„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Bez kategorii > KUISZ & MARCZEWSKI:...

KUISZ & MARCZEWSKI: O liberalizm Europy Środkowo-Wschodniej

Jarosław Kuisz, Paweł Marczewski,
„Kultura Liberalna”

O liberalizm Europy Środkowo-Wschodniej*

Manifesty niektórych polskich liberałów brzmią coraz bardziej jak manifest komunistyczny. Nie współgra to z dojrzałym liberalizmem, który związany jest doświadczeniami Europy Środkowo-Wschodniej, a któremu przyświeca ostrożny sceptycyzm, a nie gwałtowne dążenie do wielkich zmian społecznych. Rewolucja liberalna już się odbyła w Polsce w 1989 roku. Teraz czas na dbanie o poluzowane ramy liberalnej demokracji. Zadanie nieoczywiste, ryzykowne i fascynujące.

I.

Korzenie

Polski liberalizm nie spadł z księżyca. Wywodzi się bardziej z traumatycznych doświadczeń PRL niż z lektur klasyków. Próba zniewolenia umysłów, unieważnienie znaczenia jednostki i własności prywatnej – to tam trzeba szukać źródeł współczesnej polskiej wolności. Zdumiewające, że zapomina się, iż nasz liberalizm ma także korzenie nieekonomiczne.

W sferze publicznej wciąż istotne znaczenie ma doświadczenie opozycji lat 70. Modne jest szukanie w KOR-ze wrażliwości wyłącznie lewicowej, w ROPCiO i KPN-ie – prawicowej. Jeśli jednak pamiętamy, że katalizatorem działań opozycji było podpisanie w Helsinkach aktu końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE), to można spokojnie powiedzieć, że w programach dysydentów znajdziemy także odwołania do podstawowych wolności jednostki. Nie przypadkiem Paul Berman w „Opowieści o dwóch utopiach” pokazał drogę, jaką przeszli czołowi opozycjoniści z Europy Środkowo-Wschodniej: od zafascynowania utopią lewicową w 1968 r. do walki o liberalną demokrację w 1989 r.

Oto są nasze doświadczenia, które także fundują polski liberalizm. Lektury Adama Smitha i Johna Stuarta Milla należy traktować jedynie pomocniczo, jako ułatwiające ułożenie opowieści o tym, co znane z autopsji. Czy się to komuś podoba, czy nie, Polacy sami walczyli o liberalną demokrację – zaakceptowali przemiany 1989 r. – wraz z prawem do narzekania na ustrojowe niedostatki.

II.

– Krytykuję „liberalizm”. – Dobrze. Ale… który?

To, że konserwatywna prawica i kulturowa lewica – jedna silna politycznie, druga wpływowa medialnie – rozpychają się dziś w sferze publicznej, jest także skutkiem błędów czy ideologicznych „zdrad” liberałów.

Po pierwsze, błędem jest myślenie w kategoriach „wszystko albo nic”. Odrywanie się od korzeni liberalizmu „oddolnego”, myślenie w kategoriach abstrakcyjnych i fiksacja na ekonomii. W Polsce pozaekonomiczny liberalizm zagarnęła tymczasowo lewica – trochę dlatego, że liberałowie, docierając do władzy, nagle okazywali się… konserwatystami.

Po drugie, błędem było zafiksowanie się na jednym, „przedpotopowym” rozumieniu liberalizmu. Radykalizm postulatów ekonomicznych nie bierze pod uwagę ani specyfiki miejsca, ani tego, o jakim liberalizmie w ogóle mówimy! Od czasów Smitha i Milla co nieco w liberalizmie się wydarzyło. Szczególnie polskim – to choćby zasługi m.in. środowiska „Przeglądu Politycznego”, Wojciecha Sadurskiego czy Andrzeja Szahaja, którzy od lat starają się pokazać na przykładach, że liberalizm ani nie zaczyna się, ani nie kończy na dziełach Miltona Friedmana, ba, nawet potrafi je odrzucać.

Prymitywną myśl liberalną odrzucamy jednak przede wszystkim dlatego, że w nikłym stopniu może pobudzać nas do rozwijania liberalizmu środkowoeuropejskiego. Nie uwzględnia ani naszego wkładu w dzieje myśli, ani doświadczeń utraty wolności, które kształtują naszą tożsamość. Np. późne teksty Leszka Kołakowskiego i Zygmunta Baumana zbliżają się do siebie w propozycji postawy sceptycznej, akceptującej jednak liberalną demokrację z jej wadami i zaletami. Zamiast pasywności proponują aktywny udział w życiu intelektualnym, wzbogacanie sfery publicznej nowymi pomysłami, krytykowanie złych koncepcji.

III.

Liberalizm po centralizmie

Jednym z zapomnianych skarbów antyreżimowego myślenia polskich liberałów lat 80. była niezgoda na centralizację połączona z przywiązaniem do lokalnych tradycji i przekonaniem, że sprawnie działające państwo nie musi być zorganizowane wokół jednego, ogólnokrajowego ośrodka władzy.

Polscy liberałowie, przynajmniej ci wywodzący się z gdańskiej opozycji lat 80., nie koncentrowali się wyłącznie na usuwaniu struktur PRL-u, aby umożliwić swobodną działalność gospodarczą. Jak wspomina Paweł Śpiewak w eseju „Edukacja liberalna”, „liberałowie z Gdańska pierwsi wprowadzili do debaty wątek lokalności, wskazując, że kilka silnych, bo samodzielnych ekonomicznie województw, posiadających dość dużą autonomię, byłoby świetną odtrutką na centralizm” („Przegląd Polityczny” nr 100/2010).

To spojrzenie, obecne jeszcze w niektórych projektach PO formułowanych, kiedy ta partia nie była jeszcze u władzy, ustępuje dziś postulatom ekonomicznej i obyczajowej modernizacji wprowadzanej odgórnie. Raport „Polska 2030” i dyskusje nad kształtem ustawy o in vitro mają ze sobą sporo wspólnego. Stoi za nimi przekonanie, że rolą państwa jest stworzenie warunków do uwolnienia „kreatywnego potencjału” jednostek. Państwo ma ułatwiać, umożliwiać i edukować. W parze z „gospodarką opartą na wiedzy” ma iść oświecone społeczeństwo, rozumiane jako zbiór jednostek zdolnych do podejmowania racjonalnych wyborów we wszystkich sferach życia.

Współczesny polski liberalizm nękany jest zatem „strachem przed małymi liczbami”, by użyć sformułowania Arjuna Appaduraia, jednego z najbardziej oryginalnych myślicieli zajmujących się globalizacją. Ów strach objawia się rozumowaniem w binarnych kategoriach ogół-szczegół, reguła-wyjątek. Według tych schematów istnieje wyłącznie państwo z jego niedoskonałymi regulacjami oraz jednostka, która wciela te regulacje w życie w zależności od kontekstu i zgodnie z własnymi interesami. Znika cała sfera instytucji pośredniczących: rodziny, wspólnoty sąsiedzkiej, stowarzyszenia.

Przyjmując tę zero-jedynkową logikę, niektóre odmiany współczesnego polskiego liberalizmu w istocie same się depolityzują. Rozumiejąc każdą wspólną działalność jako wypadkową zbieżnych interesów jednostkowych, stają się w gruncie rzeczy metaprogramem politycznym. Bardziej instrukcją obsługi społeczeństwa niż wyrazem jego rzeczywistych aspiracji, namiętności i potrzeb. Powtarzają zatem w planie społecznym błąd popełniony przez poprzedników ery transformacji w sferze gospodarczej.

IV.

Polskie namiętności, czyli krótko o relacjach państwo – Kościół.

W Polsce modny jest bądź agresywny, bądź całkiem spolegliwy ton wobec Kościoła. Oba nie uwzględniają zniuansowania procesu, w ramach którego przed 1989 r. instytucja ta wspierała dążenia wolnościowe, a następnie ewoluowała wraz z polską demokracją. Wszystkim powinno zależeć na ścisłym rozdziale Kościoła od państwa, ten rozdział jednakże nie może być rozumiany w oderwaniu od polskiej specyfiki. Liberałowie zaś powinni dbać o centrum i ramy liberalnej demokracji, w których odbywają się spory światopoglądowe. Owe żarliwe spory nie wygasną, bo nie wygasły dotychczas nigdzie na (liberalnym) świecie. Dla liberałów oczywiście miłe są te rozwiązania, które gwarantują wolność wyboru. Jednak przegrana nie jest końcem świata, ale początkiem lobbowania za zmianami w ustawodawstwie.

Spoza sporu o in vitro warto dojrzeć inne kwestie. Jerzy Giedroyc, intelektualny patron polskiej wolności, wyraźnie wskazywał, że są takie sytuacje, w których interes państwa polskiego i interes Kościoła mogą wchodzić w konflikt – np. polityka zagraniczna na Wschodzie czy sprawa odzyskiwania majątku przez Kościół, w sytuacji gdy oddaje się budynki, w których wcześniej urzędowała administracja państwowa czy uniwersytety.

To są konkrety, które mogą przekonać obywateli, iż nie chodzi o „walkę z Kościołem” spod znaku ordynarnych antyklerykałów, ale o pracę nad sensownym budowaniem państwa polskiego, które jest niezbędną granicą przestrzeni wolności każdej Janiny Nowak i każdego Jana Kowalskiego. Granice wolności nie mogą być z założenia dziurawe i niewyraźne. A jednocześnie „wolność niczym nieograniczona staje się pojęciowo niemożliwa”, jak przypominał Leszek Kołakowski, mówiąc, że „państwo radykalnie liberalne to utopia, która obraca się przeciw sobie”.

Właśnie dlatego kontekst jest ważny. Skoro nawet „państwo minimum” czy „maksimum” to pojęcia nieostre, wymagające każdorazowego dookreślenia. Ważne jest zatem doświadczenie danej wspólnoty, które pojęcia z liberalnego katalogu zapełnia treścią.

V.

Polski liberalizm – interwencjonistyczny czy interesowny?

Nie ulega wreszcie wątpliwości, że tradycja liberalna to bardzo pojemny nurt myślenia o polityce. Historycy idei zamiast o liberalizmie jako pewnym skończonym systemie, wolą mówić o wielu projektach liberalnych, połączonych ze sobą raczej na zasadzie podobieństwa rodzinnego. Problemem, który dziś, kiedy toczą się konflikty w Iraku i Afganistanie, stanowi jedną z najważniejszych różnic w obrębie obozu liberalnego na Zachodzie, jest pytanie o warunki usprawiedliwiające interwencję zbrojną. Czy liberałowie powinni hołdować jakiejś formie humanitarnego uniwersalizmu w stosunkach międzynarodowych i zgodzić się, że istnieją takie przypadki, kiedy obrona praw człowieka uzasadnia użycie siły? A może powinni pozostać chłodnymi realistami, trzeźwo kalkulującymi interesy narodowe?

Polscy liberałowie wydają się unikać tych pytań jak ognia, ograniczają perspektywę do polityki wewnętrznej. Jedynym wyjątkiem jest mantra pogłębiania integracji z Europą. Niektórzy liberałowie przekonują, że „liberalizm nie musi być zimny”. Problem zaczyna się jednak wówczas, gdy tego rodzaju postulaty usiłuje się przenieść na poziom ponadpaństwowy. Taka krótkowzroczność zastanawia szczególnie wtedy, gdy uświadomimy sobie, iż liberalne przywiązanie do tych wartości zaczęto w Polsce wyrażać przed 1989 r. przede wszystkim w języku praw człowieka.

Problem niedostrzegania lub pomijania dylematów stanowiących zasadniczą oś podziałów na Zachodzie nie wynika jednak wyłącznie z hołdowania przez polski liberalizm „abstrakcyjnemu uniwersalizmowi”, który każe obsadzać radykalnych islamistów w roli odgrywanej niegdyś przez Sowietów. Przyczyny są o wiele bardziej podstawowe – polski liberalizm nie potrafi jednoznacznie zadeklarować, dlaczego opowiada się za interwencjami w krajach takich jak Irak czy Afganistan. Argumenty etyczne (przeciwstawienie się fanatycznym talibom, obalenie zbrodniczego reżimu Saddama Husajna) mieszają się z pragmatycznymi (musimy być wiarygodnym partnerem dla sojuszników w NATO).

Tymczasem liberalna polityka zagraniczna, odważnie mierząca się z pytaniami o uzasadnienie interwencji, powinna być przede wszystkim wrażliwa na kontekst, rozpatrywać każdy przypadek osobno. Na najbardziej podstawowym poziomie liberalizm oznacza samodzielność myślenia. Jeśli liberałowie uznają, że człowiek sam, opierając się na własnym rozumie i sumieniu, powinien decydować o kwestiach takich jak aborcja, a przy tym są świadomi, że w swoich wyborach nie kieruje się on wyłącznie egoistycznym interesem – to najwyższy czas uwolnić również jego myślenie o etycznych zobowiązaniach w polityce zagranicznej spod dyktatu zimnowojennych, binarnych podziałów oraz partykularnego interesu narodowego.

VI.

Zakończenie

Liberalna demokracja nie jest czymś danym raz na zawsze, tylko dlatego, że gdzieś tam jest Bruksela, Strasburg czy Watykan. Doskonale wiemy, że w 1926 i w 1981 roku, choć w odmiennych kontekstach, to jednak z rodzącą się demokracją w Polsce rozprawiono się własnymi rękami. Tym bardziej do czwartej władzy należy misja wypracowywania języka, który będzie łagodzić polityczne napięcia, przekazując jednocześnie niezbędne informacje.

„W naszym kulturowym wyposażeniu brakuje trzech ważnych elementów: przekonania o wspólnym celu rozmowy, założenia dobrej woli partnera dialogu i woli pozostania we wspólnocie dialogującej. Problem Polaków z dialogiem nie tkwi w tym, że jesteśmy jako naród niedouczeni. Nic nie potwierdza naszym zdaniem przekonania niektórych przedstawicieli elit naszego kraju, którzy głoszą z pozycji intelektualizmu etycznego, że lepiej wyedukowany naród zacznie natychmiast wykazywać właściwe postawy w dialogu społecznym” – napisaliśmy w „Nauce mówienia”, manifeście „Kultury Liberalnej”, prezentowanym właśnie podczas V Kongresu Obywatelskiego.

W dialogu przekazujmy także specyficzne dla Europy Środkowo-Wschodniej doświadczenia odzyskiwania wolności. Następne pokolenia już bezpośrednich obciążeń PRL-em nie mają. Oznacza to także, iż smak wolności jest dla nich inny. To wyzwanie. W końcu, jak pisał Kołakowski: „Winniśmy bronić państwa liberalnego niedoskonałego, zbudowanego w oparciu o system kompromisów między celami prawomocnymi, lecz skłóconymi”. Oto zobowiązanie dla tych, którzy rozumieją, że liberalna demokracja jest tak krucha, bo zawsze zależy tyleż od liberalnej utopii, co od pamięci danej wspólnoty.

* Tekst w zmienionej wersji ukazał się na łamach „Gazety Wyborczej” z dn. 11-12XII2010.

SKOMENTUJ
(51/2010)
12 grudnia 2010

„Kultura Liberalna” ukazuje się od 2009 r. dzięki zaangażowaniu dziesiątek osób i dobrej woli darczyńców. Bądź jednym z nich. Wesprzyj nas.
52
numery rocznie
80
stron tekstów tygodniowo
100%
oryginalnych treści
0 zł
za dostęp do artykułów
10 zł
20 zł
50 zł
100 zł
Inna
kwota

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail