem czytam, że wielu polskich intelektualistów, całkiem serio, odmawia Palestyńczykom prawa do bycia narodem i obarcza ich zbiorową winą za terroryzm. Neguje jednocześnie dyskryminacyjną politykę Izraela wobec ludności palestyńskiej, tak w samym Izraelu, jak na Zachodnim Brzegu. 

Te same osoby uparcie twierdziły, że liczba zabitych Palestyńczyków podawana przez instytucje kontrolowane przez Hamas jest niewiarygodna, a kiedy potwierdziła ją izraelska armia, podkreślały, że liczba cywilów w tych 70 tysiącach ofiar jest znacznie niższa niż mogłoby się wydawać. Oraz przekonywały, że armia izraelska prowadzi wojnę w wyjątkowo humanitarny sposób. 

Krytyka państwa Izrael utożsamiana jest z antysemityzmem nie tylko w Polsce. W Polsce jednak odbywa się to w bardzo specyficznym kontekście. 

Dla dużej części polskiej inteligencji, w tym dla mojej rodziny, Izrael był utożsamieniem dobra i prawości. Wszak to Izrael przyjął „naszych Żydów”, niedobitki po Holokauście, po prześladowaniach już po wojnie, w latach czterdziestych. Potem stał się nowym domem dla ofiar antysemickich czystek doby Gomułki i Moczara. 

W domach takich jak mój Izrael był ucieleśnieniem odradzającego się ducha żydowskiego. Uosabiał tych silnych, sprawczych Żydów, a nie ofiary, co było dla dużej części polskiej inteligencji, w tym na przykład dla moich dziadków i rodziców, krzepiące. W moim domu, nie żydowskim, a gojskim, mówiło się z podziwem o izraelskich kibucach, o Mosadzie, takim dzielnym i potężnym, o izraelskich przywódcach, którzy „nie negocjują z terrorystami”. 

O tragedii Palestyńczyków mówiło się mało, traktując ją jako konieczny skutek uboczny tego, że Żydzi wreszcie znaleźli należne im miejsce na Ziemi.

To Izrael miał być „jedyną demokracją na Bliskim Wschodzie”. W słowach Ehuda Baraka, że Izrael jest „willą w dżungli”, starsze pokolenie polskiej inteligencji na ogół nie słyszało nic oburzającego.

Tak jak pisał Rashid Khalidi w książce „Palestyna. Wojna stuletnia. Opowieść o kolonializmie i oporze”, Palestyńczycy byli na Zachodzie nieznani i nie umieli sobie zaskarbić sympatii tamtejszych społeczeństw i ich przywódców. W PRL-u miało to dodatkowy wymiar. Komunistyczne władze polskie, podporządkowane oczywiście dyrektywom z Moskwy, która w 1967 roku zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem, były ewidentnie antyizraelskie, sympatyzowały z Palestyną. To zerwanie zbiegło się w czasie z antysemicką kampanią generała Moczara, co niestety skutecznie zniechęciło większość polskiej prodemokratycznej inteligencji do popierania sprawy palestyńskiej. Przyzwoity człowiek, porządny inteligent w PRL-u był za Izraelem. 

Krytyka syjonizmu była w złym guście i kojarzyła się z aktywem partyjnym stojącym z plakatami „Syjoniści do Syjamu”.

Sprawiedliwy to ten, kto dostrzega krzywdę słabszych

Pamiętam, jakim szokiem było dla mnie, kiedy, wiele lat temu, dowiedziałam się, że krytykiem polityki Izraela jest bohater powstania w warszawskim getcie, Marek Edelman. 

Gdy mniej więcej w tym samym czasie usłyszałam (kilkanaście lat po fakcie) o masakrze w obozie dla palestyńskich uchodźców Szatila i w sąsiadującej z nią dzielnicy Bejrutu Sabra, myślałam, że to „wypadek przy pracy”. Masakry dokonały w 1982 roku libańskie chrześcijańskie bojówki, co najmniej przy przyzwoleniu, jeśli nie przy współudziale, okupujących wtedy tę część Libanu wojsk izraelskich.

Nie rozumiałam jeszcze, że to był element polityki, której celem jest wyniszczenie ludności palestyńskiej. 

Podobnymi wyjątkami wydawało mi się mordowanie Palestyńczyków przez żydowskich osadników. Myślałam, że to margines, oszalała prawica. Byłam zdumiona, gdy się dowiedziałam, że osiedla budowano też za rządów Partii Pracy, za zgodą i wiedzą izraelskich „gołębi”, rzeczników „pojednania” z Palestyńczykami. 

Czasy dawno się zmieniły, PRL upadł, ale jak się okazuje, dla dużej części polskiej inteligencji traktowanie Izraela jako ostoi cywilizacji na Bliskim Wschodzie i rozgrzeszanie jego władz z każdego aktu dyskryminacji Palestyńczyków jest nadal świętością.

Nie można nawet wspomnieć, o kolonialnej polityce Izraela, żeby nie zostać oskarżonym o antysemityzm. Owszem, Izraelczycy nie mieli swojej metropolii – i w odróżnieniu od na przykład francuskich pieds-noir nie mogli do niej „wrócić” (choć, jak wiadomo, dla większości pieds-noir przyjazd do Francji w 1962 roku to też nie był „powrót”, tylko przyjazd do kraju, gdzie wcześniej byli co najwyżej u dziadków na wakacjach). 

Jednak izraelska polityka przejmowania ziemi od Palestyńczyków, dokładnie opisana choćby w książkach palestyńskiego prawnika Rajy Sehadeha, bardzo przypomina praktyki kolonialne. Czy jeśli powiem, że Rzeczpospolita, Pierwsza, ale tak samo Druga, była państwem kolonialnym wobec Ukraińców czy Białorusinów (a była, wystarczy przypomnieć osadnictwo polskie na wschodzie, polonizację elit, odmowę utworzenia uniwersytetu ukraińskiego we Lwowie itp.), to znaczy, że przemawia przeze mnie antypolonizm?

Nigdy i nigdzie nie powiedziałam ani nie napisałam, że jestem za wygnaniem Żydów z Bliskiego Wschodu. Atak z 7 października nazywam atakiem terrorystycznym. A mimo to ludzie, którzy mnie znają, u których bywałam w domu albo z których dziećmi się przyjaźnię, nazywają mnie antysemitką i obrończynią Hamasu. 

Kilka osób posunęło się do tego, że dyscyplinuje mnie pamięcią moich pradziadków – Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów za pomoc Żydom w czasie wojny odznaczonych medalem Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Twierdzą, że ja – ze swoimi poglądami – do nich „nie pasuję”. Tymczasem mnie wydaje się, że naczelną wartością, jaką kierowali się Sprawiedliwi, było właśnie pomaganie słabym i prześladowanym. Dziś słabi i prześladowani są Palestyńczycy, tysiącami wymordowani w czasie izraelskiej operacji zbrojnej, a teraz zamknięci pośród ruin, skazani na głód, choroby, nadal zabijani i pozbawieni wszelkich praw, także nadziei na własne państwo.