Jeśli odsączyć całą krytykę wylewającą się na administrację Donalda Trumpa w związku z chaotycznym zarządzaniem konfliktem z Iranem, który Stany Zjednoczone prowadzą do spółki z Izraelem, podstawowe cele wojny są jasne. Należy zniszczyć potencjał militarny Republiki Islamskiej, uniemożliwić dalsze prace nad jej programem nuklearnym oraz osłabić ją do takiego stopnia, aby w najbliższych latach nie stwarzała zagrożenia. 

Problem polega jednak na tym, że nie były to jedyne deklarowane przez amerykańskiego prezydenta cele. Od 28 lutego zdążył on już powiedzieć o zmianie reżimu, zmiękczeniu go i powrocie do rokowań.

Wykluczył operację lądową, ale niedługo potem zaczął namawiać (bezskutecznie) sojuszników z NATO, aby włączyli się do wojny. 

Wszystko to zaś składa się na dość niepokojący obraz: amerykańsko-izraelska inwazja na wrogą teokrację odbywa się w warunkach bezprecedensowej w amerykańskiej najnowszej historii erozji instytucjonalnej.

To zaś kontrastuje ze stabilnością irańskiego reżimu, który choć przyjął potężne ciosy – nadal trwa. Czego więc Amerykanie nie docenili?

Imperium zależne

Wojna pokazuje pewien uderzający paradoks – usunięcie wenezuelskiego dyktatora Nicholasa Maduro (bez likwidacji reżimu) oraz atak na Iran stanowią demonstrację amerykańskiej siły w obliczu upadającego powojennego ładu liberalnego.

Ład, który przez poprzednie osiem dekad sankcjonował amerykańską dominację nad światem Zachodu i niektórymi obszarami dawnego Trzeciego Świata (jak Ameryka Łacińska), nie jest już Ameryce potrzebny. Stosując nagą siłę i nie przejmując się prawem międzynarodowym, demonstruje ona swoją pozycję globalnego hegemona. Jednak demontaż instytucji ma nie tylko wymiar międzynarodowy, ale też wewnętrzny.

Trump przekształcił administrację w dwór. Nie liczą się tam procedury i biurokratyczne mechanizmy, ale lojalność.

Ponieważ – jak wiemy z klasycznych studiów Maxa Webera – biurokracja jest warunkiem koniecznym racjonalnie działającego porządku państwowego, taki proces Amerykę zwyczajnie ogłupił. 

Spektakularnym przykładem może być tutaj wykluczenie z procesu decyzyjnego urzędników z wieloletnim stażem, znających Iran i realia Bliskiego Wschodu. Nate Swanson, wieloletni pracownik Departamentu Stanu odpowiedzialny za sprawy irańskie, został usunięty po tym, jak influencerka ruchu MAGA Laura Loomer obsmarowała go jako nielojalnego wobec Trumpa szkodnika. Bo negocjował zawartą podczas prezydentury Obamy umowę nuklearną z Iranem.

Podobnie – jak wynika z ustaleń portalu MS NOW – Jared Kushner i Steve Witkoff – zaufani „dworzanie” prezydenta, nie rozumieli propozycji strony irańskiej, gdy negocjowali nową, w zamyśle Trumpa „lepszą” umowę. Wszystko zaś dlatego, że w delegacji nie było specjalistów znających się na temacie. 

W efekcie ton działaniom wojennym zaczął nadawać Izrael, który doskonale zdaje sobie sprawę z tego, co robi, mając zastępy starannie przygotowanego perskojęzycznego personelu. W tym agentów działających w Iranie w nieznanej liczbie, lecz, co pokazały sukcesy, bardzo skutecznych w eliminowaniu przywództwa politycznego i wojskowego teraz i czerwcu 2025 roku.

Ofensywa z rozbieżnymi celami

Choć cele taktyczne USA i Izraela są podobne (zniszczyć potencjał militarny Iranu), cele strategiczne wydają się rozbieżne – Waszyngton nie chce pchać się w długotrwały i kosztowny konflikt. Po „małej zwycięskiej wojence” chciałby zasiąść do rozmów z jakąś opcją reformatorską wyłonioną z wnętrza reżimu. 

Izrael natomiast, chcąc „przystrzyc trawnik”. Nie pogardziłby jednak wprowadzeniem Iranu w stan permanentnego chaosu i uniemożliwienia odbudowy stabilnego państwa, nawet gdyby wojna przyniosła bonus w postaci zmiany reżimu. Jednak trwanie Republiki Islamskiej, stałe odgryzanie się ostrzałami rakietowymi w Izrael i kraje Zatoki Perskiej oraz paraliż cieśniny Ormuz, generują potężne koszty dla gospodarki światowej. Niechybnie uderzy to także w wyborczą bazę Trumpa, która dała mu mandat między innymi w związku z jego obietnicą zakończenia zamorskiego awanturnictwa Waszyngtonu. 

Wojna jednak rozgrywana jest na warunkach Izraela. A Stany Zjednoczone występują w niej w roli de facto imperium uzależnionego od Tel Awiwu. 

Czego więc nie doceniono w Iranie?

Republika Islamska to coś więcej niż „orientalny despotyzm”

Jedną z najbardziej dziwacznych wypowiedzi Trumpa w związku z prowadzoną wojną była ta, w której z rozbrajającą szczerością wyraził zdziwienie, że Irańczycy nawet po zabiciu swojego najwyższego przywódcy Alego Chameneiego oraz szefa Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego Alego Laridżaniego nadal odpowiadają zbrojnie. „To bardzo nie fair” – oświadczył gospodarz Białego Domu.

Naiwność Trumpa przemieszana z arogancją tworzy makabreskowy obraz, ale problem jest znacznie poważniejszy. Decyzje podejmowane w oderwaniu od ram instytucjonalnych demonstrują dramatyczną nieznajomość przeciwnika.

Iran rządzony przez ajatollahów i wierny mu Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej nie jest żadnym przykładem „orientalnego despotyzmu”, ale piramidalną i finezyjnie skonstruowaną machiną instytucjonalną. System został zaprojektowany właśnie na wypadek takich wstrząsów. 

Nic oczywiście nie jest jeszcze przesądzone. Kraj pogrążony jest w wielopoziomowym kryzysie gospodarczym, społecznym i ekologicznym, a model rządów już dawno się zdelegitymizował. Jednak reżim, utraciwszy najwyższego przywódcę Alego Chameneiego, szybko wybrał jego syna Modżtabę na następcę. Wydarzyło się to pomimo ostrzałów rakietowych wycelowanych w budynek, gdzie zbierało się Zgromadzenie Ekspertów – 88-osobowe ciało konstytucyjne złożone z duchownych, wybierających „uczonego prawnika”, centralną figurę w teokratycznych rządach. 

Iran i rozproszona odpowiedzialność systemu

Odpowiedzialność za sprawne funkcjonowanie rozkłada się między różne instytucje.

Oprócz wspomnianych już najwyższego przywódcy i Zgromadzenia Ekspertów są to: Rada Strażników (12 członków, między innymi nadzorujących parlament i rząd), prezydent (kierujący rządem), Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego, doradcza wobec innych instytucji Rada Rozeznania Celowości, sądownictwo oraz wszechpotężny Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej.

Ten ostatni od dawna trzęsie państwem irańskim, które w ostatnich latach coraz bardziej ewoluuje z teokracji w kierunku dyktatury wojskowej.

Korpus, o którym historyk Eskandar Sadeghi-Boroujerdi twierdzi, że jest być może najpotężniejszą instytucją w całej historii Iranu, działa równolegle do armii. Posiada wszystkie rodzaje sił zbrojnych. Liczy około 180 tysięcy żołnierzy, a w razie potrzeby może zmobilizować około 600 tysięcy basidżów (Związek Mobilizacji Uciśnionych – paramilitarne pospolite ruszenie).

Choć systematycznie eliminowani są jego dowódcy, a instalacje niszczone są w nalotach i ostrzałach rakietowych, to wypracował on zdecentralizowany system półautonomicznych okręgów wojskowych i przygotował się na prowadzenie wojny asymetrycznej. Cały czas dysponuje arsenałem zdolnym ostrzeliwać Izrael, bazy amerykańskie w krajach Zatoki oraz infrastrukturę naftową i gazową. Paraliżuje też ruch w cieśninie Ormuz, boleśnie dla sąsiadów i całej światowej gospodarki.

System zachowuje spójność

Choć cały system przeżarty jest korupcją i nepotyzmem, a w Korpusie występują tarcia, to system ten zachowuje spójność. 

Wynika ona co najmniej z kilku czynników. Są to więzy zależności oparte na interesach ekonomicznych (Korpus kontroluje fundacje, które trzymają rękę na połowie irańskiej gospodarki). Jego dowództwo jest ściśle powiązane z najwyższym przywódcą – z Modżtabą Chameneim nawet w większym stopniu niż z jego ojcem. 

Ponadto, przy niesłychanej represyjności reżimu i zbrodniach, których dopuścili się jego funkcjonariusze, masakrując styczniowe protesty, wszyscy zaangażowani dzielą wspólnotę doświadczenia. W klimacie przypominającym wojnę domową, gdzie władza i jej oponenci odbierają sobie wszelką legitymizację, Strażnicy Rewolucji oraz przywództwo polityczne toczą walkę egzystencjalną. 

Zaś pomimo gwałtownych procesów laicyzacyjnych w społeczeństwie i coraz bardziej widocznej hipokryzji funkcjonariuszy systemu nadal silny jest komponent ideologiczny. Zabity Ali Chamenei jest męczennikiem, walka toczy się w ramach apokaliptyczno-martyrologicznej wyobraźni politycznej szyickiego islamu. 

Wszystko to zaś spaja ośrodki władzy, które pomimo zadanych strat, nadal działają jak tryby – uzupełniają się, dzielą kompetencje i w razie potrzeby zastępują się w obowiązkach. Nie mamy tutaj zatem do czynienia ze zwykłą despotią wiszącą na osobie dyktatora. To wyrafinowana, finezyjna machina nastawiona na własne przetrwanie.

Kręte drogi lojalności

Osobną sprawą jest relacja społeczeństwa do władzy w warunkach zewnętrznej agresji. Wojna toczy się ledwie kilka tygodni po największej od lat osiemdziesiątych masakrze dokonanej przez reżim. Organizacja HRANA zweryfikowała dotąd 7 tysięcy zabitych, zaś fanatycznie rojalistyczna telewizja Iran International twierdzi, że było ich 36 tysięcy. 

Tutaj zachodzi dziwna dynamika. A przywództwo polityczne w Tel Awiwie i Waszyngtonie, oraz także media i niektórzy eksperci na Zachodzie znacząco upraszczają. 

Z wojskowego punktu widzenia jest oczywistością, że naloty i ostrzały mogą stanowić jedynie wsparcie i czyszczenie pola dla operacji lądowych. Same w sobie nie zapewnią sukcesu, którym w tym wypadku byłoby obalenie reżimu. Trump i Netanjahu kategorycznie wykluczali jednak interwencję lądową. Ponieważ jednak obalenie reżimu pojawiało się w ich deklaracjach jako cel, to wzywali społeczeństwo irańskie do powstania. I tutaj następuje pat. 

Nowa dynamika

Część społeczeństwa, ta która protestowała dwa miesiące temu, jest straumatyzowana represjami. Sam reżim, nadal zaś ma sporą społeczną bazę – ludzi religijnych i mu oddanych. Zaś ci, którzy początkowo cieszyli się z zabicia Chameneiego, a wcześniej chcieli zewnętrznej inwazji, która miała przyjść z odsieczą, widząc skalę zniszczeń, zaczęli uważać, że to, co się dzieje, to już nie wojna z reżimem, ale z całym państwem i narodem.

Z korespondencji niektórych zachodnich mediów wynika, że niektórzy antyreżimowi Irańczycy skłonni są stanąć po stronie państwa i poparliby ewentualną opcję reformistyczną, gdyby się wyłoniła. Inni rozczarowani są nieudolnością syna ostatniego szacha, Rezy Pahlawiego. Wezwał on do protestów, twierdząc, że „pomoc jest w drodze”. Nie miał jednak żadnego planu, w efekcie czego zostawił ich na pastwę siepaczy Republiki Islamskiej. 

Do pewnego stopnia zachodzi znany efekt „jednoczenia się wokół flagi”. Jest on zapewne ograniczony, a poza tym nie musi być trwały. Nastąpił on w czerwcu 2025 roku, ale pół roku później przez kraj przetoczyła się fala protestów. Niemniej, wszystko to pokazuje, że relacja społeczeństwa (amorficznego politycznie) ze zdelegitymizowaną władzą, weszła w nową dynamikę, której nie wzięto pod uwagę. Przynajmniej czasowo.

Historia magistra vitae est

Republika Islamska zostanie w wyniku inwazji osłabiona militarnie, ale zachowuje potencjał szkodzenia bliskiemu i dalszemu otoczeniu. Wewnętrznie reżim osaczony i okopany na swoich pozycjach i tak się utwardzi. Już teraz trzyma się na represjach. 

Społeczeństwo irańskie zaś po podwójnej traumie, może zostać złamane. 

Już wcześniej było dramatycznie podzielone. A teraz jest jednocześnie miotane między nienawiścią do swojej władzy a patriotycznym odruchem stawania po stronie własnego państwa. Wojna zatem, nieprzemyślana i prowadzona w oparciu o krótkotrwałe kalkulacje, pogłębia tragedię Irańczyków. Aparatowi państwowemu dała za to kolejny pretekst do jeszcze większych represji, a w społeczeństwach globalnego Południa umacnia antyzachodni resentyment.

Wszystko to możemy skwitować nawiązaniem historycznym. Historyk Ervand Abrahamian, przedstawiając działania machiny propagandowej szacha Mohammada Rezy Pahlawiego, którego medialni funkcjonariusze w przededniu Rewolucji Islamskiej opublikowali paszkwil atakujący Chomeiniego, czym jedynie rozjuszyli antyrządowe tłumy, skomentował ten zabieg następującymi słowami: „nigdy nie należy nie doceniać roli czystej głupoty w historii”. 

Historia jest nauczycielką życia, ale jej protagoniści nie zawsze są pojętnymi uczniami. Obserwując sposób prowadzenia obecnej wojny, możemy zaś stwierdzić, że słowa Abrahamiana to więcej niż tylko zgrabny aforyzm.