Wspomnienie pierwsze. Moja córka jest we wczesnej podstawówce, ale już co najmniej w czwartej klasie, bo dostaje oceny. Jest na wycieczce klasowej, gdzieś w głuszy nad jeziorem. W domku, w którym mieszka z koleżankami rozdzwaniają się telefony – wiem, bo po chwili ona dzwoni do mnie i opowiada. Do wszystkich dziewczynek zadzwoniły niemal w tym samym czasie mamy, żeby powiedzieć im, że w Librusie pojawiły się właśnie oceny z ostatniego sprawdzianu. – A ja co dostałam? – zapytała córka swoim dziecięcym głosikiem, ale strofującym tonem. Nie wiem, rzadko zaglądam do jej ocen i powtarzam jej, że oceny nic o niej nie mówią. Ale poczułam, że w tej konkretnej sytuacji ta niewiedza jest  bardzo nie na miejscu. Sprawdziłam szybko i powiedziałam, a dziecko demonstracyjnie i głośno komentowało to, co usłyszało. Podobnie, jak jej znajomi. 

Wspomnienie drugie. Do mojej córki, też jeszcze małej, przyszła koleżanka, a potem jej mama, żeby ją odebrać. Mama rzuciła okiem na pokój dziecięcy i powiedziała z wyrzutem do swojego dziecka: widzisz, ile tu książek? A ty nie czytasz.

Tyle, że w ich domu nie było książek.

Zakazać czy pokazać

Oba wspomnienia są o tym, że małe dzieci uczą się szybciej przez naśladowanie, niż słuchanie nakazów. Nie we wszystkim, oczywiście, ale większa jest szansa na to, że będą czytać, jeśli i my czytamy. 

Większa jest szansa na to, że nie będą tyle siedzieć w telefonach, jeśli i my nie siedzimy. Skoro mamy wiedzą natychmiast, jakie oceny wpadły do dziennika, dzieci siłą rzeczy żyją tym samym – na klasowych grupach. A potem trudno zrozumieć, kiedy dorośli mówią – oddaj telefon, bo jesteś przebodźcowana, bo źle na ciebie wpływa stały dostęp do komunikatorów. 

Chce się też wiedzieć, co zrobić z czasem, kiedy w domu rodzice zabiorą telefon, bo stosują limity. To czas, w którym nie pójdzie się na żadne podwórko, bo go nie ma. Nie pójdzie się do koleżanki, bo daleko mieszka. Nie pójdzie się na piłkę, bo ona jest w ramach zajęć raz w tygodniu, przed domem nikt nie gra. Nie weźmie się książki, bo w wielu domach nie ma zwyczaju jej brać. 

Przykłady podawane przez dorosłych na to, co dziecko może robić bez telefonu, to zazwyczaj życzeniowa fikcja.

Bez naszej pomocy dziecko może się co najwyżej ponudzić. To też ma swoje zalety. Ale w praktyce trzeba razem z nim iść na rower, do kina, na spacer albo namówić mamę koleżanki, żeby dzieci się spotkały i podwieźć któreś z nich. Albo mu poczytać, nawet, jak już jest duże, bo mózg dziecięcego użytkownika ekranów ma trudności z koncentracją.

Odebranie telefonu jest wygodne. Ale nie jest częścią życia, w którym telefon nie ma dominującej pozycji. Tworzy brak, a nie inną ofertę.

Rodzice na komunikatorach – wrota piekieł

Kolejne wspomnienie. Grupa rodzicielska na jednym z komunikatorów. Tam dopiero są emocje. Rywalizacja. Puszenie się. Walka – ze sobą nawzajem i z systemem. 

W wątku poświęconym pani od angielskiego nauczycielka ta jest najpierw kontrowersyjna, potem zła, potem to potwór aż pada pomysł, by pisać w jej sprawie do dyrekcji. A jak to nic nie da, to do kuratorium. Obalimy dyrektorkę. Zwyciężymy, bo co to jest, kpiny jakieś z nas, poważnych ludzi?

A potem cisza, ulga. Aż do kolejnej burzy nakręconej podczas prokrastynacji w godzinach pracy. 

Nie było możliwości, żeby dzieci nie dowiadywały się o tym, o czym pisaliśmy, bo przy tym poziomie emocji głośno rozmawiało się o tym w domach. Więc dyskusja z komunikatora, na którym rozmawiali dorośli przenosiła się na szkolne korytarze. 

Emocje i zasady społeczne na grupach rodzicielskich wymykają się kontroli tak samo, jak na grupach dziecięcych. Tylko na dorosło, a więc tu nikt nie wykluczy kogoś z grupy, żeby go poniżyć. Ale odpowie zjadliwie, zgodnie z kompetencjami nabytymi z wiekiem. 

Jeśli więc w szkole odbierzemy dzieciom telefony, ale sami nadal przez cały dzień będziemy w nich żyli i to przebodźcowani, to dzieci nie dowiedzą się, jak zyskać ulgę od ekranów. Będą próbowały nadrabiać ich brak.

Jeżeli ich szkolne życie, czyli istotna część całego życia, podlega ciągłej zdalnej kontroli rodziców, skąd mają wiedzieć, jak żyć bez tego? A jeśli nauczyciele to umożliwiają, to jak dzieci mają wierzyć, że brak telefonów w szkole jest dla ich dobra? 

Koniec z telefonami

Jak zapowiedziała ministra edukacji Barbara Nowacka od września uczniowie nie będą mogli używać w szkołach telefonów. W wielu placówkach już obowiązują takie częściowe albo całkowite zakazy. Teraz dzieje się tak z inicjatywy społeczności rodziców i nauczycieli, od września będzie to powszechne i odgórne.

Decyzję można zrozumieć. Zamykając się na przerwach w telefonach dzieci nie nawiązują między sobą relacji. A samotność, jak mówią badania, na przykład ostatnia Diagnoza Młodzieży 2026 (opracowana przez Polskie Towarzystwo Polityki Społecznej na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej) to jeden z największych ich problemów. Używają telefonów do stosowania przemocy. Korzystając z nich na lekcjach i nie koncentrują się na nauce. Są przebodźcowane i rozproszone albo nadpobudliwe.

Jednak krytycy takiego rozwiązania od dawna wskazują na jego wady. Można używać telefonów po kryjomu, albo korzystać z innych urządzeń. Komunikatory, na których odbywa się przemoc, zasilać treścią po powrocie do domu. 

Z pewnością rozwiązanie ma wady i zalety, oraz luki.

Jednak z pewnością nie przyniesie efektów, jeśli będzie dotyczyć tylko dzieci. Jeśli nie stanie się częścią ich całego ekosystemu, a wyłącznie przykrym zakazem. 

Żeby to rozwiązywanie przyniosło prawdziwie dobre korzyści potrzebna jest rewolucja. Zmiana w szkole, w rodzinach, w środowisku rodziców.

Oferta życia, w którym telefon nie jest odebrany, tylko jest niezauważany. Podczas przerw między lekcjami dzieci zazwyczaj tłoczą się na szkolnych korytarzach – głośnych i dusznych. Nie mogą wyjść na zewnątrz, bo wtedy trudniej je upilnować. Nie mogą rozładować energii na szkolnym placu zabaw, bo wyjście tam jest limitowane. Są pilnowane i dyscyplinowane w systemie, w którym niewiele mogą od siebie zaproponować.

Wiem z doświadczenia, że w takiej sytuacji odebrany telefon staje się dotkliwym brakiem, a nie propozycją lepszego spędzenia czasu. 

A gdyby dzieci miały nauczycieli, którzy podczas przerwy zauważą, że w grupie, która jest tu i teraz, a nie na komunikatorze, ktoś jest smutny i wykluczony i spróbują temu przeciwdziałać? Marzenia. Wygodniej jest udawać, że to się dzieje tylko w złych telefonach. 

Rodziców, którzy nie będą ich na bieżąco informowali trzymali w internetowej przestrzeni dziennika elektronicznego i rodzicielskiej grupy klasowej? Pomysł likwidacji dzienników elektronicznych jest zresztą omawiany przez środowiska zajmujące się edukacją od dawna. Bo stały dostęp do życia szkolnego ulega bardzo często patologii – nadmiernej kontroli, przekraczaniu granic wobec nauczycieli.     

A gdyby tak grupy rodzicielskie przekazywały sobie tylko najważniejsze informacje, typu – o której jutro zbiórka przed wycieczką? No, ale do tego trzeba by rodzicom zabrać telefony i oddawać tylko na chwilę, żeby załatwili najważniejsze sprawy. Albo liczyć na ich umiar. 

Zmienić system, a nie regulamin 

Przykład zakazu telefonów w szkole pokazuje, jak bardzo ten system z każdej strony pęka. Jednak spory, jak go zmienić, są gwałtowne, jak dyskusje na grupach rodzicielskich. Dlatego nowego systemu nie da się szybko wprowadzić, co pokazują burzliwe reakcje na różne próby zmian wprowadzanych przez ministrę Nowacką – na przykład brak obowiązku zadań domowych.

Do tego dochodzi to, co dzieje się poza szkołą, ale nadal jej dotyczy – życie w domach. Stały dostęp do ekranu, ciągłe sprawdzanie ocen w Librusie, oczekiwania wobec szkoły. To wszystko jest ze sobą powiązane.

Być może więc zakaz telefonów w szkołach wywoła mnóstwo emocji i pryncypialnie prowadzonych dyskusji. Edukacja to jeden z tych tematów, na którym każdy się zna. 

Dopóki szkolne korytarze są duszne i nudne, dopóki nie można wyjść na zewnątrz, dopóki życie przenosi się na komunikatory po lekcjach, a w domach nie ma dla tego alternatywy – to rozwiązanie nie przyniesie zasadniczej zmiany.