Libijska Narodowa Korporacja Naftowa podała, że zatrudniła specjalistyczną firmę, by ściągnęła dryfujący wrak rosyjskiego tankowca „Arctic Metagaz” do jednego z libijskich portów. Będzie to zapewne Benghazi, siedziba generała Chalify Haftara, faktycznego władcy zachodniej Libii. Drugą możliwością byłby Trypolis, stolica uznanego międzynarodowo rządu libijskiego.
Rzecz w tym, że Moskwa, choć formalnie także uznaje rząd libijski, jest – wraz z Emiratami i Egiptem – główną popleczniczką zwalczającego ten rząd Haftara. Dostarcza mu broń, a także wojska. W Benghazi stacjonowali wcześniej wagnerowcy. Dziś ich miejsce zajęli żołnierze z rosyjskiego Afrika Korps. Haftar kontroluje wszystkie libijskie terminale naftowe, z wyjątkiem Trypolisu, którego nie udało mu się zdobyć w 2019 roku. To właśnie ta kontrola jest podstawą jego władzy.
Atak na „Arctic Metagaz”
Ale „Arctic Metagaz” nie kierował się do żadnego z tych terminali. W lutym zatankował w Murmańsku 700 ton mazutu i diesla, oraz 60 tysięcy ton ciekłego gazu ziemnego. Surowce miał dostarczyć do Egiptu. 300-metrowy tankowiec jest częścią rosyjskiej „floty cieni”, nielegalnie rozprowadzającej objęte sankcjami ropę i gaz.
Ładunek nie dotarł do portu.
6 marca „Arctic Metagaz” został zaatakowany na wodach międzynarodowych u wybrzeży Libii przez niezidentyfikowane drony. Na pokładzie wybuchł pożar.
Załodze udało się ugasić pożar, ale opuściła ona pozbawioną sterowności jednostkę. Statek zamienił się w pływającą bombę ekologiczną, grożącą ogromnym skażeniem, a potencjalnie i wybuchem.
Odpowiedzialnością za atak, w którym miały brać udział ukraińskie drony, Rosja obarczyła władze w Trypolisie. Istotnie bowiem rząd libijski, w obliczu poparcia Haftara przez Moskwę, zbliżył się do Kijowa. Ani Trypolis, ani Kijów nie zdementowały rosyjskich oskarżeń.
Przenikanie się konfliktów
Znakomicie poinformowany marokański dziennikarz Amine Ayoub uważa, że użyto ujawnionej kilka miesięcy temu udoskonalonej wersji drona Sea Baby. Ten już wcześniej siał spustoszenie w rosyjskiej flocie czarnomorskiej. Te bezzałogowce mają zasięg do półtora tysiąca kilometrów i dwutonową głowicę. Jeśli istotnie Ukraina je rozmieściła w Trypolisie, żadna rosyjska jednostka na Morzu Śródziemnym nie może czuć się bezpiecznie. Zaś ataki na cywilne jednostki rozpoczęła Moskwa, atakując żeglugę handlową do ukraińskich portów czarnomorskich.
Ukraina nie potwierdza otwarcia nowego frontu w wojnie z Rosją. Skierowała jednak do pięciu państw arabskich, które padły ofiarą irańskiej agresji w obecnej wojnie Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem, 50-osobowe ekipy specjalistów od walki z dronami, wraz ze stosownym wyposażeniem. To kolejny element łączący obie wojny, toczące się na wschód i na południe od Unii Europejskiej.
Wcześniej Iran dostarczył Rosji fabryki dronów Shahed, które w zmodyfikowanej wersji, terroryzują dziś Ukrainę. Zaś w 2020 roku, doszło do irańskiego ostrzału amerykańskich baz w Iraku w odwecie za zabicie generała Ghasema Solejmaniego. Wówczas irańskie rakiety przeciwlotnicze omyłkowo zestrzeliły startujący z Teheranu ukraiński samolot pasażerski, zabijając 176 osób znajdujących się na pokładzie.
Oba konflikty przenikają się więc od lat. Wojna nie oszczędza też terytorium Unii: 1 marca irański dron odpalony z Libanu uderzył w brytyjską bazę na Cyprze, państwie członkowskim UE.
Wojny dronowe
W doświadczeniu w obronie przed rojami dronów – i w prowadzeniu ataków z ich użyciem – z Ukrainą może się równać jedynie Rosja. Ta jednak nie będzie skora do dzielenia się nim z amerykańskimi sojusznikami. Z doświadczenia tego wiele mógłby się nauczyć zwłaszcza Izrael. Ten, choć z dronami – i dronami – walczy dłużej, to nie musiał, jak Ukraina, mierzyć się z atakami ich rojów. Samych dronów typu Shahed bowiem Rosja odpaliła już około 60 tysięcy.
Zasoby Hamasu i Hezbollahu zostały już wyeliminowane. Z kolei odpalanie dronów na odległość 1800 kilometrów, dzielącą Izrael od granicy z Iranem, czy 2000 kilometrów – z Jemenem, skąd strzelali hutyjscy sojusznicy Teheranu, jest mało skuteczne. Zresztą to nie Izrael, a państwa arabskie sąsiadujące z Iranem, są głównym celem irańskich ataków. To na nie spada ponad 80 procent odpalanych przezeń rakiet i dronów.
Pretekstem jest obecność tam amerykańskich baz. Mimo że państwa-gospodarze nie zgodziły się na ich użycie w tej wojnie.
Rzeczywistym powodem ataków jest chęć wywarcia poprzez nie presji na Waszyngton.
Irańskie drony wyrządziły poważne zniszczenia w infrastrukturze przemysłowej, zwłaszcza naftowo-gazowej, zaatakowanych państw. Udzielenie im skutecznego wsparcia w walce z bezzałogowcami może się więc Ukrainie sowicie opłacić. Ale główną nadzieją Kijowa jest, że po ich pomoc sięgną Tel Awiw i Waszyngton, zmieniając geopolityczną dynamikę konfliktu.
Zabieganie o wsparcie
Prezydent Donald Trump, który ma ze swym ukraińskim odpowiednikiem bardzo złe stosunki, oświadczył już, że „nie potrzebuje” pomocy Kijowa. Innego zdania są europejscy sojusznicy z NATO, którzy ściśle w tym zakresie z Ukrainą współpracują. Zaś 15 marca pojawiły się niepotwierdzone doniesienia, że premier Benjamin Netanjahu pragnie rozmawiać z prezydentem Wołodymyrem Zełenskim. „On ma coś, czego ja potrzebuję, a ja mam coś, czego on potrzebuje”, skomentował ukraiński prezydent.
Tym, czego potrzebuje Zełenski, jest izraelska broń i poparcie polityczne.
Do teraz w swym stosunku do Zełenskiego Netanjahu niewiele różnił się od Trumpa. Izrael jako jedyne państwo obozu zachodniego nie objął Rosji sankcjami ani nie wsparł Ukrainy bronią. Przyczyną, oprócz wyraźnie prorosyjskiej postawy samego premiera, była obawa przed możliwą reakcją Moskwy w Syrii, wobec Iranu i wobec mniejszości żydowskiej w Rosji.
Póki trwała dyktatura Baszara al-Asada, wspierające ją wojska rosyjskie w pełni kontrolowały syryjską przestrzeń powietrzną. W niej Izrael dokonywał nalotów na pozycje sił irańskich oraz Hezbollahu, także wspierających Asada. Bez zgody Moskwy nie byłoby to możliwe.
Syryjskie trzęsienie ziemi
Ewentualny zwrot Izraela w stronę Ukrainy (czego chciała większość Izraelczyków, w tym także tych pochodzących z byłego ZSRS) mógłby także spowodować większe wsparcie wojskowe Moskwy dla Teheranu, czy represje wobec Żydów w Rosji, do których w końcu jednak nie doszło. Upadek Asada całkowicie zmienił te rachuby.
Na miejsce pokonanej Rosji i Iranu weszła Turcja, a Jerozolima wręcz jęła przekonywać Waszyngton, by zaakceptował pozostawienie w Syrii rosyjskich baz jako przeciwwagę dla rosnących wpływów Ankary. Poparcie wojskowe Rosji dla Iranu okazało się niewielkie, zapewne w nadziei na uzyskanie w odpowiedzi większej przychylności USA w kwestii Ukrainy.
Zaś jednoznaczne poparcie Moskwy dla Hamasu, także i po rzezi z 7 października, sprawiło, że Izrael istotnie zaczął zmieniać front.
Jesienią ubiegłego roku Tel Awiw zgodził się na wycofanie z Izraela części baterii antyrakiet Patriot. Tranzytem przez Polskę zostały one przerzucone na Ukrainę. Zaś w ONZ Izrael głosował za potępiającą Rosję rezolucją w sprawie wojny w Ukrainie, choć USA się wstrzymały.
Nic tak nie łączy jak wspólny wróg
Nie wiadomo, czy do rozmowy Netanjahu z Zełenskim (poprzednia miała miejsce ponad rok temu) w końcu doszło. Z kolei oświadczenie Trumpa o „udanych” rozmowach z przywódcami Iranu, świadczące o możliwym rychłym zakończeniu wojny, sprawiło, że perspektywa ewentualnego dalszego zbliżenia izraelsko-ukraińskiego straciła na nagłości. Sformułowana przez Zełenskiego podstawa takiego zbliżenia pozostanie jednak aktualna.
Ukraina dysponuje doświadczeniem i kompetencjami, których Izrael, podobnie jak inne państwa, zdecydowanie potrzebuje. Zarazem Ukraina, trochę przez przypadek, stała się także częścią bliskowschodniej równowagi sił.
Oba państwa niekoniecznie mają wspólne dalekosiężne interesy, ale mają wspólnych wrogów – a nic tak, jak taka wspólnota, nie pobudza wzajemnej życzliwości.