Izraelska Centralna Komisja Wyborcza uznała, że jedna piąta obywateli kraju nie powinna mieć swej wyborczej reprezentacji. Poparła wnioski rządzącego Likudu, by pozbawić oba ugrupowania arabskie: Zjednoczoną Listę Arabską, znaną jako Ra’am, oraz Wspólną Listę, czyli koalicję trzech partii arabskich – Hadasz, Balad i Taal – prawa do startu w rozpisanych za miesiąc wyborach. Likud po raz kolejny zarzucał im, że naruszają artykuł 7a Ustawy Zasadniczej wymagającej, by partie uczestniczące w wyborach uznawały Izrael za państwo żydowskie i demokratyczne, a także potępiały walkę zbrojną przeciwko niemu. Decyzja Komisji nie dziwi – wbrew nazwie nie jest to ciało niezależne, a wybierane przez Kneset i reprezentujące aktualny polityczny układ sił. Mimo to w wyborach z 2015 i 2019 roku komisja oparła się presji likudowskiej koalicji rządzącej i nie poparła jej wniosków o zablokowanie Zjednoczonej Listy. W 2020 i 2022 roku wnioski te zostały przez Komisję przyjęte, lecz ostatecznie jako niekonstytucyjne odrzucił je Sąd Najwyższy. Obserwatorzy zakładają, że stanie się tak i tym razem.

Prawdopodobne jest także, że Sąd utrzyma wniosek Komisji o pozbawienie biernego prawa wyborczego Samiego Abu Szehadego, przewodniczącego wchodzącej w skład Zjednoczonej Listy partii Balad. W istotnie oburzającym artykule, opublikowanym w dzień po rzezi Hamasu z 7 października 2023 roku, Abu Szehade wyraził zrozumienie dla „ataku ruchu oporu” i wezwał innych, by „wyciągnęli zeń wnioski”. Tyle tylko, że domniemane poparcie dla terroryzmu, które z tego artykułu można by wywnioskować, musiałoby mieć charakter „systematyczny i trwały”, by pociągać za sobą postulowane skutki prawne. Tymczasem Abu Szehade po namyśle odciął się od własnego tekstu i wielokrotnie potępił terroryzm. Już prędzej naruszenie artykułu 7a zarzucić można Itamarowi Ben Gwirowi i Becalelowi Smotriczowi, popierającym terroryzm żydowskich osadników na Zachodnim Brzegu i godzącym w demokratyczny ustrój Izraela. Tymczasem są to przewodniczący faszystowskich partii startujący w wyborach z ramienia partii rządzącej koalicji oraz ministrowie w rządzie premiera Benjamina Netanjahu, który też nigdy nie odciął się od ich słów i czynów. Ale wnioski o zablokowanie startu tych partii przepadły w komisji.

Tymczasem od faszystów właśnie się zaczęło. Artykuł 7a przyjęto w 1985 roku, by zablokować partię Kach rabina Meira Kahanego, pierwsze ugrupowanie skrajnej prawicy, które weszło, w poprzednich wyborach, do Knesetu, budząc wspólne oburzenie wszystkich sił politycznych. Gdy Kahane przemawiał, posłowie opuszczali salę. Warunek uznania Izraela jako państwa żydowskiego i demokratycznego wymierzony był właśnie w niego i Kach istotnie więcej w wyborach nie uczestniczył. Ale dziś jego następcy triumfują – w ostatnich wyborach zdobyli czternaście miejsc w 120-mandatowym Knesecie. Sąd Najwyższy w 2015 roku uznał, że to wyborcy, a nie instytucje, powinni oceniać takie poglądy. Odrzucił wtedy wniosek Komisji o zakaz startu w wyborach Hanin Zoabi, który wpłynął ze względu na jej poparcie dla terroryzmu, a jednocześnie dopuścił start żydowskiego ekstremisty, Barucha Marzela. To otworzyło faszystom drogę, bo żydowscy ekstremiści, inaczej niż arabscy, nie musieli się bać prowadzenia kampanii.

Partie arabskie z reguły wprowadzają do Knesetu kilkunastu posłów, lecz do niedawna wspólnie odmawiały ewentualnego udziału w koalicjach rządowych, by nie legitymizować Izraela. Z kolei partie żydowskie, w lustrzanym odbiciu tej postawy, nie godziły się na hipotetyczne koalicje z Arabami. Dwustronny bojkot pozbawiał arabskie partie politycznej skuteczności i demotywował arabski elektorat, gdzie frekwencja była z reguły o 20 procent niższa niż wśród Żydów. Jednak wielu Arabów, dążąc do politycznej sprawczości, nadal głosuje na partie żydowskie, mimo że arabscy politycy pojawiali się na ich listach wyborczych. A to dodatkowo osłabia arabską reprezentację polityczną.

Ale wszystko to uległo zmianie w 2022 roku, kiedy partie żydowskiej opozycji wobec Netanjahu pod wodzą Naftalego Benetta utworzyły – po raz pierwszy w historii Izraela – koalicję z udziałem partii arabskiej. Koalicja przetrwała zaledwie pół roku, ale partia Ra’am Mansura Abbasa zdobyła mocne poparcie arabskiej opinii publicznej w Izraelu: ponad 50 procent uznało te decyzję za słuszną, mimo fali potępienia, jaką na „zdrajców” wylała Zjednoczona Lista. Arabska opinia kierowała się pragmatyzmem: tylko 7,6 procent za priorytet uważa rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego, za to 74 procent tak oceniają walkę z przestępczością kryminalną wśród Arabów. W ostatnich latach w mafijnych porachunkach ginie około dwustu Arabów rocznie, a kontrolowana przez Ben Gwira policja nie wydaje się zainteresowana przerwaniem tej krwawej rzezi. Jak podkreślają sami Arabowie, sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby to arabscy politycy byli w rządzie – i oskarżeniami o zdradę niezbyt się przejmują.

Przejmują się nimi za to, i to bardzo, politycy żydowscy. Rząd Bennetta upadł, bo Likud uznał udział Arabów w nim za zdradę. A kilku posłów nie wytrzymało presji. I to mimo faktu, że Netanjahu sam zaproponował Abbasowi koalicję, czemu dziś zaprzecza. Argument Abbasa, że arabski bandyta, który wymusza haracz na właścicielu arabskiej knajpki nie ominie okazji, by wymusić haracz również na żydowskim właścicielu garażu, wydaje się przekonujący. A dodatkowo pokazuje , że Abbas jest w świecie politycznym, przeżartym partyjnym politykierstwem, istotnie państwowcem. Ale między rządem Bennetta a nadchodzącymi wyborami wydarzył się 7 października i izraelska opinia publiczna przesunęła się w reakcji na to bardzo na prawo. Tyczy się to także stosunku do arabskich współobywateli, mimo że oni też wówczas ginęli, a potem w ogromnej większości poparli swoje państwo, choć toczyło wojnę z ich współrodakami. „Eisenkot stworzy rząd z Arabami” – straszy Netanjahu Żydów, przywołując postać byłego szefa sztabu, nowicjusza politycznego, którego nowo utworzona partia prowadzi w sondażach. Na rozpowszechnianych przez premiera filmikach, nakręconych z udziałem AI, tłusty Abbas, z nogami na stole, palący sziszę, wetuje plany zbrojnej odpowiedzi na terror palestyński na Zachodnim Brzegu przyszłego rządu.

Gadi Eisenkot dał się zastraszyć i zapewnia, że nie przyjmie po wyborach do koalicji żadnej partii, która nie akceptowałaby Izraela jako państwa żydowskiego i demokratycznego i jego deklaracji niepodległości, a także takiej, która byłaby przeciwna powszechnej służbie wojskowej i nie uznawałaby Hamasu za wroga, którego należy zmiażdżyć. Pierwszy warunek wyklucza faszystów, drugi partie religijne. Ostatni zdaje się wymierzony w Ra’am, choć partia podobne deklaracje składała. Nie wydała jednak oświadczenia ściśle współbrzmiącego z tekstem warunków, co pozwala dziś Eisenkotowi odrzucać oskarżenia Netanjahu i nie tracić głosów. Można zatem przypuszczać, że jest to z Eisenkotem uzgodnione, bo Ra’amowi także zależy, by partia generała zdobyła jak największe poparcie. Z pozostałych partii antynetanjahowskiej koalicji jedynie Demokraci Jaira Golana, ostatnia ostoja izraelskiej lewicy, otwarcie stwierdzają, że są otwarci na współpracę z partiami arabskimi. Partie Bennetta i Awigdora Liebermana taką współpracę kategorycznie odrzucają.

Taki brak jedności na miesiąc przed wyborami musi zdumiewać – ale opozycja nie uzgodniła nawet swojego kandydata na premiera, mimo że partia Eisenkota zbiera ponad dwa razy więcej głosów w sondażach, niż każda z pozostałych trzech. Tyle że z ich przywódców jedynie Golan wyrzekł się z góry wodzowskich ambicji. Partie nie uzgodniły też jeszcze – a miesiąc przed wyborami! – wspólnego programu rządowego, poza koniecznością naprawy i odbudowy państwa po Netanjahu. To trochę mało, nawet dla ich zwolenników, i dlatego koalicja Netanjahu, która była nawet o 7 mandatów w tyle za opozycją, powoli odzyskuje poparcie. To zdumiewające, wziąwszy pod uwagę, że większość Izraelczyków zasadnie obciąża premiera i za katastrofalne nieprzygotowanie do klęski 7 października i hołubienie Hamasu, które do niej doprowadziło, a także tchórzliwą odmowę wzięcia za nią odpowiedzialności już po fakcie. O niekończącym się procesie korupcyjnym nie wspominając. W ostatnich sondażach obie formacje idą łeb w łeb. Ale każdy z sondaży daje każdej z nich po pięćdziesiąt kilka miejsc w Knesecie – a do rządzenia potrzeba 61. Reszta mandatów przypada partiom arabskim – i dlatego to one, a ściślej Ra’am, bo Zjednoczona Lista nadal odrzuca możliwość wejścia do rządu, będą zwycięzcami wyborów, niezależnie od wyniku.

Koalicja z udziałem Arabów jest potrzebna nie tylko ze względu na nieubłaganą powyborczą arytmetykę. Jej powstanie oznaczałoby bowiem to, że w odbudowie kraju zdewastowanego przez lata rządów Netanjahu, chodzi nie tylko o odrzucenie faszystowskich ekscesów jego polityki, ale też idei etnicznej suwerenności Żydów na całym obszarze dawnej mandatowej Palestyny, która legła u jej podstaw. To ta idea sprawia, że wznowienie procesu pokojowego z Palestyńczykami nie jest możliwe, zaś arabscy obywatele Izraela traktowani są co najwyżej jak uciążliwi sublokatorzy, a nie równoprawni współgospodarze. Jest ona też nie do pogodzenia z postulowaną przez Deklarację Niepodległości koncepcją Izraela jako państwa żydowskiego i demokratycznego zarazem. Żydowskiego – bo Żydzi stanowią w nim większość, jak w Polsce Polacy. Demokratycznego – bo przynależność etniczna nie nadaje praw, ani ich nie odbiera. Bez odrzucenia idei etnicznej suwerenności nie będzie pokoju ani na granicach Izraela, ani wewnątrz nich.

Tyle tylko, że nie jest jasne, czy partie antynetanjahowskiej koalicji zdołają to zwycięstwo skonsumować. Jeżeli przeciwnicy Netanjahu nie zdecydują się na włączenie Ra’am do rządu, z obawy przed kampanią nienawiści obecnego premiera i poparciem, jakie może ona znaleźć w społeczeństwie, nowy rząd nie powstanie. Obawa ta może sprawić, że – nawet jeśli przezwyciężyliby oni swe uprzedzenia, zasadnicze w wypadku Liebermana, taktyczne w wypadku Eisenkota, i coś pomiędzy w wypadku Bennetta – nie zdecydują się w końcu na ten krok. Wówczas rządzić będzie jednak nadal Netanjahu, jako szef rządu, który sprawował władzę w dniu wyborów. Taki rząd nie miałby większości dla uchwalania nowych ustaw, lecz w ostatnich miesiącach uchwalił ich już tyle – od obowiązkowej kary śmierci dla arabskich terrorystów, po likwidację autonomii prokuratora generalnego, że nietrudno mu będzie wciąż rządzić po swojemu. Jednak nawet jeśli koalicja z Ra’am powstanie, jej rozpad – czy pod wpływem presji przeciwników, czy na skutek podbierania lub zastraszania przez nich pojedynczych posłów, czy wreszcie w efekcie głębokich różnic programowych między partiami – pozostaje wielce prawdopodobny. Wówczas arabska partia byłaby znakomitym kozłem ofiarnym. Oba scenariusze kończą się perspektywą przyspieszonych wyborów, jednych lub kilku, które w końcu – siłą zmęczenia i rozczarowania do alternatywy – wygrywa Netanjahu. A wówczas zadba on, by tego rodzaju scenariusz nie mógł się powtórzyć nigdy więcej.

Wszystkie te scenariusze – poza perspektywą udanych i trwałych rządów antynetanjahowskiej opozycji, czyli najbardziej pożądaną i najmniej prawdopodobną – kończą się więc fatalnie. Dla żydowskich przeciwników premiera, dla ich ewentualnych arabskich sojuszników i dla izraelskiej demokracji po prostu. Na zdrowy rozum Abbas nie powinien się więc w to pakować. Ale on jest tym, kim Netanjahu nie jest – państwowcem.