Turecka sprawiedliwość przyzwyczaiła nas do egzotycznych wyroków. Był kierowca autobusu skazany za znieważenie prezydenta Erdoğana, bo odłożył na ziemię gazetę z jego zdjęciem w dół. Był głuchoniemy Kurd skazany za „wznoszenie terrorystycznych okrzyków”, bo sfotografowano go w pobliżu kurdyjskiej demonstracji, gdzie takie okrzyki jakoby wznoszono, w szaliku w kurdyjskich barwach narodowych. W tym miesiącu były przewodniczący Związku Przedsiębiorców Orhan Turan dostał 15 miesięcy więzienia za „szerzenie mylących informacji”, bo krytykował kampanię aresztowań domniemanych przeciwników władz.

Turan powiedział w przemówieniu, że „rządzenie na wszystkich szczeblach winno opierać się na zasadach prawa, a nie na arbitralnych decyzjach. Jeśli zaufanie do praworządności upada, wszędzie szerzy się zagrożenie, niestabilność i niepewność”. Można się domyślać, że za „mylące” sąd uznał nie te stwierdzenia, ale domniemanie, że mogą się one odnosić do dzisiejszej Turcji.

2000 lat więzienia, niewinny morderca i zaufanie praworządności

Tymczasem opozycyjny burmistrz Stambułu Ekrem Imamoğlu stanął przed sądem z oskarżenia o korupcję i oszustwa: prokuratura zażądała ponad dwóch tysięcy lat więzienia. Największą winą burmistrza jest jednak to, że zamierza kandydować w przewidzianych na 2029 rok wyborach prezydenckich, w których ma duże szanse – a Erdoğan pragnie swoje stanowisko zachować. Wprawdzie konstytucja zabrania ubiegania się o trzecią kadencję, ale Erdoğan jest prezydentem już 12 lat, bo wcześniej już raz konstytucję zmieniono, więc ponownie też będzie można. Zaufaniu do praworządności nic więc nie grozi.

Przyznać też trzeba, że turecka sprawiedliwość potrafi nie tylko skazywać, ale także obniżać wyroki. Trybunał Konstytucyjny właśnie uznał, że sierżant armii tureckiej, który dziesięć lat temu zastrzelił 53-letnią Kurdyjkę Sürmi Ince, nie naruszył jej prawa do życia. Sąd nie kwestionował faktów: sierżant zastrzelił kobietę, idącą przez pole, by zanieść jedzenie swoim dzieciom, na rozkaz dowódcy jego pojazdu opancerzonego, który wydał rozkaz ognia. Dalgiran dostał wyrok 4 lat i 8 miesięcy więzienia – zredukowany o pół roku za dobre sprawowanie – nie za zabójstwo, lecz za nieostrożne obchodzenie się z bronią; jego dowódcy nie postawiono zarzutów.

Areszt za zaplatanie

Rodzina zabitej wniosła skargę do Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że sierżantowi nie można postawić zarzutu naruszenie prawa Ince do życia, bo nie zamierzał zabić jej, lecz myślał, że mierzy do „terrorysty”. Tak mu powiedział dowódca, choć rzecz działa się w biały dzień, strzał padł z odległości kilkudziesięciu metrów, a na miejscu nie toczyły się żadne walki. Słowem, miał zamiar pozbawić życia terrorystę, a nie Sürmu Ince. Skarga rodziny jest więc zdaniem Trybunału bezzasadna, tym bardziej, że wyrok na sierżanta i przyznane rodzinie odszkodowanie zamyka sprawę i pozbawia ich prawnego statusu poszkodowanych. Ponownie więc zaufaniu do praworządności nic nie grozi.

Turecka prokuratura, mocna tym zaufaniem, pozostaje jednak czujna. Przynajmniej dwie kobiety – pielęgniarka w Stambule i 16-letnia licealistka w Izmirze – zostały aresztowanie za zaplatanie warkoczy, a ściślej za zamieszczanie filmików z tego zaplatania na internecie. Dopuściły się tego czynu w ramach międzynarodowej kampanii solidarności po tym, jak żołnierz armii syryjskiej zamieścił w styczniu w internecie filmik, na którym wymachuje on obciętym kobiecym warkoczem. Twierdzi w nim, że „towarzyszka” – jak mówi – której obciął warkocz, „już była nieżywa i nie będzie go potrzebować”.

Filmik zamieścił w kilka dni po tym, jak armia syryjska zajęła siłą obszary Syrii kontrolowane dotąd przez Kurdów; wśród kurdyjskiej samoobrony są też kobiece oddziały YPG, których członkinie zwracają się do siebie per „towarzyszko”. Oddziały te są szczególnie znienawidzone przez sunnickich fundamentalistów, stanowiących trzon nowej armii syryjskiej po obaleniu dyktatury Assada. Uważają oni, że śmierć z ręki kobiety jest hańbiąca, a zabity w ten sposób mężczyzna nie trafi do nieba.

Inny żołnierz syryjski sfilmował się, jak wyrzuca ciało kurdyjskiej bojowniczki z dachu budynku, krzycząc „Bóg jest wielki”; nie wiadomo, czy ofiara żyła jeszcze. Wśród Kurdyjek gęsto spleciony warkocz jest oznaką kobiecej godności, i filmik, na którym wymachuje się nim, jak skalpem, wzbudził powszechne oburzenie także i w Turcji, gdzie mieszka liczna mniejszość kurdyjska. „To nie ten sam warkocz, ale ból jest ten sam”, napisała w swoim poście aresztowana pielęgniarka.

Propaganda warkoczowa

Lecz jeśli ból jest ten sam, to zagrożenie warkoczem też: władze tureckie od ponad 40 lat walczą z kurdyjskim powstaniem. Wprawdzie w obliczu daremności swej walki kurdyjska PKK postanowiła się rozbroić, ale tureckie władze nadal uznają jakiekolwiek przejawianie kurdyjskiej tożsamości, a zwłaszcza solidarności, za zamach na państwo. Pielęgniarce przedstawiono zarzut naruszenia ustawy o pracownikach państwowych, licealistce zaś wprost „szerzenie terrorystycznej propagandy”.

W międzyczasie okazało się jednak, że autor haniebnego filmiku zgłosił się do syryjskich władz i zeznał, że wymachiwał warkoczem ze sztucznych włosów, który zabrał z opuszczonego zakładu fryzjerskiego, a filmik był, w jego słowach, „żartem”. Sytuacji aresztowanych kobiet zaplatających włosy to chyba jednak nie poprawi.

Skoro głuchoniemy mógł wznosić okrzyki szalikiem, to one jak najbardziej mogły uprawiać terrorystyczną propagandę warkoczową. Na miejscu burmistrza Imamoğlu szykowałbym się na spędzenie najbliższych dwóch tysiącleci w więzieniu – z nadzieją, że po odbyciu trzech czwartych kary miłościwie nadal panujący prezydent Erdoğan może nakazać jej zmniejszenie za dobre zachowanie.