Jak upada demokracja

Do zwrotu doszło 2 grudnia 1851 roku. Planując zamach stanu, Ludwik Napoleon nieprzypadkowo wybrał tę symboliczną datę – była to rocznica koronacji jego stryja, Napoleona I na cesarza oraz bitwy pod Austerlitz. Zgodnie z prezydencką propagandą jego atak na Zgromadzenie miał jakoby charakter wyprzedzający. Jego celem było zapobieżenie przygotowywanemu rzekomo spiskowi. Oburzony mdłą reakcją Europy – w szczególności Anglii – na owe wydarzenia, Tocqueville rekonstruował je z reporterską rzetelnością w tekście przesłanym redaktorowi naczelnemu londyńskiego „Timesa”, napisanym 8 grudnia, a opublikowanym – bez ujawniania nazwiska autora – kilka dni później.

„Nie ma wątpliwości – czytamy – że historia postawi poważne zarzuty Izbie Ustawodawczej, która została właśnie bezprawnie i w brutalny sposób rozwiązana. Partie wchodzące w skład tego ciała nie zdołały osiągnąć porozumienia, co doprowadziło, do tego, że prowadziły niepewną, a w niektórych punktach wewnętrznie sprzeczną politykę. Ostatecznie zdyskredytowała ona Zgromadzenie i sprawiła, że stało się ono niezdolne do obrony wolności, której zawdzięczało swą egzystencję. Oto co zostanie ujęte w podręcznikach historii”. Tocqueville usiłował przekonać angielską opinię publiczną, że – pomimo wspomnianych wad – „większość Izby, zamiast spiskować przeciwko Ludwikowi Napoleonowi, niczego tak mocno nie pragnęła, jak uniknięcia konfliktu z nim. Była wobec niego umiarkowana aż do granic uległości, a w swym pragnieniu osiągnięcia porozumienia dotarła aż do bojaźliwości”. Tymczasem „wszystkie podporządkowane Prezydentowi gazety dzień w dzień znieważały Zgromadzenie w najbardziej niecywilizowany sposób, groziły mu, wszelkimi dostępnymi środkami starały się uczynić je niepopularnym”.

Sam przebieg zamachu stanu rekonstruował Tocqueville z chłodną precyzją, najwyraźniej licząc na to, że skrupulatny opis faktów wywoła w angielskich czytelnikach najmocniejsze wrażenie. „Kiedy obudziwszy się tego ranka przedstawiciele narodu dowiedzieli się, że wielu z ich kolegów zostało aresztowanych, pobiegli w stronę budynku Zgromadzenia. Wejścia strzegła lekka piechota z Vincennes – grupa żołnierzy, którzy powrócili niedawno z Afryki i zdążyli przywyknąć do brutalności reżimu w Algierze, dodatkowo zachęcona premią w wysokości pięciu franków dla każdego żołnierza, który znajdował się tego dnia w Paryżu. Mimo ich obecności posłowie usiłowali wejść do środka, mając na czele jednego ze swoich wiceprzewodniczących, pana Daru. Został on jednak brutalnie pobity przez żołnierzy, a towarzyszących mu posłów odepchnięto bagnetami. Trzech z nich – panowie Talhouet, Étienne i Duparc – doznało lekkich obrażeń. Kilku innym w trakcie przepychanki rozdarto ubrania. Taki był początek”. 

Nie mogąc wejść do sali, w której tradycyjnie obradowali, deputowani udali się do ratusza dziesiątej dzielnicy Paryża. Zebrało się ich tam już około trzystu, „kiedy przybyły wojska i zabarykadowały budynek, uniemożliwiając posłom wydostanie się na zewnątrz i jednocześnie nie wpuszczając do środka nowo przybyłych” Zgromadzeni w ratuszu posłowie reprezentowali „wszystkie odcienie opinii”, choć „ośmiu na dziesięciu z tych, którzy się tam znaleźli, należało do różnych partii konserwatywnych” pierwsze aresztowania objęły przede wszystkim przedstawicieli lewicy). Posłowie podjęli uchwałę, zgodnie z którą Ludwik Napoleon w związku z przeprowadzonymi pozaprawnymi działaniami zostawał odwołany z funkcji głowy państwa, a władza wykonawcza przechodziła pod jurysdykcję Zgromadzenia. Obywatele zostali również wezwani do wypowiedzenia posłuszeństwa odwołanemu prezydentowi.

Owe akty prawne były jednak wszystkim, co członkowie francuskiego parlamentu mogli przeciwstawić przemocy. „Kiedy tylko powyższe dekrety zostały podpisane i zabezpieczone, grupa żołnierzy prowadzona przez swoich oficerów z szablami w dłoniach stanęła przed bramą, nie mając odwagi wejść do środka”. Później jednak, prowadzeni przed dwóch policyjnych komisarzy, wtargnęli na salę obrad, po czym „pośród absolutnej ciszy oraz całkowitego bezruchu panującego wśród członków Zgromadzenia, wezwali ich do rozejścia się. Przewodniczący rozkazał żołnierzom i komisarzom, aby się wycofali. Jeden z komisarzy był wyraźnie zaniepokojony i zawahał się; drugi zaczął rzucać inwektywami. Przewodniczący powiedział: «Proszę Pana, jesteśmy prawomocną władzą, jedynymi przedstawicielami prawa. Zdajemy sobie sprawę, że nie jesteśmy w stanie przeciwstawić wam fizycznej siły, ale opuścimy tę salę wyłącznie zmuszeni do tego. Nie rozejdziemy się, pojmijcie nas i wtrąćcie do więzienia». A członkowie Zgromadzenia krzyknęli: «Wszystkich! Wszystkich!». Po długich wahaniach komisarze zdecydowali się podjąć działania i chwycili za kołnierze obu przewodniczących. Wtedy całe Zgromadzenie powstało i, ramię w ramię, dwójkami, jego członkowie poszli za wyprowadzanymi z sali przewodniczącymi. W ten sposób dostaliśmy się na ulice i byliśmy prowadzeni przez miasto, nie wiedząc, dokąd zmierzamy”.

Aresztowanych dwustu osiemnastu deputowanych francuskiego parlamentu osadzono w koszarach na Quai d’Orsay. Wkrótce dołączyło do nich kolejnych dwudziestu, którzy dobrowolnie pozwolili się aresztować. Zamachowcom „nie pozostało już nic innego do zrobienia, jak tylko wsadzić do więzienia owych godnych szacunku ludzi, których jedyną zbrodnią była obrona panującego w państwie prawa. Aby osiągnąć ten cel, wybrano najbardziej poniżające i haniebne środki. Przywieziono specjalne pojazdy-cele, w których przewozi się do więzienia pospolitych skazańców. W tych pojazdach zamknięto ludzi, którzy służyli swojemu krajowi i szanowali go, a następnie pod eskortą policji, jak gdyby byli bandą przestępców, przetransportowano ich – niektórych do twierdzy Mont-Valérien, innych do więzienia Mazas, pozostałych do Vincennes. Publiczne oburzenie zmusiło rząd do uwolnienia zdecydowanej większości z nich dwa dni później; niektórzy wciąż są jednak przetrzymywani, nie mogąc ani odzyskać wolności, ani doczekać się procesu”.

W ślad za aresztowaniem deputowanych poszły kolejne represje. Ograniczono wolność prasy, zamykając większość gazet. Dekret nowej władzy wyposażył prefektów w prawo do używania tzw. lettres de cachet – specjalnie opieczętowanych listów, w których zgodnie z tradycją francuski monarcha skazywał adresata listu na karę więzienia lub wygnania – a zatem w praktyce do wtrącania do więzień dowolnie wskazanych przez siebie osób bez sądu. „Co się zaś tyczy odwołania do ludu, w którym Ludwik Napoleon ma przedstawić swoje roszczenia, historia nie zna bardziej odrażającej, skierowanej do całego narodu kpiny – oceniał Tocqueville. – Lud zostaje wezwany do wyrażenia własnego poglądu, a jednocześnie wszelka dyskusja publiczna, a nawet wszelka wiedza dotycząca faktów, jest tłamszona. Prosi się lud, aby wypowiedział, co myśli, ale przystępując do wysłuchania jego opinii, zaczyna się od ustanowienia w całym kraju reżimu opartego na wojskowym terrorze oraz grozi się każdemu urzędnikowi, który odmówiłby pisemnego zatwierdzenia tego, co miało miejsce”. Nic dziwnego, że zorganizowany w takich warunkach plebiscyt ratyfikował zamach stanu: Bonapartego poparło ponad siedem i pół miliona francuskich wyborców (około dziewięćdziesiąt dwa procent wszystkich głosujących). Tym samym II Republika upadła, a kariera polityczna Alexisa de Tocqueville’a dobiegła końca. 

Fragment książki Jana Tokarskiego „Tocqueville. Biografia myśli”, Gdańsk 2025.

Wszystkie wykorzystane we fragmencie cytaty pochodzą z tekstu: A. de Tocqueville, „O zamachu stanu”, przeł. J. Tokarski, „Przegląd Polityczny”, nr 181/182, 2023.