Palce tłumacza biegają po klawiaturze, z głowy leci mu para, a zdrętwiałe ciało wykonuje mikroruchy. Od czasu do czasu tłumacz drapie się w ucho, przeciąga, ziewa, odpala Instagram, wstaje zrobić sobie herbatę, otworzyć kurierowi, sprawdzić, co nowego w lodówce (z reguły nic od ostatniej inspekcji).

I tak przez dobrych kilka godzin. Nie bez kozery świętego Hieronima, patrona tłumaczy, przedstawia się jako rachitycznego starca w ciemnej samotni.

Co robi tłumacz?

O tym, jak trudno pokazać, co robi tłumacz, świadczą arcyciekawe skądinąd filmiki z serii „Wytłumaczenia”, które swego czasu Instytut Książki zamieścił na swojej stronie. Wybitni tłumacze, którzy ewidentnie dostali polecenie „pokaż, jak pracujesz”, marszcząc brwi, wertują notatki i słowniki, w zamyśleniu wpatrują się w ekran. A wszystko z lekkim zażenowaniem, bo są z natury nieśmiali, nieprzyzwyczajeni do pracy na widoku, programowo „niewidoczni”. Gros nagrania dotyczy aktywności okołoprzekładowych, głównie spotkań autorskich i pracy dydaktycznej. Tam są inni, co wprowadza do filmu jakąś dynamikę.

Tymczasem przez większość czasu tłumacz tłumaczy sam, nie zawsze elegancko ubrany i zwykle u siebie, bo tam ma wygodne krzesło (plecy już nie te), darmową kawę (na mieście drogo) i święty spokój. 

Pisarz przynajmniej: wymyśla, tworzy światy, przechadza się ze zwierciadłem po gościńcu, miewa romanse, pije, pali, jada obiady z redaktorem. Tłumacz mógłby w ogóle nie wychodzić z domu. I z uwagi na profil charakterologiczny oraz wysokość zarobków, często z tej możliwości korzysta.

Mimo tych wszystkich przeciwwskazań od czasu do czasu dostajemy film czy, częściej, książkę, w której to tłumacz gra rolę główną. I wtedy zwykle wszyscy myślą, jak fajnie jest być tłumaczem. A tłumacz śmieje się pod nosem.

Credo tłumacza

Zanim przystąpię do małego, lecz maksymalistycznego przeglądu dzieł tłumackich, słówko o metodzie. Po pierwsze, zabroniłam sobie googlowania i rozmów z ChatemGPT, który zapewne wyplułby długą bibliografię przedmiotu pełną dzieł prawdziwych i wyssanych z algorytmu. Za kilka lat podobno pozbawi mnie pracy, więc go unikam. Poza tym od dawna tropię wątki tłumackie (i pływackie – każdy ma swoje obsesje) w kulturze, więc sięgnę do własnych archiwów.

Po drugie, mowa będzie o tłumaczach literackich, czyli takich, którzy motywowani pasją, a nie pieniędzmi, przekładają beletrystykę na język ojczysty. Wykluczam tłumaczy ustnych, bo to właściwie zupełnie inny zawód (w wielu językach opisywany nawet osobnym słowem, na przykład ang. interpreter), który dużo łatwiej sfilmować i opisać. Akcja dzieje się bowiem w sądzie albo na komisariacie, gra toczy się o większą stawkę – dosłownie i w przenośni – a tłumacz podróżuje i poznaje ludzi (patrz: „Tłumaczka” z Nicole Kidman, „Szarada” z Audrey Hepburn czy „Intimacies” Katie Kitamury).

Tłumacz na dużym i małym ekranie 

Książki książkami, ale nie ma co ukrywać, że znacznie większy wpływ na zbiorową wyobraźnię ma Netflix. Gdzie onegdaj na topce przelotnie królował film „Tłumacze”. To pełen napięcia thriller o międzynarodowej grupie tłumaczy, którzy w luksusowej willi przekładają francuski bestseller jeszcze przed jego oryginalną premierą. Pracują odcięci od świata, żeby cenny manuskrypt nie wyciekł do sieci (spoiler: wycieka). Jak na maturze wszyscy razem siedzą w dużej sali, na stolikach mają papierowe słowniki i codziennie dostają kolejną porcję książki oraz wykwintne kolacje. A wszystko pod okiem umięśnionych panów w czerni i smukłej asystentki redaktora naczelnego.

Oczywiście jest to thriller, a nie prawdziwe życie, więc nie spodziewamy się realistycznej wizji zawodu. Owszem, w przypadku światowych bestsellerów takich jak „Harry Potter” czy książki Dana Browna (film inspirowany jest podobno światową kampanią tłumaczenia jego „Inferno”) zdarza się przekład quasisymultaniczny, dzięki czemu zagraniczni fani nie muszą za długo czekać. Tak, czasem tłumacze podpisują klauzulę poufności, żeby manuskrypt przed publikacją przypadkiem nie dostał się w ręce piratów. Jasne, zdarzają się warsztaty, podczas których tłumacze przekładają fragmenty tej samej książki na różne języki. Zwykle jednak jest tak, jak mówi zdenerwowany wprowadzonym w willi reżimem Grek: nie po to został tłumaczem, żeby pracować, za przeproszeniem, w open spejsie. 

Codzienność tłumacza bardziej przypomina żywot benedyktyński niż ekskluzywne międzynarodowe kolonie. 

Nieco bardziej realistyczny jest francuski serial „Paris, etc.” Opowiada o grupie Paryżanek i ich życiowych perypetiach. Jak to w serialu, praca nigdy nie jest na tyle absorbująca, żeby bohaterki nie miały czasu na długie spotkania i przelotne romanse. Jedna z nich, Nora, jest tłumaczką. I nie bez kozery to właśnie jej powodzi się najgorzej. Widzimy, jak doprasza się o pieniądze u wydawcy, który z wypłatą honorarium spóźnia się trzy miesiące („Wiesz, jaki jest rynek wydawniczy”). Jak chałturzy i biega po mieście za zleceniami ustnymi. Jak wciska pracę między opiekę nad dziećmi i kłótnie z mężem. To jest całkiem realistyczne. Nieco mniej przekonuje mnie wątek romansowy – Nora oczywiście zakochuje się w swoim autorze. W prawdziwym życiu bezpośrednie kontakty z pisarzami są dość rzadkie, najczęściej zapośredniczone przez agenta i ograniczone do listy pytań o znaczenia słów i źródła cytatów. Ale co jak tam wiem. Może we Francji spotkania tête à tête są de rigeur?

Tłumacz w literaturze

Tak właśnie jest w powieści Sylvaina Prudhomme’a „Na rozdrożach”. Marie, tłumaczka, w której zakochuje się główny bohater, jedzie do Rzymu spotkać się ze swoim autorem, Marco Lodolim (postać autentyczna).

„Pojechaliśmy do Rzymu odwiedzić Lodolego. Zjedliśmy z nim obiad w małej restauracyjce z owocami morza przy ulicy Machiavellego, podczas gdy na zewnątrz szalała ulewa. Kiedy się przejaśniło, wyszedłem na spacer, żeby mogli trochę razem popracować”.

Warto zaznaczyć, że życie Marie nie ogranicza się do takiego dolce vita. Na co dzień raczej samotnie dłubie w tekście. Kiedy ją poznajemy, po obiedzie (który sama przygotowała, przecież i tak siedzi w domu) jej mąż wraz z narratorem długo przesiadują w ogródku, natomiast ona sumiennie wraca na piętro pracować. Owszem, od początku kariery przekłada tylko pisarzy, których lubi (bez zwyczajowego frycowego w postaci romansów i kiepskich poradników), ale nie ma carte blanche na wybór: 

„Pewnego dnia kupiłam tłumaczenie książki, którą sama chciałam przetłumaczyć, cienkiej książeczki sardyńskiego autora, zupełnie nieznanego, który dla mnie jednak wiele znaczył, Luki Sau, to jego jedyna powieść, ledwie sto stron, cudowna książka, którą proponowałam wydawcom dziesiątki razy, bez skutku”.

Frazę „Cudowna książka, którą proponowałam wydawcom dziesiątki razy, bez skutku” mogłabym wytłoczyć sobie w ekslibris. Pod tym względem solidaryzuję się z Marie. 

Zupełnie nierealistyczne – w Polsce, bo we Francji dość powszechne – jest za to życie z tłumaczeń. 

W powieści to bowiem honoraria Marie są źródłem stałego dochodu. Jej mąż, wagabunda, ima się dorywczych zajęć, ale to przekłady, i to wcale nie komercyjnych bestsellerów, pozwalają utrzymać trzyosobową rodzinę. Bez stresu i spiny, bo Marie ma czas na refleksje o swoim fachu:

„Marie opowiadała mi o swoim tłumaczeniu, o tym, jak waha się między dwoma wyrażeniami – bawiło ją, że nie ma francuskiego słowa, które znaczy to samo, co włoskie. Ze słowami zawsze tak jest, twierdziła z uśmiechem, sens się przesuwa, wymyka się naszej intencji, wymyka się i we włoskim i we francuskim, słowa zawsze są nieuchwytne, to taka gra, trzeba po prostu wybrać któreś omsknięcie, wyczuć które omsknięcie francuskie będzie najwierniejsze omsknięciu włoskiemu”.

Czy to tylko wyidealizowana wizja książkowa? Nie sądzę, w końcu autor, Sylvain Prudhomme, sam jest tłumaczem, a Francja słynie ze wspierania literatury. Może nie wszyscy tłumacze jeżdżą na rzymskie wakacje, większość jednak ma bajeczne – w porównaniu z polskimi – warunki pracy (status autora, długie terminy, szczodre zaliczki). Serialowa Nora cienko przędzie, ale i tak razem z mężem (profesji niewiadomej, ale na tyle nieabsorbującej, że ma czas na długi forsowny jogging) i dwójką dzieci, są w stanie wyżyć w jednej z najdroższych europejskich stolic.

Nie zapłacę rachunków prestiżem

Znacznie mniej prestiżowo jest po drugiej stronie kanału La Manche. Alec, bohater „cudownej książki, którą proponowałam wydawcom dziesiątki razy, bez skutku”, czyli „Oxygen” Andrew Millera, jest tłumaczem. Kiedy go poznajemy, przekłada dramat węgierskiego dysydenta, László Lázára, który od dekad mieszka w Paryżu i pisze po francusku. Nigdy go nie spotkał, kontaktują się za pośrednictwem sekretarza. Alec mieszka na wsi, w domu chorej matki, którą się opiekuje. On, bo jego starszy brat jest w Stanach i kurczowo trzyma się Hollywood. Grywa nawet w operach mydlanych i jest to w oczach ogółu (w tym matki Aleca) praca bardziej prestiżowa niż ta z cudzym tekstem.

Niski prestiż koreluje z niskim wynagrodzeniem. Zależność jest obustronna: mało poważane prace słabo się opłaca, a w świecie, gdzie pieniądz jest miarą wszechrzeczy, słabo opłacanych pracowników nisko się poważa. 

Kiedy po latach chałtur i zaciskania pasa Alec dostaje bardzo ambitne zlecenie (przekład sztuki Lázára) i redaktor zaprasza go na obiad, honorarium nijak się ma do splendoru sprawy:

„Stoltz [redaktor] zadzwonił do Aleca i zaprosił go na lunch do Orso w Covent Garden, restauracji tej klasy, w jakiej Alec nigdy nie bywał. Po szparagach i ravioli z homarem zaproponował mu umowę […]. Pieniędzy jak zwykle było w tym bardzo mało –«chciałbym móc dać ci znacznie więcej» – ale dość, żeby przy bardzo ostrożnym rozporządzaniu, Alec mógł zrezygnować ze znienawidzonych tłumaczeń technicznych (ostatnio zlecono mu tekst o układach hamulcowych dla francuskiej kolei)”.

W dodatku Alec tłumaczy w ogrodowej szopie, gdzie urządził sobie biuro. A że praca jest „elastyczna”, to można wcisnąć ją w szczeliny między innymi, ważniejszymi obowiązkami. Brzmi niezwykle wiarygodnie. Który bowiem tłumacz nie usłyszał, że skoro i tak „siedzi w domu” – i, w przeciwieństwie do prawdziwego pisarza, nie czeka w skupieniu na muzę – może wyskoczyć po zakupy/odebrać awizo/popilnować bratanka. Nie każdy ma choćby szopę, gdzie może się schować.

Tłumacz jako „gorszy pisarz”

Wątek pod tytułem „tłumacz jako gorszy pisarz” pojawia się też w ostatniej powieści Paula Austera „Baumgartner”. Żona głównego bohatera, Anna, przekładała z języków romańskich. Po jej śmierci Sy Baumgartner odkrywa, że potajemnie pisała pamiętnik i poezję. 

Zdaniem Baumgartnera żona poświęciła ogromny talent literacki dziełom cudzym, a najlepsze, co miała do zaoferowania, czyli własne wiersze, ukryła przed światem. Potwierdza to powszechne przekonanie, że tłumacz tak naprawdę chciałby pisać, tylko brak mu śmiałości. Albo pomysłów.

Ciekawy jest też wątek finansowy. Auster znał zapewne specyfikę zawodu, tyle że w jego bardziej prestiżowej wersji: jego wuj, Allen Mandelbaum, był znanym tłumaczem z języków klasycznych i autorem kanonicznego przekładu „Boskiej komedii” na angielski. W książce Sy, pisarz i wykładowca akademicki, oraz Anna, tłumaczka, żyją bardzo wygodnie: podróże, drogie wino, zero problemów z wypłacalnością. Od razu widać, że to fikcja.

Jeszcze mniej realistyczna – tym razem celowo – jest powieść Jennifer Croft „Wymieranie Ireny Rey”. Croft, znakomita tłumaczka, między innymi Olgi Tokarczuk na angielski, tworzy luźno inspirowaną noblistką pisarkę Irenę Rey, która zaprasza swoich tłumaczy do dębowego domu w Puszczy Białowieskiej. Właśnie tam, odcięci od świata i karmieni dziwnymi grzybkami, tłumaczą jej kolejne książki. Autorka przejmuje pełną kontrolę nad procesem wydawniczym i tłumaczeniami:

„Chciała, żebyśmy tłumaczyli na świeżo, nie sugerując się żadnymi recenzjami czy opiniami, które moglibyśmy przeczytać, ani pozytywnymi, ani negatywnymi. Odmawiała dostarczenia rękopisu swojemu wydawcy, obecnie największemu polskiemu wydawnictwu, dopóki każde z nas, tłumaczy, nie dobije do półmetka”.

Fabuła jest zbyt odlotowa, by ją tu streszczać. Dość powiedzieć, że pomysł jest podobny do tego, co w filmie „Tłumacze”, ale realizacja dużo bardziej fantazyjna. Prym wiedzie charyzmatyczna autorka, a tłumacze nie mają nawet imion – nazywają się Szwedzki czy Hiszpański, a ich zadaniem jest propagowanie dzieła Rey za granicą. 

Inną tłumaczką, która sięgnęła po pióro, jest Zofia Chądzyńska. W „Skrzydle sowy” opisuje neurotyczną Anielę. Pracuje jako tłumaczka, ale oczywiście marzy o pisarstwie, więc wyjeżdża na wieś, gdzie długo czeka na Muzę.

Z wyjątkiem szalonych, tajnych zlotów, tłumacz wiedzie żywot domowy – kontakty z zagranicą zapewniają mu książki lub romanse z autorami. 

Od czasu do czasu zjada obiad na koszt wydawcy, ale perspektywa prekariatu i technicznych chałtur nigdy całkowicie nie znika z horyzontu. 

Często tłumacz, a jeszcze częściej tłumaczka, wykonuje obowiązki opiekuńcze: zajmuje się dzieckiem lub chorym rodzicem. No i po kryjomu marzy o pisaniu. Wiadomo – większy prestiż. A jakie pieniądze!

Literatura przedmiotu:

„Tłumacze”, reż. Régis Roinsard, Netflix, 2019.

„Paris, etc.”, reż. Zabou Breitman, Canal+, 2017.

Sylvain Prudhomme, „Na rozdrożach”, tłum. D. Malina, wyd. Nowe, 2022.

Andrew Miller, „Oxygen”, Sceptre, 2001 [fragment w moim przekładzie].

Paul Auster, „Baumgartner”, tłum. M. Makuch, wyd. Znak, 2025.

Jennifer Croft, „Wymieranie Ireny Rey”, tłum. K. Gucio, Pauza 2026 [fragment w moim przekładzie].

Zofia Chądzyńska, „Skrzydło sowy”, wyd. Czytelnik, 1967.