Choć wojny, w których te zbrodnie zostały popełnione, zakończyły się ponad ćwierć wieku temu, śmierć Mladićia i wyrok na Thaçiego wywołały ogromne poruszenie w Serbii i w Kosowie. I choć skazujące ich trybunały z naciskiem podkreślały, że wyrok zapada za konkretne zbrodnie konkretnych ludzi, to narody, w których imieniu te wojny były toczone, odebrały je inaczej: to „my” zostaliśmy uznani za zbrodniarzy, potępieni i skazani. I odrzuciły te wyroki.

Na tym jednak podobieństwa losów obu, choć uderzające, się jednak kończą.

Mladić, dowódca wspieranej przez Serbię armii bośniackich Serbów, przegrał swą wojnę, i przez lata ukrywał się przed międzynarodową sprawiedliwością pod ochronnym parasolem serbskiej armii. Dopiero w 2011 roku Belgrad zdecydował się go aresztować i ekstradować do Hagi, gdzie stanął przed Międzynarodowym Trybunałem do spraw byłej Jugosławii. Thaçi, przywódca Armii Wyzwolenia Kosowa (UÇK) wojnę wygrał, i został pierwszym premierem, a potem prezydentem nowego państwa, które oderwało się od Serbii. W obu wojnach decydującą rolę odegrały interwencje międzynarodowe, przeciwko bośniackim Serbom, i z poparciem dla kosowskich Albańczyków. Ich przyczyną były działania sił serbskich: do interwencji w Bośni doszło dopiero w 1995 roku, po masakrze w Srebrenicy, gdzie wojska Mladićia wymordowały ponad osiem tysięcy ludzi. Po latach Międzynarodowy Trybunał, skazując Mladićia, uznał tę zbrodnię za akt ludobójstwa. Do interwencji w Kosowie doszło zaś w cztery lata później, gdy wojska serbskie wypędziły z kraju ponad osiemset tysięcy tamtejszych Albańczyków, i groźba powtórki ze Srebrenicy wisiała w powietrzu.

Zginęło półtorej Srebrnicy

Podczas całej wojny o Kosowo zginęło jednak około 11 tysięcy albańskich cywili i ponad dwa tysiące cywili serbskich: łącznie półtorej Srebrenicy. Belgrad od dawna twierdzi, że UÇK popełniła zbrodnie przeciw ludzkości na Serbach, i wyrok na Thaçiego rozczarował serbskie władze. Udowodniono mu, że siły, którym przywodził, zamordowały co najmniej 96 osób, głównie Albańczyków, oskarżanych przez UÇK, w oparciu o wątpliwe dowody, o sprzyjanie stronie serbskiej lub po prostu o nieposłuszeństwo wobec wodza. Kilkaset innych osób bezprawnie aresztowano lub torturowano. Thaçi twierdził, że nic o takich postępkach nie wiedział, ale sądu nie przekonał. Ponadto, jako przywódca UÇK, był odpowiedzialny za czyny swych żołnierzy. Mladić także, i również nieprzekonująco zaprzeczał swej winie – ale w jego przypadku zbrodnia była nieporównanie cięższa. Odwołał się od wyroku – nieskutecznie. Thaçi także zapowiedział odwołanie.

Fundamentalna różnica między nimi polega jednak, oprócz odmienności czynów, za które zostali skazani, również i na tym, że gdy w 2020 roku kosowska Prokuratura Specjalna postawiła Thaçiemu i jego trzem towarzyszom zarzuty zbrodni wojennych i przeciw ludzkości, złożył on urząd prezydenta i udał się dobrowolnie do więzienia w Hadze. Prokuratura Specjalna, która ich oskarżyła, i Izba Specjalna, która ich następnie skazała, stanowią formalnie część kosowskiego wymiaru sprawiedliwości. Są jednak obsadzone przez międzynarodowych prawników, i urzędują w Hadze, poza granicami Kosowa, by uniknąć presji na sędziów, a zwłaszcza na świadków. Kosowscy Albańczycy postrzegają jednak te instytucje, powstałe w ramach reform wymuszonych przez zachodnich patronów nowego państwa, za obcą, unijną sprawiedliwość. Gdy ogłoszono wyrok na Thaçiego, przedstawicielstwo UE w Prisztinie oblegał tłum, rzucający kamieniami i wyzwiskami.

Nie inaczej było w Belgradzie 11 lat temu, gdy rzeczywiście Międzynarodowy Trybunał skazał Mladićia. Ale tu podobieństwa się kończą: Serbia jest od 2003 roku kandydatem do członkostwa w UE, podczas gdy Kosowo, ze względu na obstrukcję Serbii, nie jest nawet członkiem ONZ, a skoro nie uznaje go pięć państw unijnych, to członkostwie w UE nie ma na razie nawet co marzyć. Stąd też większa wściekłość w Prisztine teraz, niż w Belgradzie 11 lat temu. Dodatkowo zaś Kosowarzy nie mają zbytniego nabożeństwa dla sprawiedliwości unijnej, odkąd w 2014 roku wybuchł łapówkarski skandal w tamtejszym biurze EULEX, które miało ich uczyć przestrzegania prawa.

Choć materiał dowodowy w obu procesach – mimo, co należy ponownie podkreślić, radykalnej różnicy zbrodni, za które Mladić i Thaçi zostali skazani – jest niepodważalny, to nie należy się spodziewać, by Serbowie i Kosowarzy to zaakceptowali. Nawet ci, którzy – a zdarza się to wcale nierzadko – prywatnie przyznają, że do zbrodni mogło dojść, będą zarazem twierdzić, że zostały one popełnione „za nas”, „dla nas”. Skoro tak, skoro oni za nas walczyli, ryzykowali, i cierpieli, to teraz my musimy ich bronić. Rozumowanie to jest jednak fałszywe: w końcu przyszłych zbrodniarzy nikt o popełnienie tych zbrodni nie prosił. Zaś fałsz rozumowania prowadzi do moralnej pułapki: odmowa solidarności ze zbrodniarzem bywa uznawana za zdradę. To nie jest, wbrew łatwym stereotypom, żaden „syndrom bałkański”: wystarczy przypomnieć kult Stepana Bandery w Ukrainie, czy – znów, pamiętając o radykalnej różnicy zbrodni – oddawanie czci Józefowi Kurasiowi lub Romualdowi Rajsowi w Polsce.

Odpowiedzialność przegranych

Przykłady te pokazują również, że nie wydaje się, by upływ czasu osłabiał skuteczność opisanego wyżej moralnego szantażu. Tyle tylko, że ani Bandera, ani Kuraś czy Rajs nigdy nie stanęli przed wiarygodnym sądem. Procesów w Norymberdze i Tokio po II wojnie światowej umożliwiły narodom, na których obronę powoływali się skazani tam zbrodniarze, na zerwanie tego szantażu. To zerwanie miało też negatywne konsekwencje, pozwalało mówić, że to nie my jesteśmy winni, tylko kilku niedobrych ludzi, którzy wówczas sprawowali władzę. Ale na społeczeństwa spada nie wina zbrodniarzy, lecz odpowiedzialność za to, że dopuściły do możliwości popełnienia przez nich zbrodni. To zaś ma znaczenie nie tylko dla Prisztiny i Belgradu.

Wraz z Thaçim skazano trzech jego najbliższych współpracowników: byłego dowódcę UÇK i dwóch marszałków powojennego kosowskiego parlamentu. I choć Trybunał nie dopatrzył się w zbrodniach, które popełnili, systematyczności, która pozwoliłaby mówić o zbrodniach przeciw ludzkości, to i tak wyrok stanowi akt oskarżenia wobec kierownictwa organizacji, która wyzwoliła Kosowo i jest tam uznawana za bohaterską. Zarazem wielu Kosowarów poparłoby zapewne wyroki na tych czworga – nie za to, co robili przed wyzwoleniem, lecz po: system polityczny kraju jest głęboko przeżarty korupcją, za którą ponoszą  odpowiedzialność. Mladić z kolei nie był skorumpowany, bo przegrał i nie objął władzy, ale syndrom zbrodni i korupcji to znów nie jest bałkańska specyfika. Poszukiwany przez Międzynarodowy Trybunał Karny (MTK) za ludobójstwo w Darfurze były prezydent Sudanu Umar al-Baszir, miał być ekstradowany, lecz skończyło się krajowym procesem o korupcję. Obecny premier Izraela Benjamin Netanjahu jest z kolei poszukiwany przez MTK za zbrodnie wojenne – ale w kraju trwa jego niekończący się proces o korupcję i oszustwa.

Korupcja może budzić obawy także i poza granicami dotkniętych nią krajów. W pół roku po zakończeniu wojny bośniackiej, w 1996 roku, odbyła się wielka konferencja dawców pomocy dla Bośni, którzy uchwalili, że jeżeli kraj nie opanuje korupcji, to pomoc może zostać wstrzymana. Wówczas jeszcze siły międzynarodowe w Bośni nikogo nie aresztowały z podejrzenia o zbrodnie wojenne. Przeciwnie: wśród starych i nowych władz kraju byli liczni zbrodniarze, zwłaszcza w bośniackiej Republice Serbskiej. Zapytałem na konferencji prasowej w Sarajewie rzecznika konferencji, czy należy rozumieć, że nie przeszkadza im, że rządzą sprawcy zbiorowych mordów, a jedynie to, że przy okazji kradną na boku? Odpowiedzi nie było.

Wniosek: jeżeli pozwolimy przywódcom na zbrodnie wobec wrogów, to możemy się spodziewać, że będą nas też okradać. To brzmi jak ostrzeżenie. Kłopot w tym, że dla wielu to może być dopuszczalna transakcja wiązana.