Pusty grób

Alina ma swój własny rytuał. Odprowadza syna do przedszkola, kupuje kubek czarnej kawy i idzie wypić ją ze swoim ukochanym. Opowiada mu, jak minął jej dzień i jak dorasta ich syn Jurko. Wasyl uśmiecha się ciepło: ma na sobie mundur Sił Zbrojnych Ukrainy, a za nim rozciąga się błękitne niebo. Takim pozostanie na zawsze na swoim portrecie w Alei Poległych Bohaterów w Korsuniu-Szewczenkowskim, historycznym miasteczku w centralnej Ukrainie, w obwodzie czerkaskim.

To właśnie stąd cztery lata temu Wasyl Otzemko wyruszył walczyć na wschód Ukrainy, broniąc kraju przed rosyjską inwazją. Nigdy nie wrócił. Nawet ciało poległego żołnierza pozostało na okupowanym terytorium.

Przez długi czas portret jej męża przy memoriale w centrum miasta, z datami jego urodzenia i śmierci, był jedynym miejscem, do którego Alina mogła przyjść, by opłakiwać stratę. O jego śmierci dowiedziała się od towarzyszy broni, którzy pokazali jej nagranie z drona.

„Zginął podczas szturmu na pozycje w obwodzie ługańskim latem 2024 roku. Koledzy widzieli to z drona, ale szturm trwał i nie mogli zabrać ciała. Tydzień później teren został utracony i znalazł się pod okupacją. Później nasze drony rozpoznawcze zarejestrowały, że rosyjskie siły w tamtym rejonie paliły ciała swoich poległych, polewając je benzyną. Dlatego wierzę, że spalili również ciała naszych żołnierzy” – mówi Alina, poprawiając znicz przy portrecie Wasyla, mężczyzny z którym przeżyła sześć lat.

Według prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego od początku pełnoskalowej wojny z Rosją zginęło 55 000 ukraińskich żołnierzy. Powiedział to w wywiadzie dla France 2 na początku lutego 2026 roku. W rzeczywistości liczby mogą być wyższe, ponieważ nie wszystkie ciała zostały zwrócone do Ukrainy, a procedury oficjalnego uznania osoby za zmarłą są długie i skomplikowane.

Dla Aliny biurokratyczny proces oficjalnego uznania Wasyla za zmarłego trwał dokładnie rok. Musiała zwrócić się do sądu. Kiedy w końcu otrzymała akt zgonu, zaczęła myśleć o tym, jak uczcić jego pamięć – dla siebie, ich syna i wszystkich, którzy go kochali.

„Wszyscy inni mają miejsce pamięci, a ty nie – bo nie ma ciała i nie ma dokąd pójść. W dni pamięci nie miałam kogo odwiedzić na cmentarzu. Przychodziłam pod bramę, widziałam tłumy ludzi przy grobach ich bliskich i nie byłam w stanie nawet wejść” – wspomina kobieta, która pracuje jako psycholożka.

Alina Otzemko przy tablicy pamiątkowej w centrum Korsunia-Szewczenkowskiego

Gdzie jest tata?

W chwili śmierci Wasyla jego syn Jurko nie miał jeszcze czterech lat. Ukrywanie tragedii przed dzieckiem byłoby nieuczciwe i niewłaściwe. Ale trudno mu było zrozumieć, dlaczego wszyscy zmarli są chowani, podczas gdy jego ojciec nie ma nawet grobu. Od czasu do czasu, przejeżdżając obok miejskiego cmentarza, pytał Alinę: „Gdzie jest tata?”

„Pytał, jakim pojazdem przewozi się zmarłych – czy to karetka – a ja powiedziałam mu, że to karawan. Poprosił mnie więc, żebym kupiła mu zabawkowy karawan. Kupiłabym, ale w naszej kulturze śmierć jest tematem tabu i takich zabawek nie ma. Wziął więc ciężarówkę-zabawkę, włożył do środka figurkę Lego i jeździł nią za kanapą, mówiąc: <<Wiozę tatę na pogrzeb>>. To było przerażające” – mówi Alina. Jako matce trudno jej o tym wspominać. Jako psycholożka pracująca z osobami w żałobie wyjaśnia jednak, że to normalna reakcja psychiki.

„W ten sposób domykamy krąg. Nie było pożegnania, więc mój syn próbował je dopełnić poprzez zabawę. W naszej kulturze pogrzeb i pożegnanie są niezbędne” – dodaje.

Czytając oficjalne uchwały Rady Ministrów Ukrainy dotyczące sposobów upamiętniania poległych, Alina natknęła się na termin „cenotaf”. Z greckiego oznacza on „pusty grób” –  tradycyjny pochówek i pomnik bez ciała. Półtora roku po śmierci męża, tej zimy, udało jej się zorganizować nabożeństwo żałobne w lokalnym kościele i pochówek jednego z pierwszych cenotafów w kraju.

„Nasz miejscowy ksiądz konsultował się nawet z metropolitą i zaproponował odprawienie pełnego obrzędu pogrzebowego, tylko bez zasypywania grobu, bo pod pomnikiem nie ma ciała” – mówi Alina, pokazując miejsce Wasyla na cmentarzu w Korsuniu-Szewczenkowskim. Jego grób otaczają niebiesko-żółte flagi. Na granitowym nagrobku wyryto cytat: „Jak możemy uczyć dzieci historii, skoro tworzy się ona właśnie teraz, a my stoimy z boku?”

Teraz, oprócz portretu w centrum miasta, Alina i jej syn mają miejsce, gdzie mogą wspominać męża i ojca.

„Udało mi się doprowadzić do tego, że liceum w naszej społeczności, w którym Wasyl uczył, zostało nazwane jego imieniem. Moja młodsza siostra, która przeprowadziła się do Polski, ale kończy ukraińską szkołę zdalnie, w tym roku otrzyma świadectwo z jego imieniem i zabierze je na studia. W ten sposób jego pamięć żyje z nami” – przekonuje Alina, która pomaga teraz innym ukraińskim kobietom przejść przez procedurę uzyskania zgody na postawienie cenotafu.

Ziemia

Bliscy 52-letniej Switłany są pochowani na cmentarzu w Sełydowem, małym górniczym mieście na wschodzie Ukrainy, które rok temu zostało zajęte. Kobieta ewakuowała chorą matkę i męża do obwodu kijowskiego. Ale zmarłych nie można zabrać ze sobą.

„Utrzymuję kontakt z sąsiadami, którzy zostali w mieście. Opowiadali mi, jak rosyjskie wojska rozbijały czołgami nagrobki naszych poległych żołnierzy. Jacy ludzie walczą z umarłymi? Tych grobów nie da się już odtworzyć” – mówi Switłana, która nie ma nadziei odnaleźć grobów swoich bliskich nawet po zwycięstwie.

W jej przypadku przeniesienie grobów czy postawienie symbolicznych pomników jest niemożliwe. Dlatego wspomina bliskich siedząc przy rodzinnym stole i opowiadając historie z ich życia.

Ojciec Dionizy, kapłan Prawosławnego Kościoła Ukrainy i kapelan wojskowy służący w przyfrontowym Słowiańsku w obwodzie donieckim często spotyka się z historiami takimi jak ta Switłany. Z powodu bliskości linii frontu nabożeństwa żałobne i uroczyste liturgie są obecnie zakazane w Kramatorsku i Słowiańsku. Nawet duchowni muszą dostosować się do nowej wojennej rzeczywistości.

„Mój kościół został zniszczony. Większość moich parafian została uchodźcami. Rozumiem, że ja również straciłem dom. Linia frontu się zbliża. Oficjalne stanowisko władz jest jasne: żadnych nabożeństw ani wydarzeń” – mówi duchowny, który w 2014 roku, na początku wojny we wschodniej Ukrainie, trafił do niewoli.

Tym, którzy pytają, jak uczcić zmarłych bez dostępu do grobów czy świątyń, radzi po prostu pamiętać o nich i zapalać świece.

„Prochem jesteś i w proch się obrócisz” – cytuje Pismo Święte, idąc wzdłuż alei pamięci w Słowiańsku. „Nasze ciało jest szatą duszy. Tak, w naszej tradycji żegnamy ciało. Ale aby pamiętać człowieka, nie musimy być przywiązani do miejsca. Mamy tradycję zapalania świec ku pamięci ofiar Hołodomoru. Teraz jest tak samo: zapal świecę i wspomnij wszystkich, którzy zginęli.”

Alina Otzemko

Doule śmierci

W pewnym momencie trzydziestoletnia Ania zrozumiała, że nie chce już żyć. To uczucie narastało z każdym dniem. Fotografka z Kijowa nie potrafiła poradzić sobie ze stratą dziecka i stresem związanym z ciągłymi rosyjskimi atakami na stolicę. W końcu zwróciła się o pomoc do nietypowej specjalistki – douli śmierci. I to pomogło jej odnaleźć drogę powrotną do życia.

Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę liczba śmierci stała się przytłaczająca. Dało to początek nowemu zawodowi: doulom śmierci, które pomagają ludziom radzić sobie z żałobą lub godnie zmierzyć się z końcem życia.

„Wojna odebrała ludziom poczucie bezpieczeństwa i stabilności. Moje pierwsze dziecko zmarło, a ja opiekowałam się drugim. Gdy byłam na granicy załamania, przyjaciele polecili mi Darię. Dzięki niej mogłam przeżyć swoją żałobę bez poczucia wstydu” – wyjaśnia Ania.

Daria Bondar jest jedną z nielicznych certyfikowanych doul śmierci w Ukrainie, specjalizujących się we wsparciu osób u kresu życia. Szkoliła się w Stanach Zjednoczonych i dziś towarzyszy ludziom w ich najtrudniejszych chwilach. 34-latka podkreśla, że doula nie jest ani lekarzem, ani psychologiem.

W chwilach niewyobrażalnego bólu doula wspiera tych, którzy stracili bliskich. „Doula to ktoś, kto pomaga zachować indywidualność osoby umierającej pod koniec życia. Jej rolą jest emocjonalna obecność przy osobie umierającej lub jej bliskich w momentach intensywnego cierpienia” – mówi Daria. Ponieważ zawód ten nie jest oficjalnie uznany w Ukrainie, jest zarejestrowana jako niezależna konsultantka.

Doule mogą spotykać się z klientami osobiście lub online, towarzyszyć rodzinom podczas pogrzebów, wspierać osoby w żałobie do sześciu tygodni po stracie lub pomagać radzić sobie z lękiem przed śmiercią podczas nalotów.

Mogą również przeprowadzać symboliczne rytuały, gdy fizyczny pochówek jest niemożliwy. „Jeśli mąż zaginął bez wieści lub zginął na froncie, a jego ciało nie zostało zwrócone rodzinie, rozważamy alternatywy. Żona może pisać listy do zmarłego i palić je jako sposób na pożegnanie. Możemy też odwiedzić miejsca, które dana osoba kochała, zapalić tam świecę i poczuć więź” – mówi doula.

Imiona

W Ukrainie działa kilkadziesiąt doul śmierci. Zarabiają mniej więcej tyle co psychologowie, czyli około 50-100 euro za godzinę. Zawód ten przywędrował do Ukrainy ze Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, gdzie doule w hospicjach pomagają ludziom umierać z godnością. Ukraińskie doule wspierają także tych, którzy chcą zaplanować własną śmierć: kremację lub pochówek, muzykę na pogrzebie, krzyż czy nagrobek. Te praktyki stają się częścią nowej etyki śmierci w kraju, w którym śmierć czai się na każdym kroku.

Według Misji Monitorującej ONZ ds. Praw Człowieka, do lutego 2026 roku w wyniku pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę zginęło ponad 15 000 cywilów. Niestety, te liczby nie są ostateczne – wojna trwa, a każdy dzień przynosi nowe ofiary dopisywane do statystyk.

Alina Otzemko, wdowa po poległym żołnierzu z Korsunia-Szewczenkowskiego, jest przekonana, że godne upamiętnienie to coś, co zamienia statystyki w pamięć.

„Wie pani, istnieje znane powiedzenie, że polis – starożytne greckie miasto – to nie jego mury, lecz ludzie. I wierzę, że pamięć to imiona. Bo wolność, kraj i historia nie znaczą nic bez imion tych, którzy za nie zginęli” – mówi, poprawiając niebiesko-żółtą flagę przy grobie męża.