Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > BODNAR, SADURSKI, WIERUSZEWSKI,...

BODNAR, SADURSKI, WIERUSZEWSKI, KOWALSKI, KAMIŃSKI: Czy krzyż to szkolny mebel?

Szanowni Państwo,

Ze skrajności w skrajność! W Polsce modny jest bądź agresywny,  bądź całkiem spolegliwy ton wobec Kościoła (zob. J. Kuisz, P. Marczewski,  „Jak być liberałem w naszej części Europy”, Gazeta Świąteczna, grudzień 2010). Oba nie uwzględniają zniuansowania procesu, w ramach którego przed 1989 roku instytucja ta wspierała dążenia wolnościowe, a następnie ewoluowała wraz z polską demokracją. Wszystkim powinno zależeć na ścisłym rozdziale Kościoła od państwa i realizacji konstytucyjnych gwarancji wolności sumienia i religii. Traf chce, iż niedawno Europa drżała w posadach, oczekując na pewne orzeczenie, które domaga się poważnego potraktowania.

Proponujemy dziś temat tygodnia niesłychanie ważny. Temat, w którym jak w soczewce widać, jakie argumenty mogą być wysuwane zarówno przez zwolenników liberalnego państwa, zachowującego neutralność, a także przez tych, którzy daną religię uważają za niezbywalny element tożsamości narodowej. Sprawa Lautsi przeciwko Włochom – bo o niej tu mowa – na pierwszy rzut oka może wydawać się nam odległa. Nic bardziej mylnego.

Soile Lautsi, pochodząca z Finlandii obywatelka Włoch, stwierdziła, że krzyż w szkole publicznej narusza prawo do zapewnienia wychowania i nauczania jej dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami religijnymi i filozoficznymi oraz wolność sumienia i wyznania. Jej protesty zawiodły ją aż do Strasburga, gdzie w dwóch instancjach… wydano dwa sprzeczne ze sobą wyroki! Zapraszamy do lektury tekstów, z których prawie wszystkie – poza kontekstem europejskim – przypominają o polskich uwikłaniach.

Adam Bodnar wyjaśnia szczegóły sprawy Lautsi przeciwko Włochom. Pisze także o Polsce: „jakby na to nie patrzeć, krzyże w polskich szkołach publicznych są (i nie tylko w szkołach – w Sejmie także), będą prawdopodobnie przez wiele kolejnych lat, a podstawa prawna i konstytucyjna dla tej praktyki jest co najmniej nikła”. Wojciech Sadurski pyta, czy strasburski wyrok nie trywializuje symbolu, jakim jest krzyż: „Czyżby krzyż występował w roli szkolnego mebla?”. Roman Wieruszewski przypomina, że sprawa Lautsi jest wyzwaniem dla polskiej dyskusji na temat symboli religijnych: „Niestety, mechanizmy, którymi dysponujemy dziś w Polsce, sprowadzają się do tego, że jeśli krzyż jest, a ktoś chce go usunąć, to mu się to nie udaje”.

Michał Kowalski zachęca, by sprawę patrzeć nie tylko w kontekście istniejącego we współczesnej Europie podziału społecznego pomiędzy światopoglądem religijnym a światopoglądem świeckim, ale także w kontekście innego znaczącego podziału – między tradycją chrześcijańską a islamem. Natomiast Ireneusz Kamiński zarzuca większości dyskutantów w sprawie Lautsi, że zapominają o kwestiach zupełnie podstawowych: na przykład, że wyrok w Strasburgu dotyczył warunków, w jakich prowadzone jest nauczanie publiczne, a nie wolności religii, sumienia i przekonań.

Niniejszy Temat tygodnia został opracowany dzięki seminarium „Gdy ciężka ręka krzyż zawiesza, gdy ciężka ręka krzyż zdejmuje”, które odbyło się 13 czerwca br. Zorganizowały je Helsińska Fundacja Praw Człowieka, Zakład Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz Poznańskie Centrum Praw Człowieka Polskiej Akademii Nauk.

A już wkrótce druga odsłona niniejszego Tematu tygodnia, między innymi z wypowiedziami Ewy Łętowskiej i Haliny Bortnowskiej.

Zapraszamy do lektury!

Redakcja

 

 


1. ADAM BODNAR: Najgorętsza debata
2. WOJCIECH SADURSKI: Krzyż jak szkolny mebel?
3. ROMAN WIERUSZEWSKI: Problem braku jednomyślności
4. MICHAŁ KOWALSKI: Powrót czarnoksiężnika
5. IRENEUSZ KAMIŃSKI: Fatalny margines ocen


Adam Bodnar

Najgorętsza debata

Nigdy jedna sprawa nie była przedmiotem tylu komentarzy prasowych, konferencji i seminariów naukowych, ani tak dalece nie rozgrzewała umysłów teologów, etyków, prawników, obrońców praw człowieka czy religioznawców. Nigdy tak wiele państw nie zaangażowało się w tworzenie koalicji, aby obalić pierwszy wyrok w tej sprawie. Nie było sprawy w historii Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, której obie izby polskiego parlamentu poświęciłyby własne krytyczne uchwały. Sprawa Lautsi przeciwko Włochom (skarga nr 30814/06) to z pewnością jedno z najważniejszych wydarzeń dla ochrony praw człowieka w Europie.

Na pozór sprawa może się wydawać niewinna. Dotyczy pytania, czy w sali w szkole publicznej może wisieć krzyż. Dotyczy zatem rzeczywistości tysięcy szkół włoskich, ale także szkół polskich. Można zadać pytanie: a komu taki krzyż przeszkadza? Dlaczego miałby nie wisieć, skoro znajduje się tam od lat? Soile Lautsi, pochodząca z Finlandii obywatelka Włoch, jednak sprzeciwiła się temu i zaczęła twierdzić, że krzyż w szkole publicznej narusza prawo do zapewnienia wychowania i nauczania jej dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami religijnymi i filozoficznymi oraz wolność sumienia i wyznania. Argumentowała, że krzyż ma działanie indoktrynujące na dzieci, które nie są wyznania rzymskokatolickiego. Jednakże jej przekonania nie znalazły uznania w oczach władz szkolnych oraz sądów włoskich, łącznie z Trybunałem Konstytucyjnym. Dla włoskiego TK krzyż był bardziej symbolem narodowym, świadczącym o tożsamości Włochów, niż symbolem religijnym. Lautsi postanowiła jednak nie odpuszczać i – wspierana przez organizacje pozarządowe – skierowała sprawę do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Trybunał w Strasburgu w wyroku z 3 listopada 2009 roku uznał, że krzyż wcale nie jest symbolem tożsamości narodowej, ale przede wszystkim symbolem religijnym, i jego obecność w klasie szkolnej narusza prawo rodziców do wychowania dzieci i nauczania zgodnie z własnymi przekonaniami (art. 2. Protokołu nr 1 do Europejskiej Konwencji Praw Człowieka), a także narusza wolność sumienia i wyznania dzieci (art. 9. Konwencji). Wyrok został wydany przez Izbę siedmiu sędziów Trybunału, jednomyślnie. Wykonanie tego wyroku mogłoby oznaczać zniknięcie krzyży ze szkół publicznych, a przynajmniej z tych sal lekcyjnych, w których nie odbywają się lekcje religii. Mogło także oznaczać konieczność umieszczenia wielu różnych symboli religijnych, a więc nie tylko krzyża. Z pewnością wyrok Izby zapraszał do dyskusji na temat tego, co z tym faktem społecznym, legitymowanym odpowiednimi ustawami, zrobić – zarówno w szkołach włoskich, jak i w innych państwach europejskich mających podobną praktykę.

Wyrok wywołał olbrzymią falę reakcji – zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Nie tylko we Włoszech, ale i w wielu państwach europejskich, w których relacje pomiędzy Kościołem a państwem są tematem szeroko dyskutowanym. Warto tylko przypomnieć, że jednym z „odprysków” debaty w Polsce na temat krzyży w szkołach była próba wywołania debaty w jednym z liceów we Wrocławiu. Pewien polityk publicznie nazwał licealistów, domagających się debaty, „gówniarzami”, co świadczy o skali emocji. Ale były też znakomite glosy do orzeczeń, publikowane w poważnych czasopismach prawniczych (w tym tekst Haliny Bortnowskiej „Gdy ciężka ręka krzyż zdejmuje”), czy pogłębione komentarze prasowe.

Wyrok wywołał również reperkusje międzynarodowe. Trybunał w Strasburgu został oskarżony o wkraczanie w domenę zarezerwowaną dla państw członkowskich Rady Europy, o przekraczanie granic własnych kompetencji, o nierozważną i zbyt pobieżną analizę problemu, o niezdawanie sobie sprawy z konsekwencji orzeczenia, o brak zrozumienia znaczenia krzyża dla kształtowania tożsamości narodowej wielu państw, szczególnie w czasach trudnych (w tym polskiej Solidarności).

Rząd Włoch skorzystał z przysługującej mu możliwości i postanowił zaskarżyć wyrok do Wielkiej Izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, czyli do składu 17 sędziów. Aby wesprzeć własne argumenty, rząd Włoch zbudował potężną koalicję 10 państw, które przedstawiły swoje stanowiska. W sprawie uczestniczyły także liczne organizacje pozarządowe reprezentujące obie strony debaty. Jako swojego przedstawiciela rząd Włoch zatrudnił wybitnego prawnika – profesora Josepha Weilera, ortodoksyjnego Żyda z Nowego Jorku, cenionego specjalistę od prawa europejskiego, od wielu lat promującego wizję chrześcijańskiej Europy.

Wyrok Wielkiej Izby został wydany 18 marca 2011 roku. Ku zaskoczeniu wielu obrońców praw człowieka był całkowicie odmienny od wyroku Izby. Europejski Trybunał Praw Człowieka większością piętnastu głosów do dwóch uznał, że nie doszło do naruszenia artykułu 2. Protokołu nr 1 do Konwencji, a więc prawa do wychowania i nauczania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami religijnymi i filozoficznymi. Nastąpiło zatem całkowite odwrócenie tez wyrażonych przez Izbę Trybunału. Rząd Włoch triumfował, bo – jak ujmowano to kolokwialnie – „udało się obronić krzyże w szkołach”. Tylko dwóch sędziów Trybunału zgłosiło zdania odrębne.

Główny argument Wielkiej Izby to powołanie się na doktrynę marginesu uznania. Jest to doktryna interpretacyjna Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, która pozwala państwom członkowskim Rady Europy na zachowanie pewnej dyskrecjonalności w sferach, które są dla nich wrażliwe, wynikają z uwarunkowań kulturowych, narodowych, tożsamościowych, religijnych czy z lokalnej tradycji – gdzie państwa same najlepiej wiedzą, jak regulować daną kwestię, za pomocą jakich instrumentów oraz środków. Słowem, doktryna ta pozwala Trybunałowi w Strasburgu – zgodnie z zasadą subsydiarności – nie wkraczać ze swoim orzecznictwem w te sfery, gdzie w różnych państwach obowiązują różne standardy wynikające właśnie z tych wartości lokalnych. Doktryna ta wywołuje sporo kontrowersji, bo często nie jest jasne, gdzie kończy się obowiązek przestrzegania zobowiązań prawnomiędzynarodowych (i gwarancji praw człowieka) wynikających z Europejskich Konwencji Praw Człowieka, a gdzie zaczyna lokalna różnorodność, którą Trybunał powinien pozostawić w spokoju.

W wyroku Wielkiej Izby pytanie o to, czy krzyże powinny być w szkołach publicznych, zostało uznane za należące do marginesu uznania państw, a Trybunał powstrzymał się od „regulowania” tej kwestii. Wiele osób ten wyrok chwali. Ale równie wiele dostrzega oportunizm Trybunału, wycofanie się z wcześniejszego wyroku Izby pod naciskiem wielu państw, pożegnanie wartości liberalnych na ołtarzu wielkiej polityki i walki o legitymację Trybunału. Sam wyrok Wielkiej Izby zmusza do rozważań. Szczególnie zaś teza pośrednio przyjmowana przez Trybunał, że krzyż wcale nie ma aż tak istotnego znaczenia, aby był narzędziem indoktrynacji.

Wyrok Wielkiej Izby, podobnie jak poprzedni wyrok Izby, wywołał w Polsce dyskusję. Osoby, które zazwyczaj krytykują rozstrzygnięcia strasburskie w sprawach aborcyjnych czy dotyczących osób homoseksualnych, tym razem wychwalały Strasburg pod niebiosa.

Na zaproszenie Fundacji Ius et Lex do Polski zawitał także sam Joseph Weiler, który starał się przekonać licznie zgromadzoną publiczność do swojego myślenia na temat sprawy i relacji pomiędzy kościołem a państwem. Dawno mury Uniwersytetu Warszawskiego nie widziały tak ożywionej dyskusji i starcia amerykańskiego giganta intelektu z osobami przyznającymi się do liberalnych poglądów, jak Wojciech Sadurski, Monika Płatek czy Jakub Urbanik.

Spotkanie z nim i zainteresowanie problemem stanowiło bezpośredni impuls do zorganizowania szerszej debaty przez Zakład Praw Człowieka Wydziału Prawa i Administracji UW oraz Poznańskie Centrum Praw Człowieka PAN. Skoro bowiem sprawa budzi tyle wątpliwości i emocji, to wciąż należy na jej temat rozmawiać.

Byłoby niedobrze, gdyby osoby zajmujące się prawami człowieka dyskutowały tylko na temat spraw, które im się podobają i są mniej lub bardziej po ich myśli. Większość znanych mi osób zajmujących się prawami człowieka w Polsce popierała raczej wyrok Izby. Co więcej, może się okazać, że standard konstytucyjny w Polsce jest inny niż standard strasburski. Przecież gdyby o sprawie musiał orzekać nasz Trybunał Konstytucyjny, nie mógłby zastosować doktryny marginesu uznania, tylko musiałby jasno odpowiedzieć, jak należy interpretować Konstytucję. Znając orzecznictwo TK w sprawach „religijnych”, wątpię, czy TK miałby odwagę wydać inne orzeczenie niż Strasburg, ale przynajmniej na poziomie doktrynalnym można dyskutować, jak w teorii takie orzeczenie powinno wyglądać. No bo jakby na to nie patrzeć, krzyże w polskich szkołach publicznych są (i nie tylko w szkołach – w sejmie także), będą prawdopodobnie przez wiele kolejnych lat, a podstawa prawna i konstytucyjna dla tej praktyki jest co najmniej nikła.

* Adam Bodnar, doktor praw, adiunkt w Zakładzie Praw Człowieka WPiA UW, wiceprezes zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Do góry

***

Wojciech Sadurski

Krzyż jak szkolny mebel?

W jednej z dyskusji nad „sagą Lautsi” pewien dyskutant-meloman zauważył, że Lautsi I plus Lautsi II są jak opera, która zupełnie inaczej się kończy, niż zaczyna. Tak, odpowiedziałem, ale już od subiektywnej oceny krytyka zależy to, czy jest to bardziej jak „Rigoletto”, który zaczyna się miło, a kończy fatalnie, czy jak „Don Pasquale” który zaczyna się źle, a kończy bardzo dobrze.

Nie ukrywam, że dla mnie Lautsi I był dużo lepszym orzeczeniem niż Lautsi II. Ale oba należy widzieć w kontekście europejskiego systemu ochrony wolności religijnej: Lautsi II było w pewnym sensie powrotem do kanonu, zdeterminowanego przez system prawny Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który jest zupełnie odmienny od amerykańskiego. Jeżeli przyjrzeć się modelowi wolności religijnej zawartemu w Europejskiej Konwencji i porównać go z modelem amerykańskim, to widzimy, że w Stanach Zjednoczonych model relacji między państwem a Kościołem wyznaczony jest przez dwie zasady, które – jeśli je doprowadzić do skrajności – są wzajemnie sprzeczne. Chodzi o zasadę wolności religii i zasadę nieustanawiania religii przez państwo. Zasada wolności religii nakłada na państwo obowiązek dostrzegania przynależności religijnej ludzi. Oznacza wolność obywateli do realizacji potrzeb religijnych, a także uznanie pewnych roszczeń indywidualnych, opartych na przynależności religijnej. Może chodzić na przykład o wykluczenie z pewnych wspólnych obowiązków, niezgodnych z przekonaniami religijnymi danej osoby: służby wojskowej, pracy w soboty i niedziele i tak dalej.

Potencjalnie zasada ta prowadzi do nadmiernego włączenia państwa w uznanie i dostrzeganie religijnej przynależności obywateli. Dlatego ustanowiono drugą klauzulę pierwszej poprawki do konstytucji, dotyczącą nieustanawiania religii państwowej. Mówi ona, że państwo nie może przyznawać żadnych przywilejów ani nakładać żadnych ciężarów o charakterze fundamentalnie religijnym czy opartych na religijnej przynależności. W konstytucjonalizmie amerykańskim od bardzo dawna trwa debata na temat sprzeczności między tymi dwiema klauzulami. W istocie jednak to właśnie ta sprzeczność, to napięcie, powoduje, że mamy tam do czynienia z pewną równowagą, której brakuje w Europejskiej Konwencji. Decyzja w Lautsi II mieści się w tej logice. Sędzia Bonello, autor zdania odrębnego wspierającego sentencję w Lautsi II, miał rację, gdy powiedział, że do Konwencji nie ma wpisanej zasady świeckości czy neutralności.

Oczywiście można na to odpowiedzieć, że istnieje także orzecznictwo Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, dotyczące programów nauczania w szkołach, które explicite powołuje się na zasady neutralności i bezstronności względem religii. Ale w porównaniu z decyzjami opartymi na tekście Konwencji, orzecznictwo jest zawsze na drugim planie. A w każdym razie tak potraktowane zostało w sprawie Lautsi.

Moja druga uwaga dotyczy „marginesu oceny”: w tekście orzeczenia Wielkiej Izby Europejskiego Trybunału Praw Człowieka pojęcie to wymienione zostało 27 razy. Generalna doktryna ETPCz głosi, że gdy istnieje konsensus dotyczący aplikacji czy interpretacji pewnego uprawnienia Konwencji, wtedy nie mamy żadnego marginesu oceny. Natomiast gdy nie ma konsensusu – gdy istnieje różnorodność rozumienia danego prawa – wtedy Trybunał powołuje się na „margines oceny”. Wiadomo też, że jeżeli Trybunał powołuje się na niego, wtedy sprawa kończy się zazwyczaj orzeczeniem sprzyjającym państwu, które zostało pozwane. Tak stało się również w tym wypadku, bo w Europie nie istnieje konsensus dotyczący krzyży w szkołach.

Jednak, jeśli zastanowimy się nad tą problematyką głębiej, okaże się, że zasada ta jest absurdalna, jeśli zastosować ją dosłownie. Wystarczy, aby jakieś państwo pogwałciło któreś uprawnienie Konwencji – wówczas praktyka tego państwa będzie dowodem na brak konsensusu – i wtedy Europejski Trybunał nie może narzucać swojego rozumienia danego uprawnienia. Co oznacza, że – aby uniknąć tej absurdalności – gdzie indziej trzeba szukać wskaźników czy symptomów owego konsensusu lub jego braku. Można próbować znaleźć je na przykład w orzecznictwie sadów najwyższych, ale ten sposób również jest zawodny. W akapicie 28. uzasadnienia do wyroku w Lautsi II przytoczone zostały orzeczenia pięciu sądów najwyższych i konstytucyjnych europejskich, które mają dowodzić braku konsensusu. Czytamy tam o orzeczeniu federalnego sądu szwajcarskiego, niemieckiego Trybunału Konstytucyjnego, rumuńskiego Sądu Najwyższego i hiszpańskiego Sądu Najwyższego. Każde z tych orzeczeń podważało możliwość obowiązkowego zawieszania krzyży. Ale jest jeszcze piąty sąd – polski Trybunał Konstytucyjny i jego orzeczenie z 1992 roku [dotyczące właśnie m.in. krzyży w szkołach – przyp. red.]. Wystarczył zatem jeden sąd, by stwierdzić, że konsensusu nie ma. Dodatkowym problemem jest, że nie wszystkie państwa europejskie mają swoje sądy najwyższe czy konstytucyjne, a zatem nie wszystkie wydawały na ten temat orzeczenia.

Jedyną alternatywą wobec tych niesatysfakcjonujących dróg szukania konsensusu jest moim zdaniem zadanie sobie pytania o to, co Ronald Dworkin nazywa principles: filozoficzne uzasadnienie relacji między państwem a Kościołem. Czy istnieje w Europie co do niego konsensus? Dopiero, gdy odpowiemy sobie na to pytanie, możemy zorientować się, czy dana praktyka zgodna jest z tym konsensusem czy nie. Osobiście wydaje mi się, że coś w rodzaju konsensusu istnieje bez względu na instytucjonalne formy religii państwowej, na przykład w Wielkiej Brytanii czy w państwach skandynawskich. Istnieje konsensus co do fundamentalnej bezstronności czy neutralności państwa względem religii. Skoro już to wiemy, dopiero wtedy można zadać sobie pytanie, czy w konkretnym państwie obecność krzyży w szkołach państwowych jest zgodna z zasadą neutralności i bezstronności czy nie. Ja udzieliłbym tu odpowiedzi negatywnej. Problem polega jednak na tym, że Trybunał w ogóle sobie takiego pytania nie zadał.

I ostatni punkt, mianowicie dziwaczne pojęcie krzyża jako „biernego symbolu”, którym to pojęciem posługiwali się sędziowie w sprawie Lautsi II. Bo czy w ogóle istnieją symbole „aktywne”? Sama idea symbolu zawiera w sobie założenie pewnej bierności. Symbol nie chodzi i nie uczy nas niczego, symbol nie przechadza się i nie propaguje, symbol po prostu sobie gdzieś wisi i ludzie nadają mu pewną interpretację zgodną z ich rozumieniem świata, na przykład religii. Jednak w Lautsi II Europejski Trybunał przeciwstawia ów bierny symbol „aktywnemu działaniu” (active conduct). Dzieje się tak dlatego, że Trybunał ma pewien problem orzeczniczy.

W sprawie Dahlab przeciwko Szwajcarii Trybunał w 2001 roku uznał, że można zakazać nauczycielce wyznania islamskiego noszenia nakrycia głowy, dlatego że jest to pośrednie propagowanie religii muzułmańskiej wśród dzieci. Możemy zatem teraz niemal jednocześnie powiedzieć: ten krzyż jest absolutnie neutralny i nie powoduje żadnej indoktrynacji, ale już pani nauczycielka, która ma na głowie hidżab, dokonuje nieuzasadnionej indoktrynacji, której państwo ma prawo zakazać. Jest tak dlatego, mówi Trybunał, że krzyż jest symbolem biernym, a noszenie hidżabu to działanie aktywne. A przecież nauczycielka ta nie zajmowała się aktywnym przekonywaniem uczniów do islamu!

Mamy tu zatem, po pierwsze, do czynienia z niejakim deprecjonowaniem religijnego znaczenia krzyża przez państwo włoskie – to właśnie wynika z traktowania go wyłącznie jako symbolu biernego. A po drugie, czy nie jest głęboko niepokojące, porównując oba orzeczenia, że gdy mamy do czynienia z religią nadal w całej Europie mniejszościową i niekoniecznie popularną, to jakikolwiek jej symbol traktujemy jako nadużycie – ale już gdy chodzi o najbardziej fundamentalny symbol religii większościowej i tradycyjnej, jaką jest w Europie chrześcijaństwo, to traktujemy go jako coś neutralnego, niemalże nieistniejącego, bo będącego jakby częścią naszego wyposażenia kulturowego? Czyżby więc zatem krzyż występował w roli szkolnego mebla?

* Wojciech Sadurski, profesor prawa.

Do góry

***

Roman Wieruszewski

Problem braku jednomyślności

Pamiętam, że kiedy zapadł drugi wyrok w sprawie Lautsi, spojrzeliśmy na siebie z Michałem Kowalskim i wypowiedzieliśmy dwa zupełnie sprzeczne zdania. Stwierdziłem: „Teraz widać, że Trybunał traci na wiarygodności”. Wtedy Michał Kowalski spojrzał na mnie i powiedział: „Ależ skąd, Trybunał odzyskuje wiarygodność!”.

Nie chodziło mi wówczas o samą treść werdyktu, ale o rozkład głosów sędziów. W sytuacji, gdy werdykt Izby w pierwszej sprawie Lautsi był jednomyślny (siedem do zera), a Wielkiej Izby w drugiej sprawie większościowy (piętnaście do dwóch), nie wiadomo, jakie w rzeczywistości jest stanowisko Trybunału. Być może to sama kompozycja osobowa Trybunału miała decydujący wpływ na kształt orzeczenia. To niewątpliwie podważałoby wiarygodność Trybunału.

Jest to dla mnie problem daleko poważniejszy niż brak europejskiego konsensusu w odniesieniu do pozycji religii w społeczeństwie i państwie, na który wskazuje w swoim tekście Wojciech Sadurski. Z tego, że niektóre państwa mają nieco inną praktykę czy inne orzeczenia – jak w wypadku pięciu orzeczeń, na które wskazywał Wojciech Sadurski – nie wynika od razu, że Europie owego konsensusu brak. Zasada wolności sumienia i wyznania oraz rozdziału Kościoła od państwa winna być traktowana jako standard europejski, nawet jeśli w niektórych państwach mamy oficjalną religię państwową, jak np. w Anglii czy w Norwegii. Jednak ów europejski standard jest na tyle szeroki, że dopuszcza stosowanie różnych rozwiązań szczegółowych.

Mam również wątpliwości co do istotności dyskusji na temat „aktywnych” i „pasywnych” symboli religijnych. W ocenie konkretnych symboli, takich jak krzyż czy burka, możemy się spierać, ale ogólnie rzecz biorąc, Europejczycy są zgodni co do tego, że nie wolno aktywnie wpływać na światopogląd młodzieży w sposób sprzeczny z poglądami ich rodziców. Mało tego: Trybunał orzekł bowiem także, że państwo ma obowiązek. Obowiązek dbania o to, aby nie dochodziło do wykorzystywania pozycji dominującej danej religii w kształtowaniu światopoglądu młodzieży. Analiza systemu edukacji młodzieży we Włoszech pozwoliła Trybunałowi na stwierdzenie, że ów system gwarantuje pluralizm światopoglądowy. Nie zmienia tego ekspozycja krzyży w placówkach szkolnych.

Warto na koniec zaznaczyć, że sprawa Lautsi jest wyzwaniem dla polskiej dyskusji na temat symboli religijnych. Bo czy nad Wisłą wiemy, co robić, gdy krzyż w którejś szkole nie wisi, a młodzież chce go wieszać? Albo – gdy wisi, a młodzież domaga się zdjęcia go? Czy dysponujemy mechanizmami, które by tego rodzaju spory rozstrzygały? Niestety, mechanizmy, którymi dysponujemy dziś w Polsce, sprowadzają się do tego, że jeśli krzyż jest, a ktoś chce go usunąć, to mu się to nie udaje.

* Roman Wieruszewski, profesor prawa, kierownik Poznańskiego Centrum Praw Człowieka INP PAN, profesor Wydziału Prawa SWPS w Warszawie.

Do góry

***

Michał Kowalski

Powrót czarnoksiężnika

Przygotowując niedawno artykuł komentujący sprawę Lautsi dla periodyku „Forum Prawnicze”, przypomniałem sobie „Ucznia czarnoksiężnika” Johanna Wolfganga Goethego. W balladzie tej młody adept magii – pod nieobecność swojego mistrza, przekonany, że posiadł już wszelkie umiejętności magiczne – postanawia skorzystać ze swojej wiedzy. Zaczyna stosować czary, między innymi rozkazując miotle, by mu usługiwała i przygotowała kąpiel. Dość szybko okazuje się, że uczeń zapomina zaklęcia, a czary wymykają się spod jego kontroli… Omal nie ginie utopiony – ratuje go powracający w ostatniej chwili czarnoksiężnik.

Historia dwóch wyroków w sprawie Lautsi kojarzy mi się z tą właśnie opowieścią. Wyrok pierwszy, wydany przez Izbę, uważam za bardzo zły. To było zupełnie jakby za czary zabrał się niedoświadczony uczeń. Po pierwsze, wyrok był nieprecyzyjny. Nie było w nim jasne, co według sędziów stanowiło naruszenie standardu konwencyjnego: sama obecność krucyfiksu we włoskiej klasie czy też kontekst prawny i bezwarunkowy nakaz, aby ten krucyfiks był obecny w salach. Nie było również pewne, czy wyrok dotyczył obecności symboli religijnych tylko w szkole publicznej, czy też ogólnie w szeroko pojętej przestrzeni publicznej. Po drugie, był zbyt lakoniczny, a niektóre ze stwierdzeń użytych w uzasadnieniu były arbitralne i pozbawione argumentacji. Po trzecie, Izba błędnie zredukowała zasadę neutralności światopoglądowej państwa do modelu państwa świeckiego w postaci francuskiej laïcité i nie dostrzegła, że światopogląd laicki pozostaje równoprawny z innymi rodzajami światopoglądów: jest w pełni godny szacunku, w pełni równoprawny, ale z pewnością nie neutralny. Po czwarte – i to było moim zdaniem najistotniejsze – zupełnie pominięto odwołanie do koncepcji marginesu oceny, co doprowadziło do zupełnego i w moim przekonaniu nieuprawnionego pominięcia praw większości. Izba nie podjęła nawet próby wyważenia interesu jednostki z interesem publicznym, który stanowił tu emanację pozytywnej wolności religijnej większości danego społeczeństwa. Doszło w ten sposób do drastycznego zaburzenia kruchej równowagi między pozytywną wolnością religijną większości a negatywną wolnością religijną mniejszości.

Z tych wszystkich powodów wyrok Wielkiej Izby przyjąłem z dużą satysfakcją i ulgą. Przede wszystkim dlatego, że wziął on pod uwagę koncepcję marginesu oceny. Trzy jej funkcje są z tej perspektywy szczególnie istotne. Po pierwsze, margines swobody pozwala na znalezienie koniecznego kompromisu pomiędzy z jednej strony kompetencjami państw, a z drugiej – kompetencjami Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Te ostatnie są coraz szersze i coraz bardziej wkraczają w kompetencje państwa. Dzieje się tak, ponieważ – mówiąc w pewnym uproszczeniu – Trybunał sam decyduje, w jakich sprawach jest kompetentny i skwapliwie z tego korzysta, stale swoje kompetencje poszerzając. Margines oceny pozwala, przynajmniej do jakiegoś stopnia, zachować równowagę w tym względzie i pozostawić państwom pewną swobodę w realizacji standardów konwencyjnych. Jestem przekonany, że dla wyroku Wielkiej Izby bardzo ważne było to, że 10 państw będących stronami Europejskiej Konwencji Praw Człowieka przystąpiło do postępowania, wspierając Włochy, a dziesięć kolejnych – w tym Polska – wyraziło swoje wsparcie w inny sposób. Wyraźnie mówiły one: „Ten wyrok jest zły, mamy inne zdanie”. Trybunał nie mógł tego zlekceważyć.

Druga funkcja to możliwość uwzględnienia czy poszanowania dokonanych w procesach demokratycznych decyzji na poziomie krajowym. Pamiętajmy, że mamy tu do czynienia z pewnym standardami w państwach-stronach Konwencji, kształtowanymi w procesach demokratycznych. Jedną z zasad podstawowych Konwencji jest zasada demokracji. To wiąże się ściśle z funkcją trzecią, a mianowicie poszanowaniem pluralizmu w procesie stosowania standardów Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Pozwala ono na zachowanie typowej dla Europy różnorodności historycznej, kulturowej i społecznej oraz jej przejawów w poszczególnych państwach-stronach. Tym różnimy się od Stanów Zjednoczonych.

Przez odwołanie do koncepcji marginesu oceny Wielka Izba zdołała ująć wieloaspektowość sporu, którego dotyczyła sprawa Lautsi przeciwko Włochom. Przyznając stosunkowo szeroki margines oceny stronie rządowej, wyraźnie opowiedziała się za utrzymaniem zróżnicowanego, demokratycznie legitymizowanego podejścia do przedmiotowej kwestii i do obecności symboliki religijnej w instytucjach publicznych. Wskazała również na konieczność zachowywania neutralności jako na nieprzekraczalną granicę marginesu swobody, przyznaną państwu w kontekście jego obowiązku poszanowania praw rodziców do wychowywania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami w kontekście wykonywania przez państwo funkcji edukacyjnej.

Na koniec – nawiązując do wypowiedzi Romana Wieruszewskiego i Wojciecha Sadurskiego – chciałbym poruszyć jeszcze dwie kwestie. Po pierwsze, chciałbym zwrócić uwagę na znaczenie, bynajmniej nie neutralne, samego aktu zdejmowania krzyża ze ściany klasy szkolnej. Posłużę się tu przykładem z polskiej szkoły. Jestem z Krakowa (nawiasem mówiąc, tam konserwatywne są podobno nawet gołębie) i chciałbym przytoczyć znamienny przykład z mojego miasta. W jednej z prywatnych szkół krakowskich zmienił się właściciel. Zainspirowany wyrokiem Izby nowy właściciel stwierdził, że chce, by placówka była „neutralna”. Nie konsultując się ani z uczniami, ani z rodzicami, wydał decyzję, by zdjęto ze ścian w klasach wiszące tam „od zawsze” krzyże. Wielu wierzących rodziców i dzieci, stanowiących w szkole większość, poczuło się dotkniętych. Decyzja wywołała dyskusje i spory, które doprowadziły do opowiadania się za lub przeciwko krzyżom oraz do podziałów w społeczności szkolnej. Jako że była to szkoła prywatna, od strony prawnej właściciel miał oczywiście prawo do takiej decyzji. Przykład ten pokazuje jednak dobitnie, że decyzja taka niesie za sobą określony ładunek światopoglądowy i trudno uznać ją za neutralną.

Druga kwestia dotyczy tego, czy i które symbole religijne są bierne lub aktywne. Trudno uznać za spójną argumentację, zgodnie z którą symbol religijny na szkolnej ścianie określa się jako pasywny, a noszony przez jednostkę – jak chusta na głowie nauczycielki w sprawie Dahlab przeciwko Szwecji – jako symbol aktywny. Warto zwrócić uwagę, że w ten sam sposób Trybunał potraktował chustę na głowie studentki w sprawie Leyla Sahin przeciwko Turcji. Również tam twierdzono, że symbol taki (gdy studentka jest w sali wykładowej), może w sposób nieuprawniony naruszać zasadę neutralności i wpływać na innych studentów czy środowisko akademickie. Niezależnie od tego, czy racją jest, że symbole religijne mogą być aktywne lub pasywne, zawsze – jak trafnie zwróciła uwagę zasiadająca w Wielkiej Izbie Trybunału irlandzka sędzia Ann Power – są nośnikami pewnych znaczeń. Ich obecność może być szalenie wymowna, ale niczego nie wymuszają ani nie indoktrynują otoczenia. Tym samym pozostają w moim przekonaniu w zgodzie z zasadą neutralności i tym się różnią choćby od zmuszania uczniów do udziału w praktykach religijnych czy nieobiektywnym nauczaniu na temat religii.

Na sprawę Lautsi warto wreszcie popatrzeć nie tylko w kontekście istniejącego we współczesnej Europie podziału społecznego pomiędzy światopoglądem religijnym a światopoglądem świeckim, ale także w kontekście innego znaczącego podziału – między tradycją chrześcijańską a islamem. Nie ulega wątpliwości, że islam jest coraz bardziej obecny w Europie, a jej mieszkańcy mają trudność z pogodzeniem jego wartości z zasadami państwa liberalnej demokracji. Niestety, często bierze się to z tego, iż błędnie postrzegamy islam wyłącznie przez pryzmat terroryzmu i zagrożenia, podczas gdy w rzeczywistości jest to religia bardzo zróżnicowana. Innymi słowy, nie umiejąc poradzić sobie z wartościami religijnymi obcymi naszej kulturze, staramy się wyrugować je ze sfery publicznej i przenieść do strefy prywatnej. Dla zachowania równowagi to samo czynimy z własnym dziedzictwem religijnym. Najprostszym rozwiązaniem, jakie mamy pod ręką, jest francuski model laïcité. W moim przekonaniu rozwiązanie takie w żadnym razie nie może jednak zostać uznane za neutralne.

* Michał Kowalski, doktor praw, wykładowca Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Do góry

***

Ireneusz Kamiński

Fatalny margines ocen

W większości dyskusji wokół orzeczeń w sprawie Lautsi giną kwestie zupełnie podstawowe. Na przykład: zazwyczaj mówi się o tych wyrokach, zwracając uwagę na wolność przekonań, myśli i religii. Rozważa się zatem różne kwestie, które w ich kontekście wchodzą w grę. Problem jednak w tym, że wyrok dotyczył prawa do nauki, a nie artykułu 9. Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, dotyczącego wolności myśli, przekonań, sumienia i religii. Konkretnie zaś pytania, czy wyraźna ekspozycja krzyża we włoskiej szkole publicznej – nauka jest w tym kraju obowiązkowa do 15. roku życia – narusza prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoimi przekonaniami.

Trybunał uznał, zarówno Izba, jak i Wielka Izba, że krzyż jest symbolem jednoznacznie religijnym. Zdyskwalifikował zatem argumentację rządu włoskiego, który twierdził, że jest to symbol kulturowy, dotyczący konstytucyjnego porządku włoskiego (w swojej argumentacji rząd włoski zagalopował się tak bardzo, iż starał się przekonywać, ze krzyż jest symbolem sekularnego charakteru państwa włoskiego). Jednak orzeczenie Wielkiej Izby, mówiąc kolokwialnie, po prostu się rozłazi. Trybunał zaczął od tego, iż prawo do nauki – a więc przepis, który był podstawą zarzutów – dotyczy też symboli religijnych, szerzej patrząc światopoglądowych, a nie tylko treści przekazu szkolnego. Potem stwierdził, że państwo odpowiada za organizację środowiska szkolnego i elementem tego środowiska są również symbole, które tam się pojawiają. Następnie, że krzyż jest symbolem religijnym i może mieć wpływ na uczniów. Skarżąca może zatem widzieć w ekspozycji krzyża brak poszanowania jej ugruntowanych przekonań, a przede wszystkim tego roszczenia, aby dzieci były wychowywane zgodnie z jej przekonaniami. Dalej Trybunał oznajmił, że zachowanie tradycji jest kwestią znajdującą się w ramach marginesu swobody. Możliwość formułowania oceny przez państwo, gdy chodzi o zapewnienie praw rodziców i organizacji środowiska szkolnego, jest objęta marginesem swobody ocen – to kolejna teza.

Następnie mamy do czynienia z przeskokiem do takiej konkluzji: obecność krzyża lub jego nieobecność znajduje się w granicach krajowego marginesu swobody ocen. I kropka – nie otrzymujemy żadnego uzasadnienia. Trybunał oznajmił również, że sama ekspozycja krzyża – symbolu religijnego – nie wystarcza, by konstatować indoktrynacyjny skutek. A więc choć w pewnych kontekstach można uznać, że indoktrynacyjny skutek się pojawia, sama obecność symbolu nie jest wystarczająca. Pojawia się także stwierdzenie, że krzyż jest symbolem pasywnym, oraz zestawienie z chustą muzułmanki w sprawie Dahleb przeciwko Szwecji.

Mamy tu również kolejny element komplikujący uzasadnienie wyroku przedstawione przez Wielką Izbę, mianowicie stwierdzenie, że środowisko szkolne we Włoszech uległo pluralizacji. Oprócz krzyża, który jest eksponowany w salach szkolnych, pokazuje się również bez ograniczeń inne symbole religijne: obchodzony jest początek ramadanu i inne święta religijne niechrześcijańskie, uczennice muzułmanki chodzą w chustach do szkoły. Gdyby Trybunał wydał wyrok mówiący o braku naruszenia, koncentrując się na wątku pluralistycznego środowiska szkolnego (dopuszczenia do niego różnych przekazów religijnych i światopoglądowych), byłbym w stanie się z nim zgodzić. Nie widziałbym nawet sprzeczności z orzeczeniem pierwszym, ponieważ argumentacja przedstawiona przez rząd włoski była po prostu fatalna (poprzestano na bardzo ogólnych i słabych argumentacyjnie tezach; nie było też wątku „spluralizowanej” szkoły). Stało się jednak inaczej.

Na koniec kilka uwag o problemie krajowego marginesu swobody ocen. Jest to pojęcie w orzecznictwie strasburskim tyleż kluczowe, co fatalne. Jego użycie było uprawnione, gdy strasburskie orzecznictwo dopiero się kształtowało i powstawało naturalne pytanie o to, ile uprawnień ocennych ma państwo, a ile Trybunał. Dzisiaj jest to natomiast rodzaj zasłony dymnej – konstrukcja, która ma nam raczej pewne rzeczy wmówić, podczas gdy w rzeczywistości Trybunał orzeka w zupełnie inny sposób, odwołując się do całkiem precyzyjnie ujmowanych „europejskich parametrów”. Najlepiej chyba podsumowuje tę krytykę następująca opinia sędziowska z roku 1997: „nadszedł najwyższy czas, by Trybunał pozbył się w swojej argumentacji tego pojęcia. Zbyt długo zwlekano z porzuceniem tej wyświechtanej frazy i z wyrzeczeniem się relatywizmu, jaki ona rodziła. Tam, gdzie chodzi o prawa człowieka, nie ma miejsca na margines ocen, który zezwala państwu na podjęcie decyzji o tym, co jest akceptowane. Puste słowa dotyczące marginesu ocen rodzą ograniczenia, które nie są konieczne, powodując w sposób trudny do zaakceptowania, że państwo może zrobić wszystko, czego Trybunał nie uzna za sprzeczne z prawami człowieka. Taka terminologia błędna co do zasady i chybiona w praktyce powinna zostać natychmiast porzucona”. Nie jest to bynajmniej cytat z lewicującego akademika ani z jakiegoś szalonego euroentuzjasty, a pogląd wyrażony przez niezwykle konserwatywnego sędziego belgijskiego Jana De Meyera, który zasiadał w Trybunale w Strasburgu. Warto o tym stwierdzeniu pamiętać.

* Ireneusz C. Kamiński, adiunkt w Instytucie Nauk Prawnych PAN i na Uniwersytecie Jagiellońskim. Specjalizuje się m.in. w Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Do góry

***

* Autorzy koncepcji Tematu tygodnia: Adam Bodnar, Anna Mazgal, Jarosław Kuisz, Karolina Wigura.
** Opracowanie wypowiedzi uczestników seminarium: Karolina Wigura, Ewa Serzysko.
*** Autor ilustracji: Wojciech Tubaja.

„Kultura Liberalna” nr 132 (29/2011) z 19 lipca 2011 r.

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 132

(29/2011)
21 lipca 2011

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj