Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Trans tym razem...

Trans tym razem łagodniejszy. Recenzja „Omonimo” Dina Sabatiniego

Karol Aurewicz

Twórca zapuszcza się w nowe rejony, lecz nigdy nie zapomina, jak i skąd tam przyszedł. Właśnie gdy minimal techno spotyka trip hop, „Omonimo” brzmi najciekawiej.

Poprzedniego, debiutanckiego albumu Sabatiniego „Shaman’s Paths” nie słucham często. Takie stwierdzenie zwykle jest zawoalowaną krytyką, lecz nie tym razem. Odsłuch jest dla mnie zawsze – jak wskazuje tytuł – małym rytuałem, zostawiam więc „Shaman’s Paths” na specjalne okazje. Tamtejsza wizja techno jest mi bliska, mam więc do tego albumu słabość. Dlatego informacja z początku lutego zapowiadająca kolejną płytę tego artysty wywołała we mnie jednocześnie nadzieję i niepokój. Z jednej strony oczekiwałem kolejnego świetnego wydawnictwa. Z drugiej obawiałem się, że Sabatini może nie przeskoczyć poprzeczki, którą sam sobie wysoko postawił. Już po pierwszym kontakcie z „Omonimo” odetchnąłem z ulgą.

Wspiąć się na ramiona olbrzymów…

Głównym składnikiem brzmienia „Omonimo” pozostaje mroczne minimal techno. Ale trzymając się ściśle granic tego gatunku, Sabatini nie stworzyłby zapewne już nic lepszego niż „Shaman’s Paths”. Najwidoczniej jest tego świadom, na drugim albumie bowiem wykorzystuje także dalekie od techno inspiracje – jazz i trip hop. Pierwszy gatunek obecny jest w namacalny sposób w dwóch kompozycjach („If” i „And It All Ends Here”) dzięki współpracy z jazzowym pianistą Antonello Salisem. Drugi natomiast odciska piętno na kształcie całego dzieła. Jego wpływ słychać w tempach bardziej stonowanych niż na debiucie, w użyciu ręcznych instrumentów perkusyjnych i ociepleniu atmosfery dzięki wzorowanym na trip hopie partiom basu i syntezatorów.

Tak dobrana lista inspiracji wskazuje, że Sabatini pragnął stworzyć muzykę mniej intensywną i złowrogą niż na debiutanckiej płycie. Album ma przez to mniej klubowy charakter, świetnie nadaje się do domowego słuchania. Nie oznacza to jednak, że jest on chilloutowy. „Omonimo” wzbudza szereg uczuć, od niepokoju po wzniosłość, lecz nigdy nie ocierają się one nawet o „bright side of life”. Zdecydowanie nie jest to muzyka relaksacyjna.

Ta mikstura niestety nie zawsze działa. Zwłaszcza tak wychwalana przez wytwórnię (trudno się dziwić, firma należy do Sabatiniego) inspiracja jazzowa jest nietrafiona. Na szczęście ogranicza się tylko do wspomnianych dwóch utworów stworzonych wraz z Salisem. Najlepiej ten fakt obrazuje zestawienie ich z „Just When I Think About You” również z najnowszego albumu. W tym ostatnim występuje ścieżka fortepianu (najwidoczniej złożona z sampli, bo żaden pianista nie jest wymieniony wśród jego twórców), która współgra ze wszystkimi innymi. Zna swoje miejsce, nie wybija się na siłę przed szereg. Wszystkie razem tworzą harmonijną całość.

Tymczasem współpraca z żywym pianistą zaowocowała sileniem się na artyzm w postaci jazzowych solo doklejonych do techno z trip hopowym posmakiem. Niestety, zaproszonemu artyście trzeba dać się pokazać, co psuje także finał „Omonimo”. To przedostatni utwór „Summary” nie tylko nosi jednoznaczny tytuł, lecz także idealnie wieńczy całe dzieło. Dzięki stopniowemu wyciszaniu pozwala słuchaczowi bezboleśnie wyjść ze stanu, w który album wcześniej go wprowadził. Salis jednak musi mieć ostatnie słowo i to dźwięk jego fortepianu zamyka album w finale następnego, ostatniego utworu. Sabatiniemu nie udało się uciec od przekleństwa gościnnego wykonawcy, rozbijającego zbyt wyrazistym wkładem spójność dzieła.

Kolejną nietrafioną inspiracją jest new age. Nie dziwi brak wzmianki o niej w materiałach promocyjnych, nie jest to bowiem źródło, z którego czerpania producent techno mógłby być dumny, bo to gatunek do bólu wyeksploatowany i oklepany. Nic więc dziwnego, że new age’owe flety w „If” budują wraz z partią zaproszonego pianisty zdecydowanie najgorszy utwór na albumie. Kojarzą się bardziej z muzyką z windy galerii handlowej, niż idyllicznym krajobrazem, którego widok w wyobraźni słuchacza zapewne miały wywoływać. Na szczęście wpływ new age ogranicza się tylko do dwóch utworów, nie zaburza więc całościowego odbioru „Omonimo”.

i widzieć dalej niż oni?

A ten jest zdecydowanie pozytywny. Nieoczywista triphopowa inspiracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Ten gatunek również nie jest najnowszym krzykiem mody, a jego giganci już dawno nie trzymają się ściśle wytycznych, które sami ustalali w latach 90. Dla Sabatiniego to nie problem, wychował się na tym brzmieniu. Fascynacja i wiedza pozwoliły mu wydobyć z wyeksploatowanej formuły najlepsze właściwości, dzięki czemu triphopowy ekstrakt znów brzmi świeżo. Nigdy jednak nie występuje samotnie. Sednem „Omonimo” pozostaje czasem mroczne, czasem minimalistyczne techno, czyli gatunek, w którym Sabatini ma najwięcej do zaoferowania. Wyraźnym artystycznym manifestem przywiązania do tej tradycji jest przewijający się w różnych wariacjach przez cały album, zawsze jednak minimalistyczny motyw przewodni. Twórca zapuszcza się w nowe rejony, lecz nigdy nie zapomina, jak i skąd tam przyszedł. Właśnie gdy minimal techno spotyka trip hop, „Omonimo” brzmi najciekawiej.

Gatunki te w stałym dialogu budują największą zaletę albumu – nastrój. Czasem intensywny i napięty, czasem spokojniejszy i melancholijny, jest on na ponadgodzinnej płycie zadziwiająco spójny. Łagodnie przenosi słuchacza do wyobrażonego świata artysty, który dla niego poświęca wszystko poza partiami Salisa. Można więc zarzucić albumowi jednostajność. Brakuje na nim nagłych zwrotów akcji, nie zaskakuje. Gdy jeden utwór się wycisza, można obstawiać, że następny powieli ten sam schemat. To jednak cena za spójność atmosfery, z której niespodziewane zmiany wybijałyby słuchacza.

Sabatini nigdzie nie pozwala sobie wyjść poza dobrowolnie narzucone ramy. Dzięki temu „Omonimo” nie jest mozaiką niezbornie rzuconych pomysłów, lecz formą, której każdy element zaprzęgnięty został do budowy wspólnego celu, większego niż suma jego części.

Spójna forma i wymagania stawiane przez nią słuchaczowi charakteryzują oba albumy Sabatiniego. Brakuje na nich hitów, utwory dające przyjemność instant pozostawia on bowiem krótkim wydawnictwom, stworzonym z myślą o klubach. Nie warto więc „Omonimo” puszczać w tle przy okazji wykonywania innych czynności, potrzebuje on większej uwagi i najlepiej przesłuchania w całości i bez przerw. Dla wielu producentów techno album jest składanką singli z ambientowymi przerywnikami. Nie w tym przypadku, co wyróżnia dzieła włoskiego artysty.

Sabatini trafnie postawił na ewolucję autorskiej formy, naginając wymogi gatunkowe i wsłuchując się w niestandardowe inspiracje. Stworzył dzięki niej ciekawie i świeżo brzmiący album, który będzie kandydatem do list najlepszych w 2016 r. Wysiłek pogodzenia wielu wpływów i tworzenia z nich spójnego, acz zróżnicowanego dzieła, czyli… liberalne podejście do twórczości daje świetne efekty.

 

Album:

Dino Sabatini, „Omonimo”, Outis Music, 2016.

Słysząc Aurewicz okładka

SKOMENTUJ

Nr 384

(20/2016)
17 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj