Kiedy Marcin Przydacz, minister w kancelarii prezydenta Karola Nawrockiego, powiedział w Polsat News, że powinniśmy być solidarni z Ameryką i pomóc jej w odblokowaniu cieśniny Ormuz, premier Donald Tusk zapytał na X, czy chce nas wplątać w wojnę.

To samo sugerowali inni politycy Koalicji Obywatelskiej, aż Przydacz zagroził pozwem jednemu z nich, Michałowi Szczerbie. Potem w TV Republika tłumaczył, że prezydent nie zamierza wysyłać wojska na jakąkolwiek wojnę. I, że w wypowiedzi o solidarności chodziło mu o dyplomatyczne choćby zaangażowanie w odblokowanie cieśniny Ormuz, w ramach solidarność z sojusznikiem.

Bo jak nie, to sojusznik może potem odmówić pomocy, kiedy to my będziemy jej potrzebować w obliczu zagrożenia ze strony Rosji.

To ważne słowa.

Pokazują, że nawet politycy prawicy, którzy publicznie deklarują niezachwianą wiarę w sojusz z Ameryką, przyznają, że jest on niepewny. Zależy bowiem od tego, czy zdaniem Trumpa jego sojusznicy dostatecznie się starają.

Nie zostało to jednak w zauważalny sposób omówione przez ważnych polityków strony, która oprócz sojuszu z Ameryką, gwarancji bezpieczeństwa szuka również we współpracy z Unią Europejską.

Wiara w Trumpa jest szkodliwa

Kiedy prezydent USA Donald Trump zapowiedział w swoim wpisie na Truth Social koniec cywilizacji, wszyscy zamarli. To rzeczywiście nie był dobry czas na ciosy w polityce krajowej, czyli na gorące wytykanie – a nie mówiłem, on jest niepoważny.

Jednak teraz, kiedy wiadomo, że Trump nie zapowiadał w ten sposób masowego ataku, tylko reagował na plany zawieszenia broni, czas rozważyć, co mogła i wciąż może lepiej zrobić strona liberalno-demokratyczna, żeby uwiarygodnić swój proeuropejski kurs. Zarówno w odniesieniu do polityki wobec USA, jak i naszej krajowej prawicy.

Słabe karty Trumpa  i polskiej prawicy

Ani Trump, ani grająca wyłącznie na niego, odwrócona od Unii Europejskiej prawica dojmująco wręcz nie mają kart.

Trump traci już poparcie nawet w szeregach MAGA. Nie radykalnie, oczywiście, ale zauważalnie. Szydzą z niego i krytykują go amerykańscy medialni influencerzy, którzy promowali go w kampanii wyborczej.

Wojna z Iranem obnażyła niedostateczną wydolność przemysłu zbrojeniowego USA, brak strategii działania dowódców, nieobliczalność samego prezydenta. To z kolei czerwona lampka, kolejna już, dla sojuszników. Co, jeśli z powodu aroganckiej i samowolnej polityki USA amerykańskie koncerny zbrojeniowe nie dostarczyłyby Polsce  zamówionej broni i sprzętu?

To jedno z ważnych pytań, które powinno być teraz wałkowane.

Niedługo po zawetowaniu przez prezydenta ustawy wprowadzającej program SAFE. I niedługo po tym, jak Nawrocki pojechał na Węgry wspierać Viktora Orbána w kampanii wyborczej. Czyli polityka, który zapewniał Putina, że w każdej sprawie jest do jego dyspozycji, jak się później okazało z dokumentów ujawnionych przez Bloomberg. Orbána, którego wspierał swoją obecnością w Budapeszcie wiceprezydent USA JD Vance.

W dodatku, jak pokazały badania przeprowadzone przez Ibris dla Wirtualnej Polski, ponad 54 procent respondentów nie uważa Stanów Zjednoczonych za stabilnego i wiarygodnego gwaranta bezpieczeństwa dla Polski.

Karty w tej sytuacji ma polska strona proeuropejska. Ale czy z nich korzysta?

Nie chodzi o pyskówki na X

Premier Włoch Georgia Meloni w reakcji na kryzys paliwowy pojechała z interwencyjną wizytą do państw Zatoki Perskiej. Zapewniła je o wsparciu wobec irańskich ataków. Co można wyczytać z tej wizyty? Że dystansuje się wobec wojny, co już wcześniej pokazała, odmawiając Trumpowi wykorzystania baz NATO na Sycylii. Że w sprawie Zatoki Perskiej i bezpieczeństwa Włoch prowadzi politykę niezależną od Ameryki.

Nie przeciw niej, bo sojusznicy i partnerzy pozostają ci sami dla obu państw. Ale nie zdaje się wyłącznie na konsekwencje kaprysów Trumpa.

Można sobie wyobrazić polskich ważnych polityków pokazujących, jak istotny jest teraz dla nas program SAFE. Jak bardzo skorzystamy na tym, że nie będziemy zależni wyłącznie od wydolności amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego. Nie chodzi o to, żeby Tusk jeździł z wizytami do Niemiec, które według prawicy są największymi beneficjentami programu. Ale o to, żeby on i jego ministrowie, politycy jego partii i koalicji podkreślali teraz pozytywne strony proeuropejskiego kursu. Zacieśniania współpracy obronnej, a w perspektywie – gospodarczej. Bo być może, jak sugeruje profesor Grzegorz Kołodko, jest to doskonały moment na wejście Polski do strefy euro. Zdaniem Kołodki zwiększyłoby to bezpieczeństwo Polski.

Czy polski rząd podkreśla w widoczny, przekonujący sposób wagę naszej przynależności do europejskiej wspólnoty, czyli jedynej obecnie pewnej i niekapryśnej siły politycznej i gospodarczej, a także coraz bardziej militarnej? Raczej robi to słabo. Do opinii publicznej znacznie bardziej przebijają się wpisy na X – gniewne, szydercze, w potocznym stylu, brzmiące, jakby polityka w czasach wojny była próbą sił na podwórku.

Tylko poważne argumenty

Reakcje Donalda Tuska na ostatnie wypowiedzi i działania Trumpa są oceniane pozytywnie. Że wyważone, nie zaczepne. To prawda, że w sytuacji zagrożenia tylko piroman dokłada do ognia. Stany Zjednoczone są naszym potężnym sojusznikiem i potrzebujemy ich po naszej stronie, jeśli Rosja nas zaatakuje. Nawet jeśli Trump mówi, że wyprowadzi swoje państwo z NATO, trzeba wierzyć w to, że wywiąże się z sojuszniczych zobowiązań.

Jednak rząd, czy też politycy koalicji, mają teraz świetną okazję do tego, żeby pokazać, że wybrali dobrze, szukając gwarancji bezpieczeństwa także poza Ameryką.

Że stawanie u boku grającego na osłabienie Unii Europejskiej Orbána zawsze szkodziło interesowi Polski. Że bezkompromisowe psucie relacji z UE jest podkopywaniem naszych fundamentalnych interesów i służy tylko walce partyjnej partii prawicowych. W tym jednej prorosyjskiej.

Tylko że aby to było przekonujące, warto zaangażować poważniejsze siły niż smartfon z dostępem do mediów społecznościowych.