Protesty rozlały się na cały kraj i trwają nadal. „Dzieci do szkoły!” odpowiedział rząd, i takie właśnie hasło wypisano też w styczniu w Nowym Sadzie. Tyle, że zamiast „Djeca”, dzieci, ktoś nabazgrał „Ćeca”, co nic nie znaczy – w serbskiej cyrylicy litery „dj” i „ć” są podobne. Hasło z ochotą podchwyciła opozycja, argumentując że powrót do szkoły przydałby się raczej jego autorowi, a w odpowiedzi za swoje określenie „ćeca” przyjął obóz rządowy.

Dzieci na wybory?

Prezydent Vuczić paradował w koszulce „Ja też jestem ćeca”, a w Belgradzie, w parku przed parlamentem, wyrósł Ćecaland, miasteczko namiotowe zwolenników rządu. Jego mieszkańcy, chronieni przez policję i ochroniarzy, rzucali kamieniami w antyrządowych demonstrantów. Szybko się okazało, że i oni, i ochroniarze, opłacani są z publicznych pieniędzy. Dostawali fikcyjne zatrudnienie w państwowych lub samorządowych firmach, ale zamiast do pracy chodzili do Ćecalandu. Inni, podobnie fikcyjnie zatrudnieni, obsługują centra telefoniczne rządzącej Serbskiej Partii Postępowej (SNS) prezydenta Vuczićia, i mają co robić. We wrześniu prezydent, który nie może się ubiegać o trzecią kadencję, rozwiązał parlament i zapowiedział, że po rozpisanych na tę sobotę przyspieszonych wyborach powróci do władzy jako premier.

Ku powszechnemu zdumieniu, studencki ruch protestacyjny nie tylko się przez dwa lata nie wypalił, ale przerodził się w partię polityczną, Studencka Lista, która zastąpiła niemal całą wcześniej istniejącą opozycję, w wiosennych wyborach samorządowych zdobyła niewiele mniej głosów, niż postępowcy. Sondaże przewidują podobny wynik wyborów parlamentarnych, a niektóre dają wręcz przewagę studentom. Do Skupsztiny mogą jeszcze wejść prorządowi socjaliści, co zwiększyłoby szanse Vuczićia na premierostwo – ale to między postępowcami a studentami rozegra się zasadnicza walka.

Obie partie są zresztą źle nazwane: na liście studenckiej nie ma ani jednego studenta. Są rozmaici profesorowie i lokalni działacze, których wyborcy mogą nie znać, podczas gdy na liście SNS aż roi się od celebrytów. Za to postępu i ze świecą tam nie uświadczysz: to partia władzy i tych, którzy się przy niej nakarmili, w tym i owych tysięcy fikcyjnie zatrudnionych pracowników miejskich elektrociepłowni czy firm zarządzających rachunkami komunalnymi, którzy zamieszkują Ćaciland lub go chronią, czy wręcz napadają na jego przeciwników.

Niedawno jeden z prorządowych bojówkarzy, Momcziło Marianović, ujawnił cały proceder, z dowodami wpłaty włącznie, portalowi śledczemu Birn. Mało to kim wstrząsnęło, a oskarżeni o fikcyjne zatrudnianie ludzi odmawiają komentarza. Rozpisanymi na koniec grudnia wyborami prezydenckimi też mało kto się interesuje. Jeśli parlamentarne wykrają postępowcy, Vuczić zostanie premierem i przy nim pozostanie władza. Jeśli wygrają studenci, to rozstrzygającą kwestią będzie, czy Vuczić władzę odda. W obu przypadkach niewielkie będzie miało znaczenie, jak się będzie nazywać wybrany w dwa miesiące później prezydent.

Czy Vuczić odda władzę?

Mało kto wątpił, że PiS odda władzę, gdy przegrał po ośmiu latach rządów wybory – i chwała mu za to. Także i na Węgrzech, mimo że „nieliberalna demokracja” Victora Orbana trwałą dwa razy dłużej, nie było poważniejszych obaw czy to o fałszowanie wyborów, czy to o uszanowanie ich wyniku. W Belgradzie Vuczić rządzi wprawdzie krócej, zaledwie lat 14 – ale Serbia, inaczej niż Polska czy Węgry, nie należy do Unii. To zaś oznacza, że nic na dobrą sprawę nie równoważy determinacji władz, by władzy nie oddawać. Sama zaś determinacja obywateli, by władzę odzyskać, może się nie okazać wystarczająca. Sobotnie wybory będą bowiem wprawdzie wolne, ale nie będą równe, i niekoniecznie tajne.

Obserwatorzy wyborczy UE już zwracają uwagę na możliwość cudów nad urną – zwłaszcza, że w wielu instytucjach państwowych i samorządowych, a nawet w żyjących dobrze z państwem, i z państwa, firmach prywatnych, pracownikom dawano do podpisania zobowiązania do głosowania na postępowców. Odmawiającym nie groziła wprawdzie utrata pracy, ale przeniesienie gdzieś na prowincję czy zablokowanie szans na awans już tak. Podpisywali z reguły wszyscy, a wielu zobowiązywało się też do wspierania „głosowania kapilarnego”: za dodatkowym honorarium spisywali listy członków rodziny, którzy mieli też głosować na SNS. Ale zobowiązanie musiało być wiarygodne: pracownicy centrów telefonicznych partii, z reguły fikcyjnie zatrudnieni za publiczne pieniądze, dzwonili i sprawdzali, czy wymienieni rzeczywiście zamierzają głosować, jak należy.

Takie telefony będą się powtarzały, aż do dnia wyborów włącznie. Frekwencja zapowiada się wysoka – 60 procent, a może nawet więcej. „Ale nawet przy wysokiej frekwencji wygramy” zapewnia Vuczić, tym samym przyznając, że im mniej obywateli głosuje, tym dla rządu lepiej. A najlepiej, żeby nie głosowali oni wcale.