
Dwa lata po ukazaniu się „Małych pająków”, rozpisanej na lata historii o miłości i dojrzewaniu, Łukasz Barys powraca z powieścią, której akcja zamyka się w jednym bardzo długim dniu. Wokół osiemdziesiątych urodzin nestora rodziny, Stanisława, splatają się losy bohaterów krążących między prowincją a centrum, częściej niż w blasku chwały, powracających ze starcia z dorosłością na tarczy.
Węzeł janowicki
„Gdzie sypiają dzikie konie” jest książką o drenażu prowincji, przegranych konfrontacjach z wielkomiejskimi realiami, poezji i nastoletnich namiętnościach poddawanych próbom czasu.
Młodzi dorośli powracają z Łodzi do rodzinnych Janowic rozczarowani i pokiereszowani.
Kamil studiował polonistykę, napisał ciepło przyjęty przez krytykę tomik poezji, którego nie czytał nikt poza krytykami i jego mamą. W Łodzi żył z Basią, miłością z czasów szkolnych. Dziewczyna wkrótce po studiach znalazła pracę w kancelarii prawnej, gdzie realizowała się zawodowo. Kamil wręcz przeciwnie. Nie pracuje, choć nie z wyboru, nie potrafi żyć jako utrzymanek Basi, dlatego też w nieco teatralny sposób ucieka do Janowic. Tam zostaje nauczycielem polskiego w swojej starej szkole podstawowej. Porzucona Basia rzuca się zaś w wir pracy. Niebawem przekonuje się jednak, że broniąc bogatych klientów kancelarii, przyjdzie jej występować w sądzie przeciwko słabszym i pokrzywdzonym, w majestacie prawa odbierając im prawo do sprawiedliwości. Dylematy etyczne stają się coraz trudniejsze.
Paweł, brat Kamila, robi karierę w branży IT. W tym czasie jego partnerka, Paulina, przebywa w Janowicach i opiekuje się synem, małym Olkiem. Paweł zastanawia się, czy tak naprawdę kocha dziewczynę – zwłaszcza wtedy, gdy przychodzi mu mierzyć się z pokusami ze strony młodszych koleżanek. Do grona bohaterek i bohaterów powieści należy też siostra Kamila i Pawła, nastoletnia Karo. Kamil uczy jej klasę i nawiązuje romans z jej matką.
W tym czasie Karo boryka się ze znanymi problemami okresu dojrzewania, z zaburzeniami samooceny na czele. Ostatnią z postaci, które Barys obdarza narracyjnym głosem, jest dziadek Kamila, Karo i Pawła – osiemdziesięcioletni Stanisław. Urodziny mężczyzny walczącego z alkoholizmem i samotnością po śmierci żony stwarzają pretekst fabularny do zgromadzenia bohaterów w jednym domu.
Są wreszcie tytułowe (i okładkowe) konie.
W Janowicach krążą legendy o zdziczałych, majestatycznych zwierzętach, które przeżyły pożar leśnej stajni i zamieszkały w zielonej głuszy. Odpowiedź na tytułowe pytanie pada więc na początku książki.
Zwierzęta te – pod postacią brązowych i czarnych plam na zielonym tle (dlaczego więc na okładce są konie niebieskie i czerwone?) – uwiecznił na płótnie Tadek, niedawno zmarły towarzysz Stanisława. Obraz wisi na ścianie domu seniora niczym strzelba Czechowa, przykuwając spojrzenia domowników i gości. Od początku wiadomo jednak, że nie chodzi o mapę, ale o terytorium, a więc prawdziwe konie, które zapewne rozstrzygną kwestię swojego istnienia w decydującym momencie.
Jak widać, fabuła książki Barysa jest rozbudowana i bardzo gęsto spleciona. Jego bohaterowie są dość typowi, ale wiarygodni i ludzcy: kochają, romansują, tęsknią i cierpią. Cierpi zwłaszcza umierająca na raka żona Stanisława, a poświęcone jej fragmenty są najbardziej przejmujące. Barysowi udaje się na trzystu stronach rozpisać tyle wątków dlatego, że oprócz samej akcji skondensowanej i wtłoczonej w jeden długi, czerwcowy dzień, otrzymujemy sięgające daleko wstecz retrospekcje. Czas rozciąga się dzięki żonglerce perspektywami i można odnieść wrażenie, że wszystko, o czym czytamy, trwa o wiele dłużej. A Janowice są o wiele dalej od Łodzi niż faktyczne pół godziny drogi.
Czy to wszystko małecczyzna?
Janowice, prowincja – a tak naprawdę przedmieścia wielkiego miasta – cały literacki świat Barysa, a także sama narracja, przywodzą na myśl bardzo popularnego autora prozy środka, Jakuba Małeckiego.
Oczywiście Małecki nie ma wyłączności na pisanie o pogmatwanych losach ludzi, którzy na zmianę oddalają się od siebie i zbliżają, noszą traumy swoich ojców i dziadków, a przede wszystkim przetaczają się po peryferiach.
Powieść Barysa to przykład „małecczyzny” ze wszystkimi jej zaletami, jak wciągająca opowieść, ale też licznymi wadami, jak monotonny ton opowieści, ckliwość czy banalny symbolizm. Książki Małeckiego są bezpieczne. Bezpieczna powieść wyszła też spod pióra bezsprzecznie utalentowanego Barysa. Podobnie jak książki autora „Dygotu”, jego najnowszą powieść można bez obaw podarować każdemu kolekcjonerowi wzruszeń.
Jestem pewien, że to powieść, z którą autor mógłby zrobić tournée po domach kultury i cieszyć się dobrym odbiorem. Wierzę, a może po prostu chcę wierzyć, że popowość „Gdzie sypiają dzikie konie” jest konwencją, próbą stworzenia czegoś zupełnie innego niż poprzednia powieść, przynajmniej pod względem formalnym. Jeśli bowiem chodzi o problematykę, wątki takie jak wędrówki młodych między rubieżami a centrum czy awans społeczny poprzez literaturę, były już bardzo silnie zaakcentowane w „Małych pająkach”.
Wśród najcięższych zarzutów względem powieści – stawianych choćby przez Adama Woźniaka z „Dwutygodnika” i Olgę Żyminkowską z „Małego Formatu” – pojawia się ten dotyczący zmarnowania przez Barysa potencjału językowego polifonicznej z zamysłu powieści. Możemy przeczytać nawet, że każdy z pięciorga narratorów mówi u Barysa tym samym lub bardzo podobnym głosem. Nie oceniałbym autora aż tak surowo – dostrzegam zróżnicowanie słownikowe czy składniowe, niemniej poszczególne idiolekty są do siebie na tyle przystające, żeby nie zaburzać rytmu opowieści. Zresztą – wszyscy ci ludzie wywodzą się z Janowic, a u Barysa „janowickość” porządkuje cały świat przedstawiony. Janowice to także stan umysłu, a więc i stan języka.
Poezja a życie
Ciekawy zagadnieniem jest wieloznaczna gra Barysa z poezją. Kamilowi – postaci czerpiącej pełnymi garściami z biografii twórcy – debiut poetycki przyniósł zarówno symboliczny awans społeczny, jak i rozczarowania. Z jednej strony, pozytywne recenzje zapewniły mu namiastkę chwały literackiej, z drugiej – nie miały żadnego wpływu na warunki życia (czemu trudno się dziwić) i nie ułatwiły mu rozpoczęcia kariery po ukończeniu studiów. Bohater błąka się ze swoją poezją od rozmowy do rozmowy o pracę w bezdusznym marketingu. Ostatecznie, odrzucony przez rynek pracy, pakuje swoją poezję do walizki i wraca do Janowic. Jego poetyckością naznaczona jest całą powieść, wszystkie narracje pierwszoosobowe:
Posoliłeś wodę?; pytała,
musisz pokroić ziemniaki w kostkę,
buraka też.
[s. 39]
albo
Teraz włóż mięso, mówiła
teraz wrzuć por,
teraz marchewkę,
nie musisz kroić,
wrzuć całość.
[s. 37]
Zabieg można odczytywać różnie – jako poetyzację codzienności albo „ucodziennianie” poezji, czy też złośliwość wymierzoną w Kamila. Przemawia do mnie ta ostatnia interpretacja, w myśl której dostrzegam tu również autorską autoironię.
Barys co prawda osiągnął w literaturze o wiele więcej niż Kamil, możemy jednak ostrożnie wnioskować, że ta inteligencka tułaczka między centrum a prowincją to jedno z formujących go doświadczeń.
W takim przypadku Barys może ironizować na temat swojej wczesnej twórczości, która obejmowała tomik poezji „Wysokie słońce” oraz powieści „Kości, które nosisz w kieszeni” i „Jeśli przecięto cię na pół”. Mocną stroną wszystkich wymienionych pozycji był język: rytm i dykcja, bogata metaforyka, umiejętność zgrabnego mieszania rejestrów, humor, słowem – ponadprzeciętna wrażliwość językowa. Jak zauważył mięzy innymi Marcin Bełza na łamach „Kultury Liberalnej” w roku 2023, efektowność nieraz dominowała nad spójnością fabularną, co nie oznacza, że wadą twórczości Barysa kiedykolwiek było pustosłowie. Wręcz przeciwnie – ta gęsta proza chciała powiedzieć wszystko, zaczepiając o każdy z popularnych wówczas tematów literackich, od nieheteronormatywności po zwrot ludowy, doprowadzając do przesytu spraw ważkich.
Na tle pierwszych książek „Małe pająki”, a więc polska wariacja na temat „Normalnych ludzi” Sally Rooney, prezentowały się jako coś nowego – proza surowa, pozbawiona ozdobników, język przestał być celem pisarskim samym w sobie, a stał się tylko i aż napędem opowieści. W najnowszej książce Barys nadal kieruje się tym podejściem. Choć „Gdzie sypiają dzikie konie” nie wciągnęły mnie tak jak poprzednia książka Barysa, są dobrze skonstruowaną opowieścią, która świadczy o rozwoju warsztatowym pisarza. Za każdym razem próbuje on wymyślić swoje pisanie na nowo. Z drugiej strony, ktoś mógłby uznać, że pisarz „wyszumiał się” artystycznie i napisał dość zwyczajną, sprawną warsztatowo książkę.
Tak czy inaczej, cenię ją za to, że podejmuje istotny, a chyba jeszcze nierozpracowany literacko temat powrotów do domów rodzinnych po zawodowym falstarcie.
Od pierwszej książki ujmuje mnie też ekokrytyczna wrażliwość Barysa, która czasem wydaje się wręcz franciszkańska. Troska autora nie ogranicza się do tytułowych, na poły magicznych koni. Najważniejszymi bohaterami nieludzkimi są tu łódzkie gołębie, niezwykle ważne w świecie przedstawionym, ponieważ „służą do przeganiania ciemności i zarządzają rozpoczęciem dnia, chociaż pewnie robią to dla chleba, a nie dla ludzi” [s. 85]. Gdy dzikie konie jeszcze smacznie śpią, one czuwają.
Książka:
Łukasz Barys, „Gdzie sypiają dzikie konie”, wyd. W.A.B., Warszawa 2026.
