
Wśród wielu cech, jakimi odznaczają się wszelkiej maści himalaiści, alpiniści i inni entuzjaści wysokogórskich wspinaczek, z pewnością jedną z dominujących jest upór. Kiedy wszystko inne zawodzi, nie pozostaje nic innego niż niegasnąca determinacja. Po lekturze posłowia Marcina Bałczewskiego do komiksu „Wanda” (jego pomysłu i scenariusza) można odnieść wrażenie, że dla niego komiks ten był swego rodzaju szczytem, który postanowił zdobyć, czego ostatecznie dokonał mimo wszelkich przeciwności losu (o których na koniec). Jednak pozostaje pytanie, które zresztą wielu stawia także w kontekście samych gór: czy było warto?
Ludzie gór
Od razu zaznaczę, że nigdy nie fascynowały mnie historie ludzi gór, choć rozumiem i podzielam zachwyt nad górskim krajobrazem. W kontekście ekstremalnych wypraw o wiele bardziej pociągają mnie dyskusje wokół cen – tych, które płacą bliscy miłośników wspinaczek; tych, na które musi być gotowy każdy, kto pragnie zostać zdobywcą szczytów i które przypominają, że pod płaszczem inspirujących historii znajdziemy niezwykle skomercjalizowaną branżę; czy w końcu tych, które płacą konkretne kraje i ich mieszkańcy, a wśród nich zwłaszcza Szerpowie. Rozumiem natomiast powab, jaki niesie ze sobą dla każdego opowiadacza historii pewien typ osobowości, do którego zaliczyć można także Wandę. Wyróżniająca się na tle innych, podziwiana, przekraczająca granice, ale i wzbudzająca szereg negatywnych emocji. W tle rodzinne i osobiste tragedie, z tą ostatnią, wyprawą na Kanczendzongę, na czele. Wanda Rutkiewicz zaginęła w maju 1992 roku, a jej ciała nigdy nie odnaleziono. Są tacy, którzy ponoć widzieli ją w tybetańskim klasztorze, co jest w zasadzie gotowym scenariuszem na film albo komiks, co zresztą postanowił wykorzystać Marcin Bałczewski.

Ostatnia wyprawa
Zacznę nietypowo, od zamykającego komiks posłowia – z dwóch powodów. Po pierwsze, bo wiele wyjaśnia. A po drugie, bo nadaje temu komiksowi niezwykle ciekawy kontekst, który – niestety – uznaję za jeden z tylko dwóch jego atutów. Niestety – ponieważ wolałabym, aby zaletą komiksu był on sam, a nie towarzyszący mu dodatek.
„Wanda” jest opowieścią o ostatniej wyprawie Wandy Rutkiewicz, wspomnianej wspinaczce na Kanczendzongę, z której nigdy nie wróciła do domu. Jak wyjaśnia sam Bałczewski, pragnął ustawić tę historię w kilku kontekstach, które sprowadzić można chyba do jednego słowa – niejednoznaczność. Z jednej strony, scenarzyście zależało na niejednoznaczności postaci (unikając tym samym pisania laurki), z drugiej – na niejednoznaczności wydarzenia, jakim była ta wyprawa (czy Rutkiewicz zginęła czy tylko zaginęła, dlaczego podjęła decyzję o nocowaniu, mimo braku odpowiedniego sprzętu etc.), a z trzeciej w końcu – na niejednoznaczności opowieści i charakteru miejsca, jakim są góry, które są dla tej opowieści nie tylko scenerią, ale momentami funkcjonują jako jej pełnoprawny bohater.
Pokazuje to, jak najbliższa prawdzie relacja ustępuje miejsca metafizycznej narracji o sile, która popycha człowieka do sytuacji granicznych i nie zawsze jasnych motywacji. Problem jest jednak taki, że ta założona niejednoznaczność rozbija się o sporą przeszkodę, jaką jest nieporadność – przede wszystkim pierwszego rysownika Jakuba Rottego, ale i samego scenariusza Bałczewskiego.
Dwójka rysowników
Najwyraźniej ten problem widać na poziomie rysunku, a widać go tym bardziej, że w toku prac Jakub Rotte zrezygnował z projektu z przyczyn osobistych i zastąpiła go Zvyrke, autorka znana chyba najlepiej z komiksu „Rzeźzin” (cykl trzech antologii oraz kilku dodatkowych tytułów utrzymanych w klimatach body horroru, stworzonych przy współudziale i pod redakcją Zvyrke i Tomxyz). Możemy więc porównać zarówno warsztat, jak i twórczą interpretację scenariusza w wykonaniu tych dwojga i Rotte wypada tu zdecydowanie gorzej.
Na pierwszy plan wysuwają się przede wszystkim spore braki warsztatowe. Paleta ujęć jest mocno ograniczona. Rotte tworzy bardzo statyczne kadry, często powtarzalne, a próby uchwycenia dynamiki pozostawiają wiele do życzenia. Także na poziomie mimiki zderzamy się z dosłownością, brak w twarzy Wandy jakiejkolwiek subtelności. Rotte nie potrafi także wykorzystać do budowania opowieści i nastroju górskiej scenerii. Kadry, na których rysuje górską przestrzeń, czasem samą, a czasem umieszczając w nim Rutkiewicz, są przeładowane.
Kontur tworzy gruba kreska, Rotte często sięga po czernie i szarości, unikając bieli, ale i przestrzeni negatywnej. Chyba właśnie na tym poziomie najdobitniej uwidacznia się różnica między jego pracą a pracą Zvyrke. Pierwszy kadr w jej wykonaniu – Wanda wraz z drugim członkiem wyprawy (meksykańskim himalaistą Carlosem Carsolią) są w jaskini, odpoczywają. Zvyrke ukazuje tę scenę najpierw z pewnego dystansu, pokazując jaskinię i jej mrok oraz czerń nocnego nieba w zestawieniu z bielą leżącego przed jaskinią śniegu, który zajmuje połowę całostronicowego rysunku.
W pracach Zvyrke jest zdecydowanie więcej oddechu i przestrzeni, a artystka śmielej i w ciekawszy sposób wykorzystuje zimowy krajobraz, czego najlepszym przykładem – najbardziej emblematycznym, ale i najbardziej kreatywnym – jest rozkładówka, na której kroczącą figurę Wandy „pożera” śnieg. Himalaistka idzie przed siebie ze spuszczoną głową, a jej postać zanika częściowo przykryta bielą, która dominuje na tych stronach. Jednocześnie Zvyrke bawi się odległością, stwarzając iluzję, jakby obraz z prawej strony został w całości zasłonięty przez sypiący tuż przed naszymi oczyma śnieg. Wanda znika więc w zamieci, pochłonięta przez góry. Takich mniej oczywistych zabiegów jest zresztą więcej, jak wtedy, gdy Wanda ostatecznie oddala się od towarzyszącego jej mężczyzny, a jej znikającą w oddali sylwetkę obserwujemy w formie odbicia w jego goglach.

Niejednoznaczność i tajemnica
Zvyrke lepiej radzi sobie także w tych miejscach, w których opowieść przewiduje wplatanie scen z przeszłości, które nadają konkretnym momentom odpowiedniego kontekstu albo dostarczają nam wyjaśnień i informacji o samej Wandzie. Nie wiem, jak wyglądał scenariusz i ile swobody w jego interpretacji mieli rysownicy, ale te powroty do przeszłości w wykonaniu Zvyrke są o wiele krótsze i subtelniejsze, głównie dlatego, że rysowniczka poświęca im mniej miejsca – tam, gdzie ona decyduje się dodać kadr, Rotte rozciąga reminiscencje do całej strony, co wytrąca nas z głównej historii, zaburza jej rytm i często sprawia wrażenie niepotrzebnego. Zmiana ta jest tym istotniejsza, że Zvyrke rysuje zakończenie historii, czyli moment, w którym kulminacja miesza się z tajemnicą. Na tej nieplanowanej (o czym za chwilę) zmianie komiks wyraźnie zyskuje, choć Zvyrke odpowiada jedynie za jedną trzecią ostatnich plansz.
Nieporadność na poziomie scenariusza widoczna jest w kilku miejscach. Bałczewski pragnął ukazać niejednoznaczność swojej bohaterki, mam jednak wrażenie, że ostatecznie pokazał nam ją w bardzo niewielkim stopniu. Jego Wanda jest przede wszystkim sumą przedstawionych na początku komiksu w telegraficznym skrócie faktów z jej życia (w bardzo statycznym fragmencie wywiadu, który sam w sobie jest poprowadzony w nieszczególnie interesujący sposób, stanowiąc raczej aż nazbyt oczywistą formę ekspozycji). Zdecydowanie brak jej głębi, być może także z powodu dość niewielkiej objętości samego komiksu –sześćdziesiąt stron samej historii, nie licząc dodatków takich jak posłowie, szkice czy niewykorzystane plansze – a być może także dlatego, że Rotte nie potrafił dowartościować tej narracji, tak jak udało się to Zvyrke.
Niewiele jest tu zapowiadanej metafizyki, a więcej ewidentnych prób odhaczania kolejnych punktów programu, które teoretycznie miały skutkować stworzeniem wielowymiarowego wizerunku Wandy. Przykładem jest chociażby interakcja bohaterki z resztą zespołu na początku komiksu, która wypada bardzo przewidywalnie, ale i nienaturalnie. Co więcej, Bałczewski zdaje się sam sobie przeczyć, kończąc komiks w bardzo jednoznaczny sposób i opowiadając się po stronie konkretnej teorii, zamykając drogę tajemnicy, spekulacjom i niedopowiedzeniom.

Przeciwności
Bałczewski w posłowiu opowiada historię powstawania tego komiksu – od pomysłu, który narodził się w 2021 roku, aż po samo wydanie. Droga była wyboista – Rotte wycofał się z projektu, w międzyczasie ukazał się inny komiks o Wandzie Rutkiewicz, który, w opinii Bałczewskiego, na szczęście okazał się czymś zupełnie innym niż jego własny projekt. Ostatecznie rysować skończyła Zvyrke i tak na początku 2026 roku, pięć lat później, komiks ujrzał światło dzienne. Jest w tym pokonywaniu kolejnych przeciwności losu i twórczej determinacji pewna analogia do wyczynów himalaistów, pojawia się jednak pytanie o czytelniczą satysfakcję. I niestety, w ostatecznym rozrachunku „Wanda” jest przykładem na to, że nie każdy szczyt jest wart poświęcenia.
Książka:
„Wanda”, scenariusz Marcin Bałczewski, rysunki Jakub Rotte, Zvyrke, wyd. Timof Comics 2026.