Szanowni Państwo!
Kiedy za granicą mówi się o tym, że przemiany demokratyczne w Europie po 1989 roku zaczęły się od zburzenia muru berlińskiego, Polacy mają prawo głośno protestować.
Bo żelazna kurtyna zaczęła pękać w Polsce. To tu 4 czerwca 1989 roku odbyły się pierwsze niezależne wybory w bloku wschodnim. Mur w Berlinie stał jeszcze przez ponad rok – jego oficjalny demontaż zaczął się 13 czerwca 1990 roku. Owszem, w NRD już od jesieni 1989 roku trwały protesty, ale to Polska była prekursorką demokratycznych przemian w Europie Środkowo-Wschodniej.
Kto jednak o tym pamięta, oprócz oficjeli składających kwiaty pod Pomnikiem Poległych Stoczniowców, czy bramą stoczni w Gdańsku?
Czyli podczas kolejnych obchodów Sierpnia 1980, w którym narodziła się „Solidarność”, czy właśnie wyborów 4 czerwca.
Tym bardziej, że znaczenie Polski w demontażu radzieckiej strefy wpływów wciąż podważa spora część polskiej prawicy. Dla niej 4 czerwca to dzień zdrady.
Nawet jeśli jednak duża część z nas jest bardzo dumna z polskiego wkładu w demokrację w Europie, to i tak wszyscy myślą, że blok wschodni rozebrali Niemcy.
Niedoceniany prymus
Tak samo, jak wielu myśli, że Fryderyk Chopin i Maria Skłodowska-Curie byli Francuzami. Przeźroczystość Polski to nie tylko historia pomijanych osiągnięć, ale i krzywd. W powszechnej świadomości niemieckiej ofiarami nazizmu oprócz ofiar Zagłady byli Rosjanie, a nie Polacy.
Duży kraj w Europie Środkowo-Wschodniej, lider w przemianach ustrojowych i gospodarczych, licząca się siła na wschodniej granicy Unii Europejskiej. Prymus. Także jeśli chodzi o populistyczne spustoszenie, bo to, co przeżywa Ameryka na etapie Trump 2.0, my już znamy doskonale z dwóch kadencji PiS-u, nic nas nie dziwi.
Czy jednak nasze nowatorstwo na pewno jest powszechnie znane w Europie, czy raczej głównie w Polsce?
A może w Polsce też tak o sobie nie myślimy?
Dumne marudy
Narzekanie jako ulubiona forma spędzania czasu Polaków jest anegdotyczne. Politycy, licząc na wieczne niezadowolenie swoich rodaków, mimo modernizacyjnego skoku lansują wśród wyborców hasła takie jak „Polska w ruinie”. Oczywiście tamto hasło PiS-u przed wyborami w 2015 roku było adresowane do tych, którzy nie jeździli nowymi autostradami i dlatego chwyciło.
Czy jednak jest tak, że Polacy są z siebie naprawdę niezadowoleni?
Instytut Narutowicza opublikował niedawno raport z badań na temat polskiego nowego patriotyzmu („Poza honor i ofiarę: nowe ścieżki patriotyzmu w Polsce”). Główne wnioski przeczą stereotypom. Polacy odczuwają satysfakcję i dumę z polskości, chętnie czynią ją elementem swojej tożsamości. Myślą o sobie jako o osobach: zaradnych (79 procent), pewnych siebie (66 procent), stanowczych („potrafiących się postawić”) (66 procent), będących raczej realistami (59 procent) niż marzycielami (29 procent).
Dumni patrioci
Negatywny autostereotyp Polaków w ostatnich trzydziestu latach został zastąpiony zadowoleniem. „Jest to autoportret społeczeństwa, które odniosło sukces nie militarny, ale cywilizacyjny – społeczeństwa bez kompleksów. Blisko połowa z nas uważa, że Polska jest najlepszym miejscem do życia na świecie!” – pisze we wprowadzeniu do raportu dyrektor instytutu Adam Leszczyński.
Za tym idzie nowy model patriotyzmu – mniej przywiązany do symboli, a bardziej do dumy z osiągnięć ostatniego trzydziestolecia.
To zadowolenie z rozwoju kraju widać też w innych badaniach, a także w powrotach z emigracji do kraju. Polscy turyści na zachodzie doceniają nasze czyste ulice, nowoczesną infrastrukturę, sprawną komunikację, dostępność transakcji bezgotówkowych i możliwości załatwienia spraw przez internet.
Kolejne pytanie więc brzmi – czy inni też to widzą?
W czym jesteśmy najgorsi?
W nowym numerze „Kultury Liberalnej” intelektualnej odpowiedzi na to pytanie szuka Karolina Wigura z naszej redakcji w rozmowie z Normanem Daviesem, brytyjskim historykiem specjalizującym się w dziejach Polski.
Czy Polacy zawsze muszą być w czymś najlepsi – w opozycji wobec komunizmu, w transformacji ustrojowej i gospodarczej, a teraz w budowaniu narodowego populizmu? – pyta Wigura. A Davies odpowiada: „Chcę powiedzieć o sferze, w której Polacy są najgorsi. A są najgorsi w informowaniu świata o swoich sukcesach, swojej historii, o swoich klęskach. O swoim istnieniu. Bo choć sam spędziłem dużą część życia pisząc o historii Polski, to widzę, jak duża jest wciąż skala ignorancji na jej temat. Jak mało ludzi na świecie w ogóle słyszało o Polsce. Jak wciąż aktualne są stereotypy”.
Problem, który przewija się przez tę rozmowę, jest jednak problemem Polaków, a nie jakiejś domniemanej niechęci do nas za granicą. Nie umiemy zawalczyć o to, żeby na zagranicznych uniwersytetach uczono o Polskiej kulturze, historii, ekonomii. Jak mówi Davies, w Wielkiej Brytanii można co najwyżej nauczyć się języka. A język nie opowie nam o fenomenie buntu widocznego w kolejnych powstaniach narodowych, o odporności społecznej na upadek, jak to diagnozuje Wigura. Ani o tym, dlaczego to właśnie u nas upadł „mur”, a nie w Berlinie. Ani o tym, że tak właśnie było.
Rozmowa Karoliny Wigury z Normanem Daviesem jest zapowiedzią spotkania z historykiem, które odbędzie się podczas otwarcia wiosennej edycji Europejskiego Forum Idei (EFNI), 14 kwietnia w Warszawie.
Pełna wersja rozmowy dostępna będzie wkrótce w formie podkastu na kanałach „Kultury Liberalnej”.
Zapraszam Państwa do czytania tej ciekawej rozmowy i innych tekstów w numerze.
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin,
zastępczyni redaktora naczelnego „Kultury Liberalnej”