Wbrew powszechnemu przekonaniu, Izrael nie zniósł kary śmierci: istnieje ona w kodeksie karnym – z ograniczeniami – od początków istnienia państwa. Ale orzeczono ją tylko dwa razy: pierwszy podczas wojny o niepodległość, kiedy żydowskiego oficera skazano za szpiegostwo. Wyrok wykonano, potem okazało się, że oskarżenie było niesłuszne. W efekcie sądy odstąpiły od wymierzania kary głównej: jedynym wyjątkiem była sprawa Eichmanna – drugi przypadek. Przyjęta właśnie przez Kneset ustawa o karaniu za terrorystyczne morderstwa zmieni tę praktykę.
Kara śmierci jedynie dla Palestyńczyków
Stanowi ona, że wobec skazanych za zbrodnie popełnione „w celu zakwestionowania istnienia państwa Izraela” sądy będą mogły orzec jedynie karę śmierci lub – w niektórych okolicznościach – karę dożywotniego więzienia. Do tej pory przed sądami Izraela nie stanął żaden Żyd oskarżony o popełnienie zbrodni z tych pobudek.
Ale taka była motywacja licznych aktów terroru ze strony Hamasu, w praktyce ustawa ta wprowadza karę śmierci jedynie dla Palestyńczyków. Jest to więc prawo jaskrawo dyskryminacyjne, wręcz apartheidowe.
Byłoby to całkowicie niedopuszczalne nawet gdyby jedynie Palestyńczycy popełniali takie zbrodnie, niezależnie od motywacji. Tak jednak nie jest. Tylko w tym roku w terrorystycznych aktach przemocy popełnianych przez osadników żydowskich na Zachodnim Brzegu zginęło 26 Palestyńczyków. Za te zbrodnie nikt dotąd nie stanął przed sądem.
A nawet gdyby do tego doszło to i tak nikt nie mógłby, po przyjęciu nowej ustawy, być za nie skazany na śmierć, gdyż są popełniane nie z antyizraelskiej, lecz antypalestyńskiej motywacji. Takie zbrodnie państwo Izrael karze nieporównanie łagodniej, jeśli w ogóle.
Zemsta według faszystów
Podczas napadów na wsie palestyńskie sprawcy, po podpaleniach i grabieży mienia, chętnie zostawiają na murach zdewastowanych budynków graffiti ze słowem nekama – zemsta – oraz gwiazdą Dawida. Inicjatorzy ustawy – faszystowska partia koalicyjna „Żydowska Potęga” pod przewodnictwem ministra bezpieczeństwa narodowego Itamara Ben Gvira – tak zresztą właśnie uzasadniali jej zaproponowanie. Podobnie jak drastyczne pogorszenie warunków uwięzienia aresztowanych i skazanych Palestyńczyków. Ma to być forma zemsty.
Nawet premier Benjamin Netanjahu uznał taką postawę za niedopuszczalną, choć zapewne bardziej z obawy przed reperkusjami międzynarodowymi niż z troski o etyczny fundament praworządności. Daremnie jednak, zapewne z dozą hipokryzji, wzywał koalicjanta, by projekt ustawy wycofał. Jednak bez głosów faszystów jego koalicja nie ma większości.
Zarazem jednak za ustawą głosowało też kilku posłów opozycji, a wprowadzenie kary śmierci za terror popiera co najmniej dwie trzecie Izraelczyków. Rzecz bowiem w tym, że sprawcy terrorystycznych mordów mogą liczyć na to, że nie odsiedzą swych wyroków więzienia.
Często wychodzą na wolność w ramach „wymiany więźniów” – w zamian za uprowadzonych przez terrorystów Hamasu Izraelczyków. Taka wymiana umożliwiła na przykład zawarcie umowy o zawieszeniu broni w Gazie. Co więcej, podczas odsiadki skazani terroryści i ich rodziny otrzymują wsparcie finansowe od władz Autonomii Palestyńskiej. Zwolennicy ustawy mieli nadzieję, że obowiązkowa kara śmierci przywróci odstraszającą funkcję kary.
Religijny sprzeciw wobec kary śmierci
Podczas gdy niektórzy posłowie opozycji głosowali za ustawą, część posłów koalicji głosowało przeciw. Byli to członkowie partii religijnych, motywowani tradycją żydowskiego prawa religijnego, które stanowczo sprzeciwia się karze śmierci dla kogokolwiek.
Wprawdzie Tora w 30 różnych wersetach ją nakazuje, ale oparte na niej prawo religijne czyni wszystko, by uniemożliwić praktyczną realizację tych nakazów. Traktuje je jako retoryczne podkreślenie ciężaru tak karanych grzechów, a nie wskazania obowiązujące sędziów. Sanhedryn – religijny trybunał z czasów świątynnych, który zbierał się raz na siedem lat, a niektóre źródła mówią, że raz na 70 lat – orzekał karę śmierci i przez to zwany był krwawym sądem.
Ben Gvir i jego poplecznicy nigdy nie mieli takich skrupułów. Przychodzili na posiedzenia Knesetu z przypinką w kształcie stryczka w klapach.
Kara śmierci realizowana ma być bowiem przez powieszenie: izraelska izba lekarska zabroniła swym członkom wykonywania jej za pomocą zastrzyku z trucizną.
Czy ustawa zadziała odstraszająco?
Nie wierzy w to 50 proc. Izraelczyków, choć wyborcy koalicji rządzącej są mniej sceptyczni. Można się jednak obawiać, że tak jak wcześniejsze niestosowanie kary śmierci dawało terrorystom motywację, by porywać cywili i wymienić ich na skazanych, tak teraz będą ich porywać, by wymusić zwolnienie skazanych na śmierć.
Jest wielce prawdopodobne, że ustawa nie powstrzyma terroru. Za to jeszcze bardziej zrujnuje wizerunek Izraela w oczach międzynarodowej opinii publicznej poprzez swój haniebnie dyskryminacyjny charakter. I stryczek w klapach jej zwolenników.
Faszystom Ben Gvira wszystko jedno. Ich antyarabski rasizm sprawia, że szubienice dla terrorystów – rzeczywistych, domniemanych czy zmyślonych dla politycznych celów – uważają nie za zło, choćby i mniejsze, ale za coś pożądanego.
Władza przysłania Netanjahu interes narodowy
Premier Netanjahu zapewne tak nie uważa, ale pragnienie zachowania władzy przesłania mu inne względy, w tym także zupełnie podstawowy interes narodowy. Jak inaczej zrozumieć na przykład fakt, że tnie o 37 procent uchwalony właśnie w środku wojny i tak skromny budżet dla ochrony przed atakami bronią niekonwencjonalną?
Jednak bez takich cięć nie byłoby możliwe przeznaczenie ćwierci miliarda dolarów na ultraortodoksyjne jesziwy, które potępiają pobór wojskowy. Nie dlatego, że krytykują one cele wojen, ale dlatego, że w wojsku mężczyźni służą obok kobiet, co grozi niemoralnością. W efekcie co roku 30 tysięcy religijnych młodych mężczyzn nie idzie do wojska – a szef sztabu alarmuje, iż braki kadrowe mogą sprawić, że armia się załamie.
Jednak partie religijne wycofałyby się z koalicji, jeśli nie dostałyby tych pieniędzy – i Netanjahu znów ma związane ręce. Wziąwszy zaś pod uwagę, że gdyby przestał być premierem, to jego proces o korupcję, oszustwa i nadużycie władzy mógłby się wreszcie zakończyć – i miałby wówczas ręce nie tyle związane, lecz skute kajdankami.
Pętla się zaciska
Ustawa o karze śmierci zostanie zaskarżona jako niekonstytucyjna przed Sądem Najwyższym, ale jeśli nawet Sąd ją odrzuci, to całkiem możliwe, iż rząd z kolei odrzuci orzeczenie Sądu. Ben Gvir już zapowiedział, że jeżeli Sąd Najwyższy nakaże zwolnienie go ze stanowiska za liczne nadużycia władzy – czego domaga się niezależna prokurator generalna – to on się do tego nie zastosuje.
Z kolei p.o. ministra sprawiedliwości (urzędujący szef resortu sam się w tej sprawie wykluczył z powodu konfliktu interesów) zapowiedział, że nie zastosuje się do opinii swojego ministerstwa. I wbrew niej zarekomenduje prezydentowi, by ułaskawił premiera przed zakończeniem jego procesu.
Jest właściwie czymś zrozumiałym, że rząd, który tak chętnie lekceważy i prawo międzynarodowe, i interes narodowy, nie będzie się przejmował jakimś tam sądem. A może zresztą p.o. ministra ma rację?
Jeśli prezydent ułaskawiłby premiera, ten nie musiałby już drżeć o los koalicji, a więc swój własny, i nie musiałby ulegać szantażom partnerów. Mógłby odtąd rządzić sam, nieskrępowany politycznymi zobowiązaniami, o szacunku dla prawa czy elementarnej przyzwoitości już nie wspominając. Stryczek, który faszyści chcieliby założyć na szyje Palestyńczyków , zaciska się tymczasem na szyi izraelskiej demokracji.