Jest sierpień 2025 roku, jestem w Waszyngtonie. Z nieba leje się niemiłosierny żar, który sprawia, że każda klimatyzowana przestrzeń staje się wytęsknioną przez turystę oazą. Wnętrza Kapitolu, który właśnie zwiedzamy z rodziną, wypełnia przyjemny chłód. Niespiesznie podziwiamy więc poszczególne sale i eksponaty. Oglądamy krótki film przedstawiający historię Kongresu Stanów Zjednoczonych – typowo amerykański, patetyczny i chwytający za serce. Co by o nich nie myśleć, Amerykanie potrafią opowiadać o swoich instytucjach oraz stojących za nimi wartościach w zajmujący sposób. Ale czy sami jeszcze w nie wierzą?

Gdy wychodzimy na zewnątrz, na rozgrzaną niczym patelnia otwartą przestrzeń, na zboczu Kapitolu widzimy niewielką grupkę aktywistów. To głównie biali mężczyźni, na głowach mają charakterystyczne czerwone czapeczki. Kilku z nich trzyma rozwinięty transparent całkiem sporej wielkości. Zamieszczony na nim napis głosi: Keep America Trump. Proclaim Donald J. Trump for King. Long Live King Trump of America!. Przecieram oczy ze zdumienia i robię zdjęcie, żeby nikt, komu o tym opowiem, nie uznał mnie za wariata.

Idąc dalej przez National Mall, reprezentacyjną promenadę i park amerykańskiej stolicy, wiem już, że książka o Alexisie de Tocqueville’u, którą skończyłem pisać kilka miesięcy wcześniej, będzie o wiele bardziej aktualna, niż zamierzałem. Że dylematy opartego na równości społeczeństwa, o których francuski filozof pisał w swoim największym dziele, „O demokracji w Ameryce”, to żaden antykwariat. Więcej: że podstawowy wybór, jaki zdaniem Tocqueville’a stoi przed tego rodzaju zbiorowościami, jest dokładnie tym, z jakim mamy do czynienia dzisiaj. Chodzi o wybór między wolną republiką a demokratyczną dyktaturą. Nieprzyjemnie snuje się takie rozważania, ale gonitwa myśli sprawia, że chociaż na chwilę skwar staje się mniej uciążliwy.

***

Tocqueville podróżował przez Amerykę wraz ze swym przyjacielem, Gustavem de Beaumontem, między majem 1831 roku a lutym 1832 roku. Przez dziewięć miesięcy przyglądał się nowoczesnemu, opartemu na równości społeczeństwu w jego zarodkowej postaci. W niektórych szczegółowych obserwacjach mylił się, ale ramy nowej nauki politycznej, jakie zbudował na podstawie swej podróży, wydają się trafne. Opisał je w dwóch tomach swojego opus magnum: „O demokracji w Ameryce”.

Tocqueville twierdzi, że najważniejsze pytanie nauk politycznych było do tej pory błędnie formułowane. Nie powinno brzmieć ono: „kto rządzi?” (jeden, nieliczni czy wielu), ale „jak działa układ społeczny?”. Jaką ma formę, w jaki sposób odnoszą się do siebie jego poszczególne części? Radykalna nowość społeczeństwa, którego zalążek francuski arystokrata zobaczył w Ameryce, polegała jego zdaniem na tym, że rządziła nim równość; wszystko było ułożone wokół osi poziomej. Inaczej niż w przytłaczającej większości społeczeństw, jakie znamy z historii, gdzie dominowała oś pionowa: hierarchia, wyraźne oddzielenie jednych grup czy klas od drugich. Nawet „demokracje” starożytnej Grecji, zdaniem Tocqueville’a, były w istocie arystokracjami, skoro prawo uczestnictwa w życiu publicznym przysługiwało nielicznym, a większość ludności polis stanowili ludzie pozbawieni jakichkolwiek politycznych praw.

Jak czytamy na kartach „O demokracji w Ameryce”, temu nowemu układowi społecznemu odpowiadać mogą dwa rodzaje władzy. Pierwszy moglibyśmy nazwać republikańskim lub liberalnym. Chodzi o rząd oparty na zasadach konstytucji, gwarantującej każdemu z obywateli podstawową przestrzeń wolności, rząd pozwalający im aktywnie stowarzyszać się oraz uczestniczyć w sprawowaniu władzy. Drugi to nowy rodzaj dobrodusznej tyranii, która wykorzystuje obecną w demokratycznym społeczeństwie tendencję do skupienia się na sferze prywatnej, aby w ten sposób uczynić wszystkich jednakowo podległymi swej władzy. Tego rodzaju rząd demontuje konstytucyjne zabezpieczenia w imię woli ludu, manipuluje klasowymi resentymentami, instytucje traktuje jako narzędzia w walce z przeciwnikami. Oba modele, twierdzi Tocqueville, są zgodne z samą istotą demokratycznego układu społecznego. Czasami można wręcz odnieść wrażenie, że filozof jest pesymistą. Pisze przecież, że w nowoczesnym społeczeństwie umiłowanie równości to tendencja stała i nieodparta, a umiłowanie wolności – krucha i jedynie czasami dochodząca do głosu. Płynne przejście od modelu pierwszego do drugiego nie powinno więc nas dziwić. 

***

A jednak dziwi, prawda? Zwłaszcza w Ameryce, gdzie, jak można byłoby sądzić, liberalne instytucje są mocno ugruntowane, a niechęć obywateli wobec arbitralnej i nieskrępowanej władzy to część politycznego DNA. Tocqueville doskonale rozumiał jednak, że instytucje same w sobie niczego nie gwarantują. Żeby mogły należycie funkcjonować, muszą opierać się na określonych obyczajach, nawykach, sposobach postępowania. Te z kolei zależą od ludzkich przekonań – od idei, które uważamy za słuszne lub nie, prawdziwe lub wydumane. 

Trudno nie odnieść wrażenia, że w Ameryce w ostatnich dziesięcioleciach coś pękło – właśnie na tym najgłębszym, najbardziej fundamentalnym poziomie. Nie tylko w samych Stanach Zjednoczonych – kryzys, o którym mówię, obejmuje cały świat Zachodu. Oglądany przez tocqueville’owskie okulary, kryzys ten okazuje się nie być żadnym przypadkowym zdarzeniem. Stanowi raczej wynik długotrwałego procesu, wynika wprost z konstytutywnych dla społeczeństwa demokratycznego napięć. 

Przede wszystkim, nie można go zredukować jedynie do wymiaru ekonomicznego. Owszem, po 1989 roku nierówności w ramach zachodnich społeczeństw pogłębiały się, a od czasów kryzysu ekonomicznego w 2008 roku uzasadnione stało się podejrzenie, że polityczne i finansowe elity nie wiedzą, co czynią. Baśń o niekończącym się nigdy wzroście gospodarczym utraciła wiarygodność, gorzej: okazało się, że „nie leci z nami pilot”. 

Tocqueville nie bagatelizował wymiaru gospodarczego – głębokie rozwarstwienie ekonomiczne było jego zdaniem nie do pogodzenia ze społeczeństwem zbudowanym na zasadzie równości. Już w Ameryce pierwszej połowy XIX wieku filozof dostrzegł, że ludzie biedni i bogaci zamieszkiwali w demokratycznym społeczeństwie dwa całkowicie odrębne światy. „Arystokracja dawnych czasów – czytamy w „O demokracji w Ameryce” – była zobowiązana przez prawo lub czuła się zobowiązana na mocy obyczaju przychodzić z pomocą swym ubogim poddanym i nieść im ulgę w niedoli. Natomiast przemysłowa arystokracja naszych czasów, doprowadziwszy do biedy i ogłupienia ludzi, których wykorzystuje, w chwili kryzysu pozostawia ich staraniom publicznej dobroczynności. […] Między właścicielem a robotnikiem istnieją stałe powiązania, ale nie ma między nimi prawdziwej wspólnoty”. Rozwój gospodarki wolnorynkowej, jaki dokonał się od tamtego czasu, nadwątlił nawet te powiązania, o których pisał Tocqueville. Więzi między poszczególnymi warstwami utrzymywały przez jakiś czas instytucje państwa opiekuńczego, te jednak, jak pokazał choćby Tony Judt w eseju „Źle ma się kraj”, były od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku konsekwentnie demontowane.

A jednak sfera ekonomiczna nie wyjaśnia w całości tego, co się dzieje. Równie ważne, jeżeli nie jeszcze bardziej istotne, okazały się przekształcenia w sferze kultury – powstanie tego, co określane bywa mianem „społeczeństwa jednostek”. Nadejścia dokładnie czegoś w tym rodzaju obawiał się Tocqueville, analizując charakterystyczne dla opartych na równości zbiorowości zjawisko indywidualizmu. Nowe w owych czasach słowo nie pojawiło się przypadkowo. 

„Nasi przodkowie znali tylko egoizm – pisał filozof. – Egoizm jest to namiętna i przesadna miłość własna, która sprawia, że człowiek odnosi wszystko do siebie i że własna osoba interesuje go najbardziej. Indywidualizm to uczucie spokojne i umiarkowane, które sprawia, że każdy obywatel izoluje się od zbiorowości i trzyma się na uboczu wraz ze swą rodziną i przyjaciółmi. Stwarzając sobie w ten sposób na własny użytek swoje małe społeczeństwo, pozostawia wielkie społeczeństwo jego własnym losom. […] Egoizm jest wadą starą jak świat i nie łączy się z jakimiś określonymi formami społecznymi. Indywidualizm ma źródło w demokracji i rośnie w miarę rozwoju równych uwarunkowań”. W efekcie, społeczeństwo demokratyczne samo podmywa podstawę, na której się opiera. Równość i wolność wymagają instytucjonalnych ram oraz obywatelskiego zaangażowania, nie istnieją same z siebie. Indywidualizm prowadzi tymczasem do erozji dobra wspólnego i toruje drogę nowemu, opartemu na równości despotyzmowi.

***

Gdy ludzie wycofują się do sfery prywatnej i stają się coraz wyraźniej oddzieleni od siebie, z łatwością daje o sobie znać uśpiony w nowoczesnym społeczeństwie resentyment. Politycy sięgają po dawną sztukę, z której użytek zrobił w historii niejeden książę – sztukę „dzielenia ludzi po to, by móc nimi rządzić bardziej bezwzględnie”. Tak przynajmniej ujmuje ją Tocqueville w swoim drugim wielkim dziele „Dawnym ustroju i rewolucji”. Zwłaszcza w zapiskach do jego nieukończonego drugiego tomu wskazuje na nowy wymiar, jaki tego rodzaju polityka zyskuje w warunkach społeczeństwa demokratycznego. Demagodzy i potencjalni tyrani z chęcią korzystają z pojawiającej się w nim władzy polegającej na rozbijaniu i scalaniu: rozbijaniu klas czy warstw społecznych tak, aby pozostały z nich jedynie pojedyncze ludzkie atomy, następnie zaś scalaniu owych atomów w jeden ruch, nadawanie im spójnej tożsamości.

Mechanizm ten widać wyraźnie nie tylko we Francji okresu rewolucyjnego, ale również we współczesnych nam czasach, zwłaszcza w polityce prowadzonej przez ugrupowania populistyczne. Resentymenty, które populiści uruchamiają, funkcjonują właśnie na tej podwójnej zasadzie rozbijania (jedności społeczeństwa, wspólnych wartości, przekonania o neutralności określonych instytucji), a następnie scalania (choćby w „prawdziwy naród”, przeciwstawiony temu „nieprawdziwemu”). Najpierw następuje określenie jakiejś grupy jako obcej lub niebezpiecznej („homoseksualiści”, „imigranci” etc.), a następnie skonsolidowanie zbiorowej tożsamości w oparciu o to wykluczenie („moralna większość”, „swoi”). Im luźniejsze były wcześniej więzi społeczne, tym większa tęsknota za ich przywróceniem. Paradoksalnie, radykalny nacjonalizm jest może niechcianym, ale pełnoprawnym dzieckiem demokratycznego układu społecznego.

***

Jest luty 2026 roku. Z perspektywy skutej lodem Warszawy wrażenie aktualności pism Tocqueville’a uległo jedynie nasileniu. W Stanach Zjednoczonych milicja polityczna obecnej administracji, ICE, bezwzględnie rozprawia się z migrantami, nie tylko gwałcąc przepisy prawa, ale również zabijając niewinnych ludzi. Donald Trump i jego ekipa udzielają jednak swoim „dzielnym chłopcom” bezwarunkowego wsparcia. Wszystko odbywa się zgodnie z opisanym powyżej schematem rozbijania i scalania. Posiada również wyraźne cechy spektaklu przemocy, za pomocą którego administracja pragnie zastraszyć obywateli: „Nie jesteś z nami? Pomyśl, czy to ci się opłaca”. To zresztą tylko jeden, najbardziej wyrazisty przejaw podmywania liberalno-demokratycznego porządku. Wymowne, że działania administracji Trumpa budzą podziw prawicowej populistycznej międzynarodówki, która – jak można się domyślać – z chęcią zastosowałaby podobne metody u siebie.

Analogia między czasami Tocqueville’a a epoką dzisiejszą może być zresztą bardziej ścisła, niż zwykliśmy uważać. Sytuacja Francji połowy XIX wieku była inna niż współczesnych społeczeństw Zachodu, ale niepozbawiona wymownych analogii. Francuska klasa polityczna okazywała się w coraz mniejszym stopniu zdolna do przewodzenia społeczeństwu, dominowały partyjniactwo i filozofia spod znaku „jakoś to będzie”. Przemiany w sferze gospodarczej podmywały pozycję klasy średniej, która odcinała się stopniowo od klas niższych. W wyborach politycznych coraz wyraźniej cechował ją egoizm oraz brak troski o dobro wspólne. Zwłaszcza w tej warstwie obojętne na sprawy publiczne indywiduum wygrywało z zaangażowanym w nie obywatelem. Opinie społeczeństwa radykalizowały się – za rewolucją 1848 roku stały zdaniem Tocqueville’a idee socjalizmu, w reakcji na nie odezwały się tendencje kontrrewolucyjne i autorytarne. Ich politycznym wyrazicielem stał się Ludwik Napoleon – bratanek Napoleona Bonaparte, od grudnia 1848 roku prezydent republiki. Urodzony demagog, umiejętnie grał kartą narodowej dumy. W polityce zagranicznej prężył muskuły i kreślił śmiałe plany powrotu Francji do dawnej wielkości, w polityce wewnętrznej kreował się na obrońcę ludu przed skorumpowanymi elitami. Zupełnie jak dzisiejsi populiści, utożsamiał siebie z „prawdziwą Francją”, pogardzał utrzymującymi niezależność instytucjami i stawiał wolę ponad prawem. 

Tocqueville widział to wszystko z bezpośredniej bliskości – od końca lat trzydziestych był parlamentarzystą. W przełomowym 1851 roku brał nawet udział w pracach komisji badającej możliwość zmiany konstytucji. Jej celem było rozwiązanie politycznego impasu zgodnymi z regułami praworządności środkami. 

Nic z tego nie wyszło. Prawo nie zatamowało woli. Ludwik Napoleon sięgnął po nieograniczoną władzę, dokonując zamachu stanu, Alexis de Tocqueville musiał udać się na wewnętrzną emigrację, republika upadła. Nie twierdzę, że taki musi być los dzisiejszej Ameryki czy szerzej: zachodnich demokracji liberalnych. Ale jestem przekonany, że jeżeli do upadku tego rodzaju ustrojów dochodzi, to wskutek dokładnie takich procesów, jakie opisał Tocqueville i tych, które widzimy w Stanach Zjednoczonych. I nie tylko tam.

Cytaty z „O demokracji w Ameryce” podaję w przekładzie Barbary Janickiej i Marcina Króla; z „Dawnego ustroju i rewolucji” – w tłumaczeniu Hanny Szumańskiej-Grossowej.