„Obsesja” pozornie sytuuje się jako remake popularnego w latach osiemdziesiątych thrillera „Czarna wdowa” Boba Rafaelsona (twórcy „Pięciu łatwych utworów” z 1970 roku czy „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy” z 1981). W oryginalnej wersji pracownica departamentu sprawiedliwości Alexandra (Debra Winger) zainteresowana szeregiem nierozwiązanych zgonów trafia na ślad Catherine (Theresa Russell) seryjnej zabójczyni. Choć film nigdy nie zdobył istotnego miejsca wśród najbardziej znanych thrillerów erotycznych (jak „Fatalne zauroczenie” Adriana Lyne’a i „Nagi instynkt” Paula Verhoevena), to popularny trend przerabiania tych produkcji na seriale („Fatalne zauroczenie” Paramount Studios, „Uznany za niewinnego” i „Przylądek strachu” platformy Apple) sprawił, że „Czarna wdowa” wróciła w ciekawej i odpowiadającej na dzisiejszy zeitgeist odsłonie.
Schematyczne zabójczynie
Serial „Obsesja”, którego twórczynią jest Elizabeth Meriwether, pod wieloma względami odchodzi od filmowego oryginału. We współczesnym Nowym Jorku, Alice (Emmy Rossum), nowicjuszka w FBI i była policjantka, zaczyna podejrzewać, że morderstwo zamożnego mężczyzny wpisuje się w szerszy schemat tajemniczych zgonów. Jednocześnie śledzimy poczynania brutalnej i nieprzewidywalnej Catherine (Lola Petticrew), niepokojąco przypominającej dziecinną nastolatkę. Zachowanie kobiety każe podejrzewać, że jej motywacją niekoniecznie (jak w wersji z lat osiemdziesiątych) jest jedynie chęć zysku.
Meriwether, należy do nowego pokolenia autorek, których w serialowym świecie zawsze było za mało. Scenarzystka i kreatorka seriali, w 2022 roku zrealizowała miniserial „Zepsuta krew”, oparty na życiu Elizabeth Holmes, oszustki i założycielki firmy Theranos, w 2024 zaś stworzyła nagradzaną „Kwestie seksu i śmierci”, serial stanowiący połączenie czarnej komedii z łamiącym tabu tematem chorej na raka kobiety odkrywającej własne pożądanie. Styl produkcji Meriwether definiuje tworzenie wątków, które mogą budzić dyskomfort, zniuansowane postacie oraz brak łatwych serialowych rozwiązań. Jej sposób opowiadania budzi zainteresowanie, wykreowany świat wciąga, a napięcie – niezależnie od tematyki – nie słabnie.
O ile fascynacja enigmatycznymi postaciami seryjnych zabójców w kinie datuje się od czasów Normana Batesa (wzorowanego między innymi na Edzie Geinie) i „Psychozy” Hitchcocka, to tak naprawdę do serialowego świata dotarła dopiero w ubiegłej dekadzie. Poza mrokiem „Mindhuntera” czy „Hannibala” pojawiły się produkcje takie jak „Killing Eve”, które w charakterystycznym ironicznym stylu pokazywały atrakcyjne, psychopatyczne zabójczynie.
Fantazja o charyzmatycznej psychopatce i jej potraktowanej z przymrużeniem oka zabójczej misji sprawiła, że kolejne platformy streamingowe szybko starały się wypuścić własne, przeważnie dość odtwórcze wersje.
Nieważne, czy próbowano je uczłowieczać, czy zmienić jedynie w obiekt pożądania, zabójczynie pokroju Villanelle, zaczęły stawać się kolejną serialową kliszą.
„Obsesja” różni się od tych produkcji. Meriwether w swojej filmografii kilkakrotnie udowodniła, że potrafi prezentować wszystkie odcienie szarości i wskrzeszać wymęczone telewizyjne formaty. W „Obsesji” prawie nic nie jest tym, czym się początkowo wydaje.
Świat kobiet
Alice dopiero rozpoczyna karierę w FBI i od pierwszych chwil widzimy, jak monotonna jest jej biurowa praca. O kobiecie wiemy niewiele więcej niż o tropionej zabójczyni. Jej poprzednią karierę w policji otacza tajemnica, podobnie jak rodzinne więzy. Alice jest sprytna, często kłamie, a jej zachowanie wydaje się irracjonalne. Tylko czasem zza jej opanowanej fasady wyglądają strach, a przede wszystkim gniew. Nie trzeba jej lubić. Bardziej niż do Debry Winger w „Czarnej wdowie” bliżej jej do agentki Clarice Starling (rola najpierw Jodie Foster, a później Julianne Moore) z „Milczenia owiec” i „Hannibala”. Mizoginia agencji, którą świetnie podkreślały filmy Jonathana Demme i Ridleya Scotta, jest w „Obsesji” obecna na każdym kroku.
Catherine z kolei jest przerażająca – ale także budzi współczucie; nieobliczalna – ale znakomicie manipulująca ludźmi wokół siebie. Pod wieloma względami jednak ma ona w sobie wiele ze zwykłej dziewczyny, zatrzymanej na etapie bycia nastolatką. Z każdym odcinkiem wokół tej postaci pojawia się coraz więcej niuansów i znaków zapytania. Jej relacja z chorym na dystrofie mięśniową Aldenem (Steve Way) jest jednym z najciekawszych elementów serialu.
Kreacje Emmy Rossum i Loli Pettigrew, dwóch utalentowanych aktorek mających za sobą sukcesy na małym ekranie są znakomite (Rossum wiele lat grała w amerykańskim „Shameless”, o Petticrew zrobiło się głośno w zeszłym roku po premierze serialu „Nic nie mów”, gdzie grała członkinię IRA). Równie interesująca jest także reszta obsady: Danny (Scoot McNairy), kolega Alice i ciągle zmęczony policjant, ojciec i rozwodnik, pozornie powielający swoje stałe role niezręcznego ekschłopaka Jake Lacy oraz niesympatyczni agenci FBI, szereg wpływowych ofiar Catherine czy zamieszanych w sprawę świadków (jedna z najciekawszych ról Hope Davis od lat). Sojuszniczką Alice staje się pozbawiona złudzeń Nora (Quincy Tyler Bernstein) szefowa niedofinansowanego wydziału do walki z pedofilią.
Osiem odcinków „Obsesji” potwierdza umiejętność Elizabeth Meriwether do kreowania klaustrofobicznego świata, który wciąga widza, a przy tym łamie szereg stereotypów dotyczących płci, rasy i pełnosprawności.
Mrok pogoni za seryjną zabójczynią i dyskomfort kolejnych dowodów na przemoc wobec kobiet kontrastuje z autoironią bohaterów i nieoczekiwanie zabawnymi scenami (w jednym z odcinków niesympatyczna rodzina przyszłej ofiary Catherine zastanawia się, jak wyprosić ją z domu, gdy wszystkie dozwolone zasady savoir-vivre’u zawodzą).
Furie
Podobnie jak we wcześniejszych produkcjach Meriwether kobiece postacie od głównych do pobocznych ról są niezwykle interesująco pomyślane. Nie ma tu idealnych kobiet, męczenniczek dla sprawy, źle napisanych partnerek stanowiących jedynie dopełnienie głównego męskiego bohatera czy niezwyciężonych czarnych charakterów.
Siostry, córki, matki, koleżanki z pracy, żony czy dziewczyny ukazywane są w różnym, zwykle nie do końca pochlebnym świetle. Sam scenariusz zaś rewiduje wiele stereotypów związanych z byciem kobietą, w świecie, w którym słowa takie jak kobieca solidarność czy siostrzeństwo stają się pustymi sloganami.
Pada tu wiele gorzkich oskarżeń o bezczynne patrzenie na cudzą krzywdę, oportunizm i wyrachowanie. Przede wszystkim jednak: tym, co przewija się przez życie bohaterek, i Alice, i Catherine, i kobiet, i dziewcząt spoza pierwszego planu, jest poczucie bezsilności.
W jednej ze scen Nora, doprowadzona na skraj wytrzymałości biurokracją FBI i cynizmem swoich kolegów, wymienia starogreckie rodzaje gniewu: od najsłabszego (Thymos) po najmocniejszy, najbardziej zjadający od środka (Aganaktesis). Jej słowa niezgrabnie wypadają w korporacyjnej sali przeznaczonej na krótkie spotkanie agencji FBI dotyczące komfortu wykonywanej pracy. Bo „Obsesja”, zgodnie z oryginalnym angielskim tytułem („Furious”) ma przede wszystkim smak gniewu, w pierwszym odcinku nieprzypadkowo pojawia się (znów z ust Nory) opowieść o mitologicznej Meduzie (przed przemianą ofierze gwałtu Posejdona, niszczącej swoim spojrzeniem). Gniewu, który wynika z braku sprawczości, poczucia bycia niewidzialnym. Alice nie jest nikim ważnym, w FBI zdobywa dopiero pierwsze szlify. Catherine przez lata nie znaczyła nic, aż do czasu, gdy postanawia wziąć sprawy we własne ręce.
Śladami Hitchcocka
Nie sposób nie porównywać „Obsesji” z wcześniejszym o kilka miesięcy serialem „Przylądek strachu” stworzonym przez Nicka Antoscę. Obie produkcje mają źródła w oryginałach z lat osiemdziesiątych (choć „Przylądek strachu” na podstawie książki Johna D. Macdonalda, zadebiutował na ekranie w 1962 roku filmem Williama Wylera), obie też mniej lub bardziej dosłownie cytują duchowego ojca filmów neo-noir Alfreda Hitchcocka i czerpią z jego stylu. W „Przylądku strachu” pojawiają się odniesienia do „Zawrotu głowy” i do „W cieniu podejrzenia” (podobne odniesienia pojawiały się też w wersji „Przylądka…” Martina Scorsesego). W „Obsesji” Meriwether cytuje przede wszystkim „Marnie” Hitchcocka i jej temat kobiecej identyfikacji, meandrów pamięci i relacji między seksem i władzą.
Różnicą między tymi dwiema stosunkowo dobrze przyjętymi serialowymi produkcjami jest nie tylko zgromadzenie w produkcji Antoski bardziej hollywoodzkich nazwisk (Amy Adams, Javier Bardem), ale przede wszystkim dwa zupełnie odmienne podejścia do tego, w jaki sposób wykorzystać oryginalny, nieraz trącący mizoginią i ksenofobią materiał, by odpowiadał współczesnym widzom. Nie wspominając już o zmianach w fabule pozwalających na jej rozciągnięcie do serialowego formatu, co dla niektórych produkcji (serial „Fatalne zauroczenie”) wydawało się wręcz niemożliwą akrobacją.
Zarówno „Przylądek strachu”, jak i „Obsesja” próbują zdekonstruować świat thrillerów z tamtego okresu. „Przylądek strachu”, historia atomowej rodziny pary prawników (Amy Adams i Patrick Wilson) nękanej przez zwolnionego z więzienia Maxa Cady (Javier Barden), pokazuje przede wszystkim pęknięcia na powierzchni pozornie idealnej amerykańskiej rodziny: od zagubienia nastolatków po kryzys wieku średniego i bezsilność rodziców. „Obsesja” z nacechowanego nienawiścią do kobiet oryginału tworzy ponury i bardzo realistyczny świat, w którym sprawiedliwość i wrażliwość na krzywdę słabszych, rzadko bierze górę.
Eat the rich i zmęczenie materiału
Obie wspomniane produkcje to także opowieści o władzy i uprzywilejowaniu. Temat gniewu i zemsty zespolony jest przecież z pieniędzmi i statusem. I choć w niedawnym artykule w „The Guardian” Alistair Ryder wspomina, że produkcje spod znaku eat the rich zdecydowanie tracą popularność wśród zmęczonej nimi publiczności, Meriwether odnosi się do niego nie w tonie satyry kojarzonym z „Sukcesji” czy „Białego lotosu”, ale tworząc niby dobrze znany, ale prawdziwie odstręczający portret bezkarności bogatych. „Przylądek strachu”, choć wizualnie i fabularnie atrakcyjny, pod wieloma względami jest produkcją zaskakująco konserwatywną i trzymającą się schematów poprzednich wersji (co nie zmienia faktu, że Javier Bardem jest w tej roli znakomity, dystansując legendarne nazwiska Mitchuma i De Niro).
Częste sięganie przez serialowych twórców do thrillerów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych samo w sobie jest po części oznaką pewnego wyczerpania produkowanych przez platformy produkcji i przesytu nowymi treściami. Z drugiej strony: wszechobecna nostalgia jest czymś, co coraz bardziej zdaje się napędzać popkulturę. Pomimo zgrabnego wykonania niektórych remake’ów (jak serial „Uznany za niewinnego”), rzadko kiedy nowa wersja ma do powiedzenia coś więcej niż naprędce zrobioną rewizję ról płciowych i damsko-męskiej dynamiki. „Obsesja”, powstała w roku, gdy dalej pojawiają się nowe fakty związane ze sprawą Jeffreya Epsteina, a oskarżenia wokół siódemki z Cornell na nowo przywołały kwestie związane z sytuacją kobiet w świecie po #MeToo. Serial, który głośno mówi o różnych obliczach przemocy wobec słabszych: od potrzeby kontroli i finansowego szantażu po totalne uprzedmiotowienie, wydaje się szczególnie spadkobiercą produkcji uznawanych za najważniejsze wypowiedzi związane z ruchem #MeToo jak „Głosy kobiet” Sarah Polley i „Asystentki” Kitty Green.
„Obsesja” pod lukrem kolejnej sensacyjnej produkcji jest zatem serialem, który ma bardzo gorzki smak.
