„To poważniejszy kryzys niż te z 1973, 1979 i 2022 roku razem wzięte” powiedział o konsekwencjach blokady cieśniny Ormuz Fatih Birol, szef Międzynarodowej Agencji Energii. Gdy w 1973 roku Izrael obronił się przed egipsko-syryjskim atakiem, państwa arabskie w odpowiedzi obłożył świat zachodni embargiem naftowym w nadziei, że dotknięte nim kraje zmuszą Izrael do kapitulacji wobec arabskich żądań. W 1979 roku kolejny kryzys wywołała rewolucja islamska w Iranie: produkcja spadła, a powstała panika nakręciła popyt. Wreszcie pandemia 2020 roku zakłóciła wszystko, z dostawami ropy włącznie, a następnie wojna w Ukrainie spowodowała gwałtowny wzrost jej ceny. Jednak nawet wówczas uświadomiliśmy sobie w pełni, jak kruchy jest system międzynarodowych dostaw. I jak łatwo go zakłócić.
Koniec swobodnego przepływu
Ponad 80 procent światowego handlu przewożone jest drogą morską: koszty są kilkunastokrotnie mniejsze niż w transporcie lotniczym, i kilkakrotnie mniejsze, niż w drogowym i kolejowym – z wyjątkiem krótkich dystansów.
Co więcej, swoboda żeglugi jest teoretycznie nieograniczona: 71 procent powierzchni Ziemi to woda. Kłopot w tym, że w praktyce swobodę tę ogranicza geografia. 30 procent handlu światowego przechodzi przez cieśninę Malaka, a 10 procent przez Bab el-Mandeb nie dlatego, że nie ma innej drogi, lecz dlatego, że trasy alternatywne są nieporównanie dłuższe, co drastycznie wpływa na konkurencyjność cenową żeglugi.
Zaś 20 procent całego przewozu ropy i ciekłego gazu przechodzi właśnie przez cieśninę Ormuz, bowiem większość bliskowschodnich pól naftowych leży po zachodniej stronie Zatoki Perskiej, której Ormuz jest jedynym połączeniem z otwartym morzem.
Wody cieśniny oddzielają wybrzeża Iranu i Omanu ale – jako że na zachód od niej są inne kraje nadmorskie – prawo międzynarodowe gwarantuje, jak w Malace czy Bab el-Mandeb, swobodę żeglugi przez nią. Mimo to, zaatakowany przez Stany Zjednoczone i Izrael Iran zamknął dziesięć dni temu tę cieśninę, uzależniając przepływ od swej zgody. Spowodowało to wzrost cen paliw o połowę, znaczne spadki na giełdach i groźbę światowego kryzysu.
Paradoksalnie, USA i Izrael najmniej polegają na tranzycie przez Ormuz: Amerykanie wydobywają własną ropę i – podobnie jak Izrael – gaz, zaś ropę importuje Izrael głownie z Azerbejdżanu, Brazylii i Kazachstanu, nie z rejonu Zatoki. Ale skutki światowego kryzysu dotknęłyby boleśnie także i te dwa atakujące Iran kraje, stąd wściekłe ultimatum prezydenta Donalda Trumpa, by Iran otworzył Ormuz, albo USA zniszczą mosty i elektrownie Iranu, oraz sprawią, że „zginie cała [perska] cywilizacja”.
Trump zapowiada zbrodnie wojenne
Takie naloty stanowiłyby zbrodnię wojenną, zaś wcześniej Trump mówił, że Ormuz go nie obchodzi, i niech cieśninę otwierają ci, dla których jest ona ważna. Zmiana stanowiska dowodzi tak obojętności prezydenta na prawo międzynarodowe, jak i jego równie niezmiennej ignorancji. Do zamknięcia cieśniny nie jest konieczne, by Iran zatapiał każdy statek pragnący przez nią przepłynąć, lecz by mógł to od czasu do czasu uczynić: to wystarczy, by wystraszyć firmy ubezpieczeniowe i armatorów.
Tak było, gdy jemeńscy Huti ostrzeliwali Bab el-Mandeb, wymuszając przekierowanie żeglugi przez Przylądek Dobrej Nadziei. Spowodowało to znaczny wzrost cen frachtu, a przy okazji dramatycznie ograniczyło dochody Egiptu z Kanału Sueskiego – jeden z fundamentów budżetu kraju. Irańczycy atakują żeglugę w cieśninie, sporadycznie lecz skutecznie już dziś, i żadna intensyfikacja nalotów tego nie zatrzyma. Konieczna byłaby polityczna decyzja o zakończeniu wojny – lecz Teheran zasadnie kalkuluje, że jest lepiej w stanie znosić straty wojenne, niż światowe mocarstwa – gospodarcze.
Wojna w Iranie stała się wojną o Ormuz
Dlatego też Iran odrzucił postulat natychmiastowego otwarcia cieśniny, który w pakistańskiej propozycji porozumienia pokojowego był warunkiem zawieszenia broni. Ajatollahowie gotowi są ponownie ją otworzyć jedynie po zawarciu pokoju, i to na ich warunkach. Żądają, obok gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA i Izraela oraz wypłaty reparacji, także uznania, z ewentualnymi ograniczeniami, irańskiej suwerenności nad cieśniną.
Iran chciałby dla Ormuz statusu takiego jakie mają tureckie Dardanele, a nie takiego, jaki ma leżąca między Malezją a Indonezją Malaka. Różnica oczywiście polega na tym, że oba wybrzeża Dardaneli należą do Turcji – ale Teheran skłonny byłby zapewne uznać prawa Omanu, do którego należy południowe wybrzeże Ormuzu.
Ewentualne irańsko-omańskie porozumienie w tej sprawie niezbyt by ajatollahów ograniczało, ze względu na ogromną dysproporcję sił obu państw. Co ważniejsze, nie uwzględniałoby ono interesów państw leżących w głębi Zatoki Perskiej, podobnie jak malezyjsko-indonezyjskie traktaty o Cieśninie Malaka nie uwzględniają interesów państw leżących poza jej wodami.
Tyle, że Malaka łączy otwarte morza, a więc żadne państwo nie może twierdzić, że ma w żegludze przezeń szczególny interes. Zaś dla państw Zatoki Ormuz, podobnie jak dla państw czarnomorskich Dardanele, cieśnina ta to jedyne wyjście na szerokie morza. Dlatego też konwencja z Montreux ogranicza turecką suwerenność nad Dardanelami i Bosforem, a z kolei prawa państw bałtyckich gwarantuje konwencja kopenhaska, która czyni z cieśnin duńskich wody międzynarodowe bez ograniczeń. Państwa Zatoki będą się więc domagały w ewentualnym porozumieniu amerykańsko-irańskim gwarancji bezpieczeństwa dla siebie.
Dryf bez zaufania
Byłoby tak nawet gdyby Teheran ich nie zaatakował w tej wojnie, ale atak ten zniszczył wszelkie zaufanie do irańskiego sąsiada. Sprawia to, że wszelkie negocjacje będą, jak zawsze w przypadku rozmów wielostronnych, długie i zawiłe. A w międzyczasie Ormuz – kluczowe irańskie narzędzie nacisku – pozostanie zamknięty, potęgując światowy kryzys.
Kryzys ten będzie zresztą kształtował politykę światową nawet jeśli porozumienie zostanie zawarte, bo państwa będą musiały być gotowe na groźbę wznowienia konfliktu.
Krótkoterminowym rozwiązaniem mogłaby być rozbudowa rurociągów naftowych i gazowych w stronę bezpieczniejszych wód. Ale sama hutyjską groźba dla Bab el-Mandeb byłaby wystarczającym powodem, by zrezygnować z prób rozbudowy w tym kierunku. Tymczasem Iran zapowiedział, że może zamknąć też i tę cieśninę, używając swych rakiet dalekiego zasięgu.
Możliwe jest też zbudowanie rurociągów do śródziemnomorskich portów Syrii, Libanu i Izraela, ale i tu ryzyko wojen pozostaje duże. Z kolei, kontynuacja ropociągów po dnie morskim byłaby i kosztowna, i politycznie ryzykowna, ze względu na zadawniony konflikt turecko-grecki o wody terytorialne.
Co więcej, dla krajów azjatyckich odbiór ropy ze wschodniego wybrzeża śródziemnomorskiego byłby kosztownym rozwiązaniem, nie licząc nawet ryzyka zablokowania Bab el-Mandeb czy wręcz Gibraltaru. To ostatnie byłoby militarnie wykonalne, a politycznie zależy od sytuacji w coraz bardziej niestabilnej Algierii.
Iran powojennym mocarstwem?
Mimo że scenariusz taki jest nadal skrajnie mało prawdopodobny, a jego konsekwencje byłyby katastrofalne nie tylko dla rynku paliw, należy uznać, że nawet po zakończeniu wojny z Iranem, powrót do bezpiecznego i nieograniczonego dostępu do bliskowschodnich źródeł energii nie będzie w pełni możliwy.
Tak, jak druga wojna iracka uczyniła z Iranu regionalne mocarstwo, usuwając jego głównego wroga, tak obecna wojna czyni z Iranu mocarstwo światowe – bo kontrolujące przepływ 20 procent światowej ropy.
Oznaczać to będzie nasilenie zwrotu w kierunku odnawialnych źródeł energii. Oczywiste ekologiczne z tego korzyści ograniczały by się jednak, ze względu na koszty, do krajów najbogatszych, zaś pozostałe, zwłaszcza w Azji – acz nie Chiny – powróciłyby raczej do węgla, niwecząc środowiskowe korzyści. To z kolei zwiększyłoby presję na powrót do węgla także w takich krajach, jak Polska. Zarazem jednak Ormuz nie pozostawałby wszak zamknięty dla żeglugi irańskiej oraz krajów, gotowych płacić haracz Teheranowi.
Mimo gospodarczego kryzysu polityczne koszty kupowania objętej sankcjami irańskiej ropy pozostałyby jednak wysokie. Nie przejmowałby się tym nadal zapewne jednak Pekin, który mógłby wchłonąć cały obecny tranzyt paliw przez Ormuz, co pokryłoby dwie trzecie jego bieżącego zapotrzebowania. Chiny stać byłoby na to, ze względu na zyski wynikające z kluczowej pozycji Pekinu w produkcji paneli solarnych, niezbędnych dla rozwoju OZE. Pozostałą jedną trzecią mogłaby pokryć Rosja, przy okazji także się bogacąc na wzroście cen ropy. Z tej wojny nie tylko Iran, ale także Chiny i Rosja mogą wyjść w dłuższej perspektywie wzmocnione, nie tylko dlatego, że USA, ich główny wróg, stracą na niej i militarne zasoby, i polityczny kredyt zaufania.
Ciasnota wyobraźni
Nie chodzi zresztą tylko o Ormuz i okolicę. Z Malaki wypływa się na Morze Południowochińskie, gdzie spory terytorialne dzielą wszystkie przybrzeżne państwa, w tym zwłaszcza Chiny, Wietnam i Filipiny, a rozstrzyga się je za pomocą marynarki wojennej.
Dalej, przez Cieśninę Tajwańską, między Chinami a wyspą, którą pragną znów przyłączyć, przechodzi 40 procent światowego frachtu kontenerowego. 40 procent amerykańskiego przechodzi zaś przez Kanał Panamski, który z kolei pragnie znów przyłączyć Trump.
Wszystkie te spory niosą ze sobą ciężki bagaż historyczny, co utrudnia negocjacje. Z geografią jednak nie można negocjować w ogóle – i dlatego wymaga jeszcze większej, niż historia, wyobraźni. Wszystkie konsekwencje amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran łatwo można było przewidzieć przed jego rozpoczęciem, dysponując nawet jedynie szkolnymi mapami; na drodze stanęła chyba ciasnota wyobraźni.
Cieśnin nie poszerzymy. Wyobraźnię można.