Prezydent Karol Nawrocki spotkał się z premierem Węgier Viktorem Orbánem 23 marca. W czasach krótkiej trwałości newsów zdarzenie to powinno mieć już charakter archiwalny – a wciąż żyje.
Węgierska prasa prorządowa ogłosiła właśnie sukces: „Wizyta tego powszechnie znanego z antyrosyjskiego nastawienia polityka stanowi jednocześnie bardzo wyraźny gest sprzeciwu wobec zarzutów o rzekome rosyjskie wpływy w kampanii Fideszu”.
Polska prasa omawia natomiast wciąż nerwowość prezydenta podczas konferencji poprzedzającej jego wizytę w Budapeszcie. Na pytanie dziennikarza TVN Mateusza Półchłopka o to, czy nie przeszkadza mu już zażyłość Viktora Orbána z Władimirem Putinem, Nawrocki zareagował specyficznym atakiem. Poza i słowa przypominały raczej natarcie kibola na kogoś, kto założył nieodpowiedni szalik, niż odpowiedź prezydenta na pytanie dziennikarza.
Pierwszy problem z tą reakcją polega więc na tym, że przypominała raczej meltdown niż słuszny gniew męża stanu. Nawrocki zachowywał się jak ktoś, kto nie panuje nad sobą w sytuacji oficjalnej i publicznej, chociaż sprawuje urząd głowy państwa.
A drugi problem polega na tym, że ta odruchowa reakcja była agresywna.
Została już powszechnie omówiona, teraz pojawiły się konkretne reakcje. Towarzystwo Dziennikarskie zaprotestowało przeciw takiemu traktowaniu dziennikarzy. W wydanym wczoraj oświadczeniu pisze: „Zachowanie prezydenta uważamy za niegodne […] Zastraszanie, ośmieszanie i wyzywanie dziennikarzy godzą w prawo do informacji. Takie zachowanie Prezydenta RP nie przystoi godności prezydenckiego urzędu. […] Towarzystwo Dziennikarskie apeluje o powstrzymanie agresji. Takie zachowania prowadzą do zaniku elementarnego szacunku do Państwa i jego Instytucji”.
Jak nie być proputinowskim, popierając proputinowca
Nerwowość prezydenta bardzo łatwo zrozumieć. Pytanie o zażyłość Orbána wydobyło to, czego Nawrocki najprawdopodobniej najbardziej się obawiał. Prorosyjskość premiera, którego pojechał wspierać. A prorosyjskości jako własnej cechy prezydent zdecydowanie nie chce.
Zapewne dlatego na konferencji w Przemyślu podkreślił, że Putin to zbrodniarz. Niewygodne pytanie i tak padło, chociaż miało zostać rozbrojone.
Tym trudniejsze dla prezydenta muszą być reakcje prasy węgierskiej. Dla tamtejszej prorządowej propagandy Nawrocki stał się gwarantem czystości premiera, walczącego o utrzymanie się przy władzy. Premiera, przypomnijmy, według tamtejszej propagandy „rzekomo” prorosyjskiego. A „rzekomo” dlatego, że spotkał się z nim właśnie Nawrocki.
To musi boleć.
Bez szkód wśród wyborców
Czy jednak na długo? Na zlecenie Onetu SW Reasearch zapytało ankietowanych o ocenę spotkania Nawrockiego z Orbánem na kilkanaście dni przed wyborami na Węgrzech. 33,7 procent oceniło je pozytywnie, niewiele więcej, bo 37,9 – negatywnie. 28,4 proc wybrało odpowiedź „trudno powiedzieć”.
A więc tych, którzy oceniają tę wizytę pozytywnie, jest więcej niż deklarowanych wyborców PiS-u. W ostatnim sondażu Research Partner na PiS głosowałoby teraz 26,4 procent. Na Konfederację, o której poparcie wciąż walczy Nawrocki – 10,5 procent. Może z tego wynikać, że jego ewentualni wyborcy nie zrazili się jego wizytą na Węgrzech.
I że oburzenie wyrażają głównie ci, którzy go nie popierają.
Prawicę polską i węgierską spaja niechęć do Unii Europejskiej, dzieli stosunek do Rosji. To właśnie Węgry blokują pomoc dla Ukrainy i donoszą do Rosji o tym, co dzieje się na szczytach unijnych (podczas ich trwania). Polska prawica nie w całości jest antyrosyjska, bo partia Grzegorza Brauna jawnie popiera Rosję, a spora część wyborców Konfederacji jest nastawiona bardzo antyukraińsko. Kluczowy jest jednak aspekt suwerennościowy.
Stąd więc karkołomna próba wsparcia Orbána i zdystansowania się do niego, jeśli chodzi o Putina, którą podjął Nawrocki. Z cytowanych badań zrobionych na gorąco mogłoby wynikać, że była to próba udana.
I być może reakcja na pytanie dziennikarza, choć potępiona przez stronę liberalną, wzmocniła ten jednocześnie antyputinowski i proorbanowski wizerunek prezydenta.
Kto widzi problem, a kto siłę
Strona liberalna skupiła się jednak na zachowaniu prezydenta wobec dziennikarza. Zakładał relację władzy i poddanego, a nie prawo wolności mediów. Prezydent zachował się, jakby był królem, a nie demokratycznie wybranym przedstawicielem obywateli.
A po drugie – zachował się jak kibol. Czyli jak ktoś, kim naprawdę jest, tylko udaje, że nie jest – według jego przeciwników oczywiście. Tylko czy prezydentowi to zaszkodzi?
Upraszczając – widzowie TVN-u na pewno inaczej to przyjęli niż widzowie Republiki. A szerzej – byli i potencjalni wyborcy Nawrockiego mogą przeżywać to inaczej niż jego przeciwnicy. Palec wycelowany w dziennikarza TVN-u i „pan się ogarnie” jednych oburza, innych po prostu bawi. Bo wreszcie mamy prezydenta, który się nie cacka.
Upadek klasy politycznej? Jakiej klasy?
Przeciwnicy samego Nawrockiego czy dziennikarze liberalnych mediów, którym nie podobało się to zachowanie, widzą w nim natomiast upadek klasy politycznej. Można to streścić tak, że prezydent udowodnił brak tej klasy. Że zmienił ubranie, ale nie zmienił siebie, pozostając mentalnym kibolem. Że ten trawnik nie ma stu lat, co właśnie widać.
Wydaje się jednak, że klasa polityczna, od której tyle się wymaga, mogła nigdy nie istnieć.
Lech Wałęsa budził podobne komentarze. Wypominano mu brak wykształcenia, erudycji, kultury. A przecież był pierwszym prezydentem wybranym w wolnych wyborach. Andrzej Lepper był wicepremierem, który współrządził krajem.
Wyobrażenie o klasie politycznej, o której tęsknie się mówi, wymawiając nazwiska Bronisława Geremka czy Władysława Bartoszewskiego, runęło w momencie, kiedy politycy dostali smartfony (albo kiedy bywali nagrywani u Sowy i Przyjaciół). Wolny dostęp do publiczności w mediach społecznościowych pokazał, że klasę się miewa, jak się bardzo chce to pokazać. Kiedy nerwy poniosą, trzeba potem mówić, że ktoś zhakował konto.
Czy więc Karol Nawrocki jako prezydent jest sygnałem głębszego kryzysu elit politycznych? Biorąc pod uwagę doświadczenia tylko III RP, jest kolejnym przejawem ich słabości. A porównując z najważniejszymi współczesnymi politykami Zachodu – wciąż nie jest jak Donald Trump, ale daleko mu też do Emmanuela Macrona.
Jego zwycięstwo w powszechnych wyborach może świadczyć o zmęczeniu elitami. O przesunięciu granicy tego, co wypada, przez obecność polityków w mediach społecznościowych. O poczuciu pewności siebie tych, których wcześniej elity wpędzały w kompleksy. Ale nie jest wciąż sygnałem kryzysu społecznego. Chyba że uznamy, iż tkwimy w nim od 35 lat.
Nie ma zgody na przemoc
Jeśli zaś chodzi o sposób potraktowania dziennikarza – należy dmuchać na zimne. Bo najwyższy urzędnik, który beszta dziennikarza, przekracza granicę, za którą jest lęk mediów przed władzą. A więc autorytaryzm.
Agresywne gesty w sytuacji publicznej to demonstracja brutalnej siły. Sygnał, że przemoc nie jest powodem do wstydu.
To jednocześnie produkt mediów społecznościowych, jak i drogowskaz, przykład do naśladowania. W polityce rzadko pojawia się coś zupełnie nowego. Zmienia się raczej to, na co przestajemy reagować.