Dziś być może mało kto o tym pamięta, zwłaszcza na Węgrzech, ale w początkach swojej rewolucji europejski populizm był ideologią godności. Wyrósł na gruncie rosnącej frustracji zwłaszcza młodych ludzi, klasy średniej, mieszkańców obszarów postindustrialnych. Wszystkich, którzy albo na globalizacji stracili, albo ich zyski z tego procesu były znacznie mniejsze od obiecywanych. 

Z jednej strony populistów do władzy wynosili dwudziestolatkowie, którym zablokowano awans społeczny. Z drugiej – starsi wyborcy ze wsi i małych miasteczek, przeświadczeni, że – jak mówiła Arlie Hochschild w „Obcym we własnym kraju” – ktoś wepchał im się w życiową kolejkę. Kiedy Viktor Orbán zaczynał swoją szesnastoletnią drogę do autokracji, świat wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Brexit wydawał się absurdem, Donald Trump był mało znaną w Europie postacią telewizyjną z minionej już epoki, a o politykach takich jak Andrzej Duda, Andrej Babiš czy Santiago Abascal nikt nie słyszał.

Mimo to pomiędzy początkiem ery Orbána a obecnym momentem historycznym jest jedna analogia. Podobnie jak wtedy, także i dzisiaj dominującą w wielu częściach społeczeństwa emocją jest gniew na elity i rozczarowanie instytucjami.

Orbán też był buntownikiem

Wszak Fidesz w 2010 roku doszedł do władzy dzięki wydarzeniom w dwóch kontekstach. Na krajowym podwórku sukces był możliwy dzięki wielkiemu skandalowi z udziałem socjalistycznego premiera Ferenca Gyurcsány’ego, który został nagrany, przyznając się, że oszukiwał wyborców. Patrząc szerzej, był to czas trudnego podnoszenia się światowych gospodarek po kryzysie 2008 roku, który był nie tylko kryzysem materialnym, lecz także załamaniem się zaufania do wszystkiego, co tworzyło przestrzeń publiczną.

Orbán był niesiony buntem, sprzeciwem wobec osób doskonale nawigujących w tak zwanej „gospodarce wiedzy”. To oni w opinii wielu doprowadzili do krachu, a nikt z nich nie poniósł konsekwencji. Szef Fideszu być może czuł to samo, nawet jeśli jego życiorys częściowo wpisuje go w taką właśnie klasę społeczną. Niegdysiejszy technokrata, stypendysta George’a Sorosa, student Oksfordu, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych chciał wprowadzić swoją formację do liberalnej frakcji w Parlamencie Europejskim, nagle stał się wojowniczym trybunem ludowym, wpuszczającym rozwścieczony tłum do budynku parlamentu.

Potem przyszły wygrane wybory, większość konstytucyjna, przejęcie państwa i zamiana go w układ mafijny, choć podobno na początku chodziło o to, żeby Węgrzy odzyskali kontrolę nad własnym państwem. Żeby żyło im się lepiej, równiej, stabilniej. Orbán najpierw taranował wszystkie instytucjonalne ograniczenia dla jego władzy, potem scentralizował ją już całkowicie. Do tego procesu dorobił nawet ideologię, swoją wizję rzeczywistości nazywając „demokracją nieliberalną” – choć termin ten Fareed Zakaria stworzył już ponad dekadę wcześniej. 

W kolejnych latach przywykło się mówić wręcz, że demokracja nieliberalna była odpowiedzią na niedemokratyczny liberalizm. Powstała na gruncie gniewu, niedopuszczenia do władzy, braku rotacji w elitach. Dla jej wyznawców miała oznaczać bardziej spłaszczoną strukturę społeczną, większą różnorodność opinii, powrót do czasów, które minęły – nawet jeśli w praktyce minęły bezpowrotnie.

Skompromitowana rewolucja

16 lat później widać jak na dłoni, że wszystko to okazało się kłamstwem. Drogą do oligarchizacji życia publicznego, przejęcia ostatnich zasobów dogorywającego już państwa narodowego. Demokracja nieliberalna nie rozwiązała żadnego z problemów, które ją stworzyły. Nie zatrzymała deindustrializacji, nie zmniejszyła nierówności materialnych, nie zbliżyła ludzi ze wsi do poziomu życia mieszkańców miast. Nie uzdrowiła usług publicznych, nie zmniejszyła migracji zarobkowej ani exodusu talentów. 

Nadal polega na niskich kosztach pracy, łatwych usługach wykonywanych dla bogatszych podmiotów. Brak inwestycji i sensownej redystrybucji majątków, przy jednoczesnym ułomnym zarządzaniu państwem sprawiły, że ludziom na Węgrzech – ale też na Słowacji czy w Stanach Zjednoczonych – żyje się gorzej. Gorzej niż wcześniej i przede wszystkim gorzej, niż powinno, gdyby populizm zrealizował chociaż część swoich obietnic. 

Coraz więcej Węgrów jest rozczarowanych swoim życiem, zwłaszcza w kwestiach materialnych. Owszem, na płaszczyźnie propagandowej Orbánowi udało się bardzo wiele, prawdopodobnie więcej niż ktokolwiek się spodziewał. W końcu był szefem rządu małego, tylko 10-milionowego kraju w środku Europy, tymczasem stworzył ustrój, który stał się globalną inspiracją. Nawet USA, najpotężniejszy gracz na arenie międzynarodowej, własną drogę do autorytaryzmu oparły na węgierskich inspiracjach. Nie ma się co łudzić, że one znikną – bez względu na to, jaka przyszłość czeka Orbána i Fidesz. Globalna infrastruktura nacjonalistycznej, chrześcijańskiej prawicy ma już zgromadzony zbyt duży kapitał finansowy i intelektualny, żeby z dnia na dzień zakończyć swój wpływ na politykę.

93 euro miesięcznie emerytury

Tyle tylko, że ta ideologiczna ofensywa i sukcesy w wojnach kulturowych nie dały Węgrom absolutnie niczego. Między innymi dlatego właśnie – tu większość komentatorów jest zgodna – przyjazd JD Vance’a do Budapesztu na ostatniej prostej kampanii, tak samo jak wcześniejsze zdjęcia Orbána z Trumpem, nie przełożyły się na wzrost poparcia dla Fideszu. Trudno bowiem celebrować przyjaźń szefa swojego rządu z najpotężniejszym człowiekiem na świecie, jeśli twoja emerytura wynosi 93 euro miesięcznie, a w przypadku bezrobocia musisz mieć dobre stosunki z burmistrzem, żeby w ogóle dostać zapomogę. 

Nieliberalna demokracja okazała się znacznie gorszą wersją swojej liberalnej kuzynki. Co nie zmienia jednak faktu, że problemy, z których wyrosła, nie zniknęły. Wraz z rozwojem autokracji technologicznych i informacyjnych, przy egzystencjalnych dla demokracji ryzykach związanych ze sztuczną inteligencją, masowym bezrobociem, zagrożeniem klimatycznym i migracją – jedynie przybrały na sile. 

Mamy dziś na świecie znacznie więcej niż 16 lat temu wojen, zbrodni wojennych, miliarderów i jednostek monopolizujących władzę. Mniej mamy przede wszystkim samej demokracji, nie mówiąc o równości społecznej, materialnej, klasowej czy też często o podstawowych prawach człowieka.

Liberałowie stoją w miejscu?

To gorzka strona tego medalu – z punktu widzenia liberalizmu. Może on dzisiaj celebrować zwycięstwo Pétera Magyara, ale nie przezwyciężenie własnego kryzysu. Jak Europa długa i szeroka, brakuje jakichkolwiek, najmniejszych nawet śladów nowego projektu kontraktu społecznego pomiędzy władzą a obywatelem. Gdzieniegdzie, na lewicy, pojawiają się przebiśniegi, ale też populistyczne: Zach Polanski i jego brytyjscy Zieloni to chyba najbardziej udany tego typu projekt. 

Bardziej zaawansowane są analogiczne procesy w Stanach Zjednoczonych, gdzie wiatr w żagle dostają młodzi, choć bardzo różnorodni, socjaliści i socjaldemokraci. Zohran Mamdani czy James Talarico wzięli zamach na dwie dotąd nienaruszalne w amerykańskim życiu publicznym doktryny: konserwatywne chrześcijaństwo i neoliberalny, zderegulowany kapitalizm. Nie da się jednoznacznie ocenić, czy odniosą sukces. Ale przynajmniej próbują. 

Liberalna Europa w dużej mierze wciąż broni status quo, które istnieje głównie w jej wspomnieniach. To droga donikąd – a raczej do wyhodowania sobie kolejnego Orbána.