Burzliwe reakcje na uchwalenie, a potem weto nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, wdrażającej unijny akt o usługach cyfrowych (DSA), można sprowadzić do krótkiej konkluzji. Argumenty, którymi posługiwali się przeciwnicy i zwolennicy ustawy, miały wspólną cechę – nie były merytoryczne, lecz emocjonalne.
A to rodzi pytania: dlaczego oraz czy obie strony miały szansę, by się nawzajem przekonać? A więc – czy parlament i rząd mogły być w tej sprawie w ogóle skuteczne?
Przypomnijmy te reakcje. Minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski oznajmił, że wetując ustawę, prezydent Karol Nawrocki „stanął po stronie platform, hejtu”. I ostrzegał, że: „hejt w sieci, nielegalne treści, ruska dezinformacja będzie szalała”.
Z drugiej strony, Dariusz Matecki z PiS-u przekonywał: „Rząd Donalda Tuska zdecydował, że w Polsce ma obowiązywać cenzura internetu”.
Sam prezydent uzasadniał weto porównaniem rządu do Ministerstwa Prawdy z „1984” Orwella.
Obie strony odwoływały się do wartości – wolności słowa, bezpieczeństwa obywateli. I każda z nich przedstawiała regulację jako narzędzie, które drugi obóz skieruje przeciwko niej.
Ta debata trwa dalej i nie toczy się w próżni społecznej. Zdecydowana większość Polaków opowiada się za ograniczaniem wolności słowa w internecie – niezależnie od tego, czy chodzi o dezinformację, mowę nienawiści, czy podżeganie do przemocy. Poparcie jest wyraźnie silniejsze wśród wyborców koalicji rządzącej niż opozycji, a ugrupowaniem wyróżniającym się wyraźnym sceptycyzmem wobec tej kwestii jest Konfederacja.
Pytanie brzmi zatem nie tylko, kto popiera ograniczenia bardziej, ale – co ważniejsze – dlaczego różnice między podobnie sytuowanymi wyborcami bywają tak duże?
Sympatie partyjne nie są decydujące
Dane z sondażu przeprowadzonego przez autora na Uniwersytecie SWPS w grudniu 2025 roku pozwalają przyjrzeć się tej kwestii dokładniej. A odpowiedź wskazuje czynnik, który trafnie ilustruje spór o DSA – emocjonalną intensywność podziałów politycznych.
Ankietowani odpowiadali na trzy pytania o stosunek do ograniczania wolności słowa w internecie: w kontekście dezinformacji, mowy nienawiści i podżegania do przemocy. Każde pytanie mierzone było na jedenastostopniowej skali od zera (pełna wolność słowa) do dziesięciu (pełne ograniczenia).
We wszystkich trzech przypadkach ponad połowa badanych plasuje się w górnej połowie skali.
Najwyższe poparcie dotyczy ograniczania podżegania do przemocy (średnia 6,9; 65 procent respondentów na poziomie 6 lub wyżej), następnie mowy nienawiści (6,4; 59 procent) i dezinformacji (6,4; 61 procent).
Zdecydowana mniejszość stoi po stronie nieograniczonej wolności słowa – mniej niż 15 procent badanych wybiera wartości 0–2 na którejkolwiek ze skal.
Trzy pytania silnie ze sobą korelują, co sugeruje, że respondenci nie dokonują szczegółowego rozróżnienia między typami niepożądanych treści, lecz wyrażają ogólną skłonność do akceptowania interwencji państwa w sferze informacji.
Poparcie różni się między elektoratami partyjnymi, choć rozpiętości są mniejsze, niż można by się spodziewać. We wszystkich trzech wymiarach schemat jest podobny.
Na szczycie plasują się wyborcy Nowej Lewicy (odpowiednio 7,5/8,0/8,0) i Koalicji Obywatelskiej (7,3/7,5/7,6). Elektoraty PSL-u i Polski 2050 sytuują się blisko siebie, nieco niżej. Wyborcy PiS-u, choć bardziej sceptyczni niż elektorat koalicji rządzącej, i tak oscylują wokół 6 punktów na każdej ze skal.
Jedynym elektoratem, który wyróżnia się wyraźnie niższym poparciem, są zwolennicy Konfederacji – a szczególnie frakcji Korony Polskiej (4,9/4,2/5,5). Wyborcy Konfederacji WiN notują średnie wyższe, choć wciąż poniżej ogólnej średniej.
To jeden z nielicznych przypadków, gdy libertariańska retoryka Konfederacji wydaje się znajdować rzeczywiste odzwierciedlenie w postawach jej elektoratu – choć nawet tutaj poparcie nie spada dramatycznie poniżej punktu środkowego skali.
Warto podkreślić jedno zestawienie: elektorat partii rządzącej, identyfikowanej z liberalizmem obyczajowym, popiera regulację treści równie chętnie – a w przypadku mowy nienawiści nawet chętniej – jak wyborcy prawicowo-konserwatywnej opozycji.
Płeć i wiek mają znaczenie
Poparcie dla ograniczania treści wykazuje wyraźne zróżnicowanie ze względu na płeć i wiek.
Kobiety w każdym z trzech wymiarów częściej popierają ograniczenia niż mężczyźni – różnica wynosi około 0,5 punktu w przypadku dezinformacji, 0,9 w przypadku mowy nienawiści i 0,85 w przypadku podżegania.
Wiek wzmacnia ten efekt – poparcie rośnie niemal liniowo od najmłodszej kohorty (18–24 lata) do najstarszej (65+). Mężczyźni w wieku 18–24 lata to grupa o najniższym poparciu dla ograniczeń mowy nienawiści (4,9) i podżegania (5,4), podczas gdy kobiety 65+ notują najwyższe średnie we wszystkich trzech wymiarach (7,6/7,5/7,9).
Nieco wbrew intuicji, religijność nie wzmacnia poparcia dla ograniczeń treści – przeciwnie. Osoby o niskiej religijności (0–3 na skali 0–10) notują wyższe średnie (6,8/6,9/7,3) niż osoby o wysokiej religijności (6,0/6,0/6,5). Jednak nawet wśród osób głęboko wierzących poparcie utrzymuje się wyraźnie powyżej punktu środkowego skali – mamy zatem do czynienia z szerokim konsensusem, w ramach którego osoby mniej religijne są nieco bardziej przychylne ograniczeniom.
Media społecznościowe – mniej
Badanie pozwala sprawdzić, czy intensywność korzystania z mediów społecznościowych – w szczególności konsumpcja treści politycznych – wiąże się z postawą wobec ograniczania treści.
Respondenci pytani byli o czas spędzany na poszczególnych platformach (Facebook, Instagram, X, Bluesky, YouTube, TikTok, WhatsApp) oraz o to, jak często trafiali tam na wiadomości polityczne.
Korelacja jest ujemna, choć słaba.
Respondenci, którzy przeglądali wiadomości polityczne w mediach społecznościowych na niskim poziomie częstotliwości, deklarowali wyższe średnie poparcie dla ograniczeń treści niż ci o wysokim poziomie konsumpcji. Efekt ten jest widoczny we wszystkich trzech wymiarach, a różnica wynosi 0,5–0,9 punktu.
Pewien wpływ na postawę wobec ograniczeń treści ma to, z jakich platform korzystają odbiorcy wiadomości politycznych. Czas spędzony na konsumpcji wiadomości politycznych na X i YouTubie wiążą się z niskim poparciem dla ograniczeń. Kierunek jest konsekwentny, choć siła związku jest zbyt mała, by mówić o jednoznacznej determinancie.
Silniejszą zmienną diagnostyczną od konsumpcji mediów społecznościowych okazuje się ideologia.
Samoidentyfikacja na osi progresywno-konserwatywnej wiąże się z poparciem dla ograniczeń treści w internecie. Osoby identyfikujące się jako progresywne popierają ograniczenia silniej (7,6/7,7/8,2) niż osoby z centrum (6,3/6,3/6,8) i konserwatywne (5,6/5,2/6,0).
Decydujący termometr uczuć
Ale ten obraz staje się znacznie ciekawszy, gdy dołożymy drugi wymiar: polaryzację afektywną – miarę tego, jak bardzo człowiek emocjonalnie utożsamia się ze swoim politycznym obozem i jak silną niechęć żywi wobec oponentów z drugiej strony sceny politycznej.
Warto wyjaśnić, czym polaryzacja afektywna różni się od polaryzacji ideologicznej. Ta druga oznacza, że poglądy ludzi na konkretne kwestie są coraz bardziej skrajne i odległe od centrum.
Polaryzacja afektywna to zjawisko odmienne – człowiek może trzymać się umiarkowanych poglądów, a jednak intensywnie lubić „swoich” i intensywnie nie lubić „tamtych”.
Indeks polaryzacji afektywnej zastosowany w tym badaniu obliczono na podstawie termometru uczuć. Respondenci oceniali swój stosunek do zwolenników poszczególnych partii na skali od 0 do 100. Kluczowe jest tu przyporządkowanie partii do dwóch bloków odzwierciedlających podstawową linię podziału polskiej polityki: bloku rządzącego (KO, PSL, Polska 2050, Nowa Lewica i Razem) oraz bloku opozycyjnego (PiS, Konfederacja WiN i Konfederacja KP). Razem znalazło się w bloku koalicyjnym, ponieważ startowało na wspólnej liście z Nową Lewicą w 2023 roku, a jego posłowie wspierali rządzącą większość; ponadto elektorat Razem jest ideologicznie bliższy partiom koalicji niż opozycji.
Dla każdego respondenta obliczono średnią ocenę zwolenników partii z własnego bloku, odjęto od niej średnią ocenę zwolenników partii z bloku przeciwnego – i ta różnica stanowi indeks polaryzacji afektywnej. Wyższe wartości oznaczają silniejszą polaryzację emocjonalną – ciepło wobec własnego obozu i chłód wobec przeciwnego.
Gdy zestawimy poparcie dla ograniczania treści z jednoczesnym uwzględnieniem samoidentyfikacji ideologicznej i poziomu polaryzacji afektywnej, wyłania się wyraźny wzorzec – konsekwentny we wszystkich trzech wymiarach.
Wśród progresywistów osoby o wysokiej polaryzacji popierają ograniczenia silniej niż osoby o niskiej polaryzacji (na przykład 7,9 vs 7,6 dla dezinformacji; 8,2 vs 7,3 dla mowy nienawiści; 8,6 vs 7,8 dla podżegania). Wśród osób z centrum różnica jest jeszcze wyraźniejsza: osoby z wysoką polaryzacją notują o punkt wyżej niż te z niską polaryzacją (7,0 vs 5,8 dla dezinformacji; 6,8 vs 6,0 dla mowy nienawiści; 7,4 vs 6,5 dla podżegania). Wśród konserwatystów wzorzec się odwraca – osoby z wysoką polaryzacją afektywną popierają ograniczenia mniej niż te z niską polaryzacją (5,1 vs 7,0 dla dezinformacji; 4,9 vs 7,0 dla mowy nienawiści; 5,7 vs 7,3 dla podżegania).
Żeby nie opierać się wyłącznie na prostych zestawieniach, przeprowadzono analizę statystyczną, w której poparcie dla ograniczeń treści wyjaśniano równocześnie płcią, wiekiem, wykształceniem, religijnością, samoidentyfikacją ideologiczną, konsumpcją wiadomości politycznych w mediach społecznościowych oraz indeksem polaryzacji afektywnej.
Wynik potwierdza obserwowany wzorzec: polaryzacja afektywna ma własny, niezależny wpływ na poparcie dla ograniczeń.
Nawet po uwzględnieniu wszystkich pozostałych czynników. Co więcej, jej efekt zależy od pozycji ideologicznej respondenta. Wśród progresywistów rosnąca polaryzacja afektywna zwiększa poparcie dla ograniczeń, w centrum efekt jest umiarkowany, a wśród konserwatystów kierunek się odwraca – wyższa polaryzacja afektywna wiąże się z niższym poparciem.
Z pozostałych czynników konsekwentnie istotna jest płeć: kobiety notują wyższe poparcie dla ograniczeń niż mężczyźni we wszystkich trzech wymiarach.
Co z tego wynika? Nie ufam tamtym!
Skąd ta asymetria? Dla progresywistów i osób z centrum silna niechęć wobec obozu opozycyjnego – wobec PiS-u i Konfederacji – czyni regulację państwową atrakcyjnym narzędziem ochrony.
Jeśli „tamci” aktywnie zagrażają jakości debaty publicznej, ograniczanie dezinformacji i mowy nienawiści jawi się jako rozsądna interwencja.
Dla konserwatystów mechanizm działa odwrotnie: silna niechęć wobec obozu rządzącego rodzi nieufność wobec regulacji, które ten obóz może wprowadzić i egzekwować. Spolaryzowany konserwatysta nie wierzy, że państwo rządzone przez politycznych przeciwników będzie neutralnie definiować „dezinformację” czy „mowę nienawiści” – i dlatego sprzeciwia się ograniczeniom silniej niż jego mniej spolaryzowany ideologiczny odpowiednik.
Nie jest to więc spór o abstrakcyjne wartości wolności słowa; to spór zakorzeniony w pytaniu, kto będzie regulował i przeciwko komu.
Popyt na państwowe ograniczanie treści w polskim internecie jest szeroki i wielowymiarowy. Dotyczy w równej mierze dezinformacji, mowy nienawiści i podżegania do przemocy. Nie jest prostą funkcją konserwatyzmu ani religijności. Kobiety i starsi respondenci są bardziej przychylni regulacjom; osoby intensywniej korzystające z mediów społecznościowych – nieco mniej.
Ale prawdziwym czynnikiem różnicującym jest polaryzacja afektywna mierzona na osi koalicja–opozycja, której asymetryczny efekt – wzmacniający poparcie po stronie progresywnej, a osłabiający je po stronie konserwatywnej – stanowi kluczowe odkrycie niniejszej analizy.
Kogo więc przekonują politycy?
Wspomniany spór o DSA jest tego idealną ilustracją. Gdy Gawkowski mówi o „ruskiej dezinformacji” i „hejcie”, trafia do elektoratu koalicji. A szczególnie do tej jego części, która jest najbardziej spolaryzowana emocjonalnie wobec obozu PiS-u i Konfederacji.
Dane pokazują, że właśnie ci wyborcy – progresywiści i centryści z wysoką polaryzacją afektywną – notują najwyższe poparcie dla ograniczeń.
Z kolei, gdy Matecki ostrzega przed „cenzurą internetu”, a Nawrocki przywołuje Orwella, ich przekaz rezonuje z emocjonalnie spolaryzowanymi konserwatystami, którzy nie wierzą, że rząd będzie neutralnie definiować kluczowe pojęcia.
Retoryka polityków i postawy ich elektoratów wzajemnie się napędzają.
Politycy mówią to, co chcą usłyszeć ich najbardziej zaangażowani wyborcy, a ci wyborcy interpretują debatę regulacyjną dokładnie przez pryzmat emocjonalnego podziału na „swoich” i „tamtych”.
Niezależnie od merytorycznych zasług konkretnych przepisów – w tym implementacji DSA – opisane wyniki podkreślają ryzyko legislacji dotyczącej wolności słowa w klimacie głębokiej polaryzacji afektywnej i upolitycznionej nieufności.
Gdy poparcie dla ograniczeń i sprzeciw wobec nich wyrastają z emocjonalnego podziału, trudno oczekiwać, że powstałe regulacje będą postrzegane jako neutralne i przewidywalne. Każda kolejna władza może je skierować przeciwko odmiennym treściom i odmiennym adwersarzom – a najbardziej spolaryzowani wyborcy po każdej ze stron będą je interpretować dokładnie przez ten pryzmat.
Dane: sondaż przeprowadzony przez autora na Uniwersytecie SWPS w grudniu 2025 roku w ramach projektu finansowanego przez Narodowe Centrum Nauki (grant nr 2020/39/B/HS6/00853). Próba kwotowa elektoratu, reprezentatywna ze względu na wiek, płeć, region, miejsce zamieszkania i poziom wykształcenia, ważona pod kątem reprezentatywności politycznej. N=1550.