Szanowni Państwo!

Słynne zdanie Marty Nawrockiej – że bez tej ustawy jej mąż nie zostałby prezydentem – dobrze oddaje istotę sporu o Akt o usługach cyfrowych [Digital Service Act] i rzekomą cenzurę w internecie.

„Uzasadnienie weta odwołuje się do polskiego orzecznictwa i źródeł akademickich na temat wolności słowa z wczesnych lat dwutysięcznych. Czyli sprzed wprowadzenia przez Telekomunikację Polską usługi pod nazwą Neostrada. I też wydaje się, że z takiej epoki pochodzi rozumowanie stojące za tą decyzją”, komentowała wtedy Maria Magierska, wykładowczyni prawa na Uniwersytecie w Maastricht. 

Nawrocka uściśliła, że jej mąż przegrałby, bo w internecie możliwa byłaby cenzura i nie byłoby wolności słowa. A przecież zawetowane prawo dotyczyło treści nielegalnych, jak pornografia dziecięca, nawoływanie do nienawiści czy propagowanie totalitaryzmu.

Czy prezydent wygrał wybory dzięki temu, że mógł robić którąś z powyższych rzeczy? I tu się zaczyna problem z interpretacją.

To nie pierwszy raz, kiedy to, co da jednych jest mową nienawiści, dla innych jest wolnością słowa. 

Kto powiedział, że tak jest?

Można, oczywiście, odróżnić hejt od opinii. Musiałby jednak zrobić to ktoś, co do kogo panuje zgoda, że ocenia obiektywnie. Że wszyscy uznają jego werdykt, co jest opinią, a co już nie jest. Takiego kogoś nie ma.

W Polsce nie nawet ma Sądu Najwyższego, co do którego całe społeczeństwo zgodziłoby się, że jest sądem legalnie funkcjonującym. Podobnie jest z Trybunałem Konstytucyjnym, niezależnymi mediami czy, jak ostatnio – z doniosłością dla bezpieczeństwa czy też rzekomą podstępnością programu SAFE. 

Dla jednych zdradą jest zawetowanie ustawy wprowadzającej program, dla innych zdradą jest jej przyjęcie. O sprawie pisaliśmy („Nawrocki wetuje SAFE. Czołem, polexit”) oraz dyskutowaliśmy w wideopodkaście z Karoliną Wigurą i Jakubem Bodzionym

Słowem, które zdominowało część dyskusji na te tematy, jest „zdrada”, ale używa się go w sprzecznych okolicznościach. 

Polski równoległe

Te światy równoległe istnieją dzięki mediom społecznościowym i rosnącemu brakowi zaufania do instytucji państwowych. Proces ten zaczął pogłębiać się za rządów PiS-u, które zmieniało działanie sądów, nazywając to „reformą”. I pogłębia się nadal, bo z powodu pozostawionego „prawnego pola minowego”, niezwykle trudno jest przywrócić praworządność. 

Efektem jest to, że różne strony polityczne uznają różne sądy – jedni uznają Trybunał Konstytucyjny z dublerami, ale nie Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej – i na odwrót.

Ale jest jeszcze jeden efekt tej instytucjonalnej ruiny. To, co podlega jakiejkolwiek interpretacji, jest odrzucane przez stronę, która nie ufa aktualnie rządzącym.

W tej sytuacji zaufanie do władzy jest podstawą oceny, czy to, co robią, jest dobre, czy złe. A nie chłodna analiza faktów. I media społecznościowe podkręcające niechęć i brak zaufania stoją na straży tego procesu.

Z tego wynikają kolejne problemy. Czy politycy w tej sytuacji chcą przekonywać do dobrych rozwiązań także drugą stronę, czy tylko będą utwierdzać w przekonaniu swoich zwolenników? Być może do SAFE dałoby się przekonać więcej Polaków i prezydentowi nie opłacałoby się wetować ustawy, ale rząd niewystarczająco dobrze zakomunikował przekaz swoim oponentom? Po pierwsze dlatego, że i tak mu nie ufają, a więc nie wysłuchają argumentów. A po drugie dlatego, że opłacało mu się pielęgnować niechęć do tych, którzy sprawę widzą inaczej. Bo na silnych emocjach i polaryzacji zależy dziś wszystkim partiom.

Akt o usługach cyfrowych. A kto będzie to wprowadzał?

Dodatkowy problem polega na tym, że państwo próbuje regulować przestrzeń, nad którą w dużej mierze nie ma kontroli. Władza nad obiegiem informacji znajduje się dziś przede wszystkim w rękach globalnych platform.

W nowym numerze „Kultury Liberalnej” Ben Stanley pisze o wnioskach płynących z badań społecznych wobec ustawy wprowadzającej Akt o usługach cyfrowych. Analizuje odpowiedzi na pytania pod kątem sympatii politycznych, wieku, płci i dochodzi do wniosków, które odpowiadają na pytanie – dlaczego popieram ustawę albo weto.

„Jeśli «tamci» aktywnie zagrażają jakości debaty publicznej, ograniczanie dezinformacji i hejtu jawi się jako rozsądna interwencja. Tak myślą zwolennicy koalicji rządzącej” – pisze. „Dla konserwatystów mechanizm działa odwrotnie: silna niechęć wobec obozu rządzącego rodzi nieufność wobec regulacji, którą ten obóz może wprowadzić i egzekwować. Nie jest to więc spór o abstrakcyjne wartości, takie jak wolność słowa. To spór zakorzeniony w pytaniu, kto będzie regulował i przeciwko komu”.

Zachęcam do czytania tego tekstu i innych w nowym numerze,

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin, zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”