„Tam, gdzie najostrzejszy szczyt Karawanków szczerzy się ku niebu” to powieściowy debiut austriackiej pisarki Julii Jost, intrygujący już samym tytułem. Ten zresztą stanowi doskonałą wskazówkę, jeśli chcemy wiedzieć, czego spodziewać się po lekturze. To opowieść o miejscu, które zmienia się wolno niczym pasma górskie i o jego mieszkańcach z ich niesnaskami, drobnymi radościami i niesionym po cichu bagażem doświadczeń. Peryferyjna historia opowiedziana ustami kogoś, kogo nieczęsto dopuszcza się do głosu: jedenastoletniej dziewczynki.

Dojrzewające fraktale

Sięgając po książkę Jost, przenosimy się do 1994 roku i lądujemy w malutkiej karynckiej wiosce, gdzie głównymi miejscami spotkań są szkoła, kościół i prowadzona przez rodziców narratorki gospoda. Tak przynajmniej było do tej pory, bo dziewczynkę poznajemy w chwili, gdy rodzina ma się wyprowadzić i zacząć nowe życie, z dala od prowincjonalnej mentalności, mozolnej pracy od świtu do nocy i nękających ją problemów. Bohaterka będzie musiała porzucić znany sobie świat, a przede wszystkim mieszkającą po sąsiedzku Lukę, w której jest zakochana. Teraz po raz ostatni bawią się w chowanego: narratorka kryje się pod ciężarówką, jakby chciała uniknąć tego, co ma nadejść, a Luca odlicza z zamkniętymi oczami. Może liczy wolno z nadzieją na opóźnienie wyjazdu, w każdym razie dla nas – czytelniczek i czytelników – to odliczanie rozciąga się na prawie trzysta stron. Tymczasem główna bohaterka wprowadza nas w życie wioski, zapoznaje z najważniejszymi wydarzeniami w swojej jedenastoletniej historii, ze zmaganiami kolegów i koleżanek, z opowieściami starszych mieszkańców i mieszkanek. Opisuje zwyczaje, przytacza rozmowy, dzieli się powszechnie znanymi plotkami. Mówi trochę o wszystkim, trochę o niczym, tak że z początku można się zastanawiać, czy ta relacja coś w nas porusza, czy znajdziemy w niej dla siebie coś interesującego. Sama się zastanawiałam.

Teraz myślę, że to powieść z gatunku tych dojrzewających. Taka, która smaku nabiera z czasem, może nawet dopiero po zakończonej lekturze. Gdyby była zagadką, klucz do jej rozwiązania znajdowałby się na stronie osiemdziesiątej siódmej, gdzie bohaterka opisuje suknię ślubną swojej matki:

„Zresztą nie bez powodu suknię zdobią fraktale Mandelbrota. Spirale, które zawierają w sobie coraz mniejsze spirale; gdyby spróbować zmierzyć ich długość, robiłoby się to w nieskończoność. To tak jak z brytyjskim wybrzeżem – co chwila pojawia się kolejna zatoka, która zawiera jeszcze mniejsze zatoczki i tak dalej, końca nie widać. Taki właśnie miał być również związek małżeński moich rodziców”.

Taka właśnie jest też opowieść narratorki: dygresyjna, wijąca się niczym wąż, powracająca do przerwanych wątków, by je pogłębić, doświetlić, poszerzyć o nowe znaczenia. Właśnie dlatego te historie o wszystkim i o niczym jeszcze długo po zamknięciu książki kłębią nam się w głowie. Układają we wzory. Możemy przemyśliwać je tak, jakbyśmy spacerowali po brytyjskim wybrzeżu. Końca nie widać.

Język, dialekt, tłumaczenie

Jednym z elementów, które przenoszą nas w miejsce akcji, jest język bohaterów, lokalny dialekt świadczący o ich odrębnej tożsamości ujawniającej się w każdym wypowiedzianym zdaniu. To – jak zawsze w przypadku niestandardowych form języka – duże wyzwanie dla tłumaczki, która musi tę osobność i nietypowość oddać w polszczyźnie. Zofia Sucharska zrobiła to oryginalnie i z gracją, osiągając ciekawy i niewymuszony efekt. Zamiast sięgnąć po gotowe wzorce z funkcjonujących na terenie Polski gwar, dialektów i języków, skupiła się na oddaniu melodyjności mowy bohaterów, tego jak zaciągają, jak rozwlekają głoski. Autorka tworzy świat powieści, a tłumaczka specjalnie dla tego świata konstruuje pełnokrwisty język. Słyszymy go we wszystkich rozmowach („nie do wijary!”, „Złuotko, przynijeś no nam coś jeszcze!”), to on kształtuje geografię, tę bliższą („kocij staw”) i tę dalszą („Nijemcy”).

Zresztą sama narracja subtelnie podkreśla rolę języka jako wittgensteinowskiego rozszerzacza granic. Świat narratorki znacznie się wzbogaca po przybyciu Luki, która wraz z rodziną ucieka przed wojną na terenie byłej Jugosławii. Zafascynowana nową koleżanką zaczyna wplatać w swoje wypowiedzi obce słowa, jakby nagle patrzyła na znajomą rzeczywistość cudzymi oczyma. Poznawanie nowych wyrazów i określeń zachodzi równocześnie z odkrywaniem nowych uczuć i doświadczeń. Narratorka chętnie wykracza poza to, co znane, by spotkać się z drugą dziewczynką na jej terytorium, a może raczej w nieistniejącej dotąd przestrzeni, którą razem tworzą.

Język kreśli, przesuwa i przekracza nie tylko osobiste granice, ale także te widoczne na mapach. W krainach, które jak Karyntia leżą na licznych stykach i przecięciach, rzadko da się o tym zapomnieć. Stąd spory takie jak ten o górujący nad okolicą szczyt:

„Tucznik rzucił kiedyś w stronę Gernota Pfandla, zaciekłego przeciwnika dwujęzycznych tablic, że złoży skargę do Sądu Najwyższego, najpierw w Wiedniu, a potem, po własnej śmierci, osobiście przed Panem Bogiem. Po to, by nikomu – czy to człowiekowi, czy zwierzęciu – nie wolno było już pisać «Dobratsch» zamiast «Dobrač», aż słoweński w Karyntii uzyska prawo do istnienia, «tak jiest, prawo do istnienia», zrzędził” [s. 148].

Język i prawo do istnienia to poważne sprawy. Tucznik – były partyzant walczący z nazistami – i faszyzujący polityk Pfandl doskonale o tym wiedzą. Czujemy to i my, zanurzając się w refleksje i brzmienia powieści Jost.

Korale z małych smutków

Starsza kobieta, która chciała wyjechać jak najdalej, ale nigdy nie ruszyła się z miejsca. Karla, która wierzy, że jej mama utknęła po drugiej stronie muru berlińskiego i dlatego musi wymyślać związane z nią wspomnienia, bo te prawdziwe zatarły się już w jej pamięci. Małżeństwo, które poświęca się pracy na rzecz kościoła, by jak najrzadziej konfrontować się z tym, co czeka w domu. To tylko przykładowe małe smutki, które narratorka jak paciorki nawleka na długą żyłkę swojej opowieści.

Te smutki nie są małe w znaczeniu „drobne” czy „nieistotne”. Są małe, bo prywatne, bo zamykane w czterech ścianach, niewidoczne gołym okiem lub z rozmysłem ignorowane. Są małe, bo często celowo je ktoś umniejsza – a to otoczenie, a to sam zainteresowany czy sama zainteresowana. I wreszcie są małe ze względu na sposób, w jaki narratorka zdaje z nich sprawę: zwięźle, koncentrując ogrom nieszczęścia w kilku słowach czy zdaniach. Zamyka cudze rozczarowanie, żałobę, rozpacz, niepowodzenie w schludnych wygładzonych kapsułkach. I, zupełnie jak dziecko bawiące się koralikami, beztrosko odrzuca jeden, by zająć się kolejnym. Bez zbędnych wstępów, bez kojących zakończeń.

Bardzo ciekawym literackim ćwiczeniem wydaje się zbadanie, jak ta narracja wpływa na emocjonalny odbiór książki. Czy cios wyprowadzony bez ostrzeżenia boli bardziej? Czy raptem urwany wątek będzie jak nieopatrzona rana jątrzyć się w naszych myślach? A może tak jest jednak łatwiej? Może smutki innych ludzi, niezależnie od posiadanych przez nas pokładów empatii, z konieczności muszą być małe, bo dzieją się na marginesie naszego życia? Bo inaczej by nas przygniotły? Czy ten dystans, ta pozorna dziecięca niefrasobliwość, to w istocie głęboko ludzka próba zapewnienia sobie ochrony? 

Pytania do samodzielnego montażu

Nie są to jedyne nierozstrzygnięte kwestie, wokół których krążą nasze myśli po zakończonej lekturze. W tym miejscu wypada może przestrzec, że Jost niczego nie ułatwia. Nie tylko nie udziela odpowiedzi, czasem nawet nie zadaje pytań. Umiejętnie zaznacza tylko obszary, nad którymi warto się zastanowić, mimochodem przemyca wskazówki. To od czytelnika i czytelniczki zależy, w jakich tematach nabierze wątpliwości. Czy ostatecznie jesteśmy w stanie zrekonstruować, co się stało z Franzim? Czy dręczy nas, w jakim stopniu sprzedawca ciężarówek ponosi odpowiedzialność za ich późniejsze wykorzystanie? Do tego dochodzą ogromne połacie emocjonalnego przeżywania i doświadczeń wewnętrznych, których istnienia się domyślamy, ale które pozostają poza naszym zasięgiem. Narratorka daje nam dużo, bo zabawa w chowanego, podglądanie i podsłuchiwanie to jej specjalność. Obserwuje, skrupulatnie gromadzi rodzinne historie, strzępki rozmów, niespodziewane zwierzenia. Jej spostrzeżenia często wydają się nad wiek dojrzałe, mimo to pozostaje dzieckiem, którego do pewnych spraw się nie dopuszcza, a przed innymi chroni. Dzieckiem, dla którego niektóre dorosłe sprawy są po prostu nudne albo raz na zawsze przesądzone, niewymagające namysłu. Może dlatego niektórzy nazywają styl Jost „zjadliwym”. Ja powiedziałabym raczej, że zgrabnie łączy przenikliwość z beznamiętnością, co czasem daje efekt komiczny, innymi razy sprawia wrażenie okrucieństwa. 

Z książki nie dowiemy się zatem, czy po spektakularnym załamaniu nerwowym matka głównej bohaterki pogodziła się z ograniczeniami życia w patriarchalnym środowisku, czy jej ucieczka w gromadzenie dobytku okazała się sukcesem czy tylko ślepą uliczką. Ani jak świeżo przybyłym imigrantom żyje się w dalekiej krainie, gdzie żywe są nie tylko wspomnienia o dziadkach nazistach, ale – w niektórych przypadkach – także ich poglądy. Zagadką pozostaje też przyszłość. Jost ściśle pilnuje czasu, który jest nam dane spędzić w towarzystwie jej postaci. Kiedy Luca skończy odliczać od stu do jednego, wszystko bardzo szybko dobiegnie końca. Koniec zabawy, koniec chowania się i myszkowania po okolicy, podłapywania lokalnych historii. 

Czy wyjazd z prowincji naprawdę pozwoli rodzinie zostawić prowincję za sobą? Jak narratorka będzie dalej przeżywać swoją queerowość? Co się stanie z Luką? Autorka nie stara się zaspokoić naszej ciekawości. Na ostatnich stronach, podobnie jak na początku powieści, odsuwa się od ludzi i zwraca ku przyrodzie: ku lasom, górom, zwierzętom. Ku temu, co bardziej trwałe i nieprzemijające. Ku rzeczom, których – z pozoru – nie da się wyrwać z korzeniami. I tym sposobem zostawia nas z jeszcze jednym niezadanym pytaniem.

Książka: 

Julia Jost, „Tam, gdzie najostrzejszy szczyt Karawanków szczerzy się ku niebu”, tłum. Zofia Sucharska, wyd. Cyranka, Warszawa 2026.