Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Ku zakrzepieniu serc,...

Ku zakrzepieniu serc, czyli Beczała z pieśniami włoskimi i polskimi

Gniewomir Zajączkowski, Szymon Żuchowski

Program zaczął się ambitnie i ciekawie, a skończył przaśnie i zaściankowo. I tak po raz kolejny okazało się, że nieważne, jaka gwiazda przyjeżdża i z jakiej Hameryki: najważniejsze, żeby na końcu można było podkręcić wąsa, tak aby śmiechom nie było końca, a wszyscy śmiali się i dokazywali. Ku zakrzepieniu serc!

Za nami wybory samorządowe, które jak zwykle były gigantyczną licytacją na obietnice, które nic nie kosztują. Niewiele więcej warte są chwyty marketingowe mające zapewnić sprzedaż różnego rodzaju produktom, w tym kulturalnym.
O ile jednak w wyborach obywatele mówią „sprawdzam” wiele miesięcy później, o tyle w przypadku wydarzeń kulturalnych, takich jak koncerty, weryfikacja obietnic złożonych przez organizatorów odbywa się błyskawicznie. Można to odnieść do niedawnego występu Piotra Beczały z Helmutem Deutschem w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej, który zapowiadano jako niezwykłe wydarzenie.

Na stronie Teatru Beczała porównywany jest do największych i wprost określany jako następca Luciana Pavarottiego, a jednocześnie „chłopak ze Śląska”, inkarnacja Jana Kiepury. Czyli dwa w jednym: swój chłop, a zarazem gwiazda doceniona na Zachodzie przez wielkie „Z”, który podobnie jak w minionych dekadach, wciąż zdaje się głównym źródłem poczucia własnej wartości wielu Polaków. Często mowa jest przy takich okazjach o chwale, dumie narodowej, rozsławianiu imienia Polski w świecie. Pojawia się tu jednak pewien paradoks: to bardzo specyficzny patriotyzm, którego racją bytu i naczelną zasadą jest opinia wszechwładnej zagranicy jako arbitra elegantiarum.

Fot. Krzysztof Bieliński.

Sakrę „najlepszego tenora lirycznego na świecie” (jak czytamy na stronie TW–ON) otrzymał Beczała zasadniczo dzięki nowojorskiej Metropolitan Opera, a jej potwierdzenie uzyskał od wiedeńskiej Staatsoper, coraz bardziej przypominającej europejską filię MET. Obie instytucje zdają się coraz mniej interesować muzyką, sztuką jako taką, a raczej skupiają się na produkcji gwiazd masowego uwielbienia. Ich kreowanie jest zadaniem tandemów agentów i dyrektorów oper, coraz bardziej w oderwaniu od rzeczywistej jakości tych przedsięwzięć i z nieskrywanym naciskiem na komercyjny megasukces. Gdy taka gwiazda raz zabłyśnie, ma przed sobą długi żywot, a jej blask ma olśniewać wszystkich, najszybciej jednak chyba oślepia ją samą. Jeśli chodzi o polskich śpiewaków za granicą, bardzo wyraźnie widać to na przykładzie Tomasza Koniecznego (o jego recitalu pisaliśmy na początku września ), Aleksandry Kurzak (w „KL” recenzowaliśmy jej nagranie i koncert pieśni), a szczególnie może Piotra Beczały. Wszystkich troje łączy chyba to, że poważnie wzięli sobie do serca marketingowe blurby z plakatów oraz nagrań płytowych i uwierzyli nie tylko w swoją doskonałość, lecz co gorsza – w uniwersalność.

O micie tej uniwersalności pisaliśmy w odniesieniu do Beczały półtora roku temu – wykonywał wówczas w warszawie pieśni Roberta Schumanna, Antonína Dvořáka i innych. Niestety, wykonawca nie zauważył wtedy, że nie śpiewa arii operowych, tylko repertuar par excellence kameralny. Na ostatnim warszawskim recitalu z pieśniami włoskimi oraz polski z XIX i początku XX wieku było pod tym względem lepiej – artysta podszedł do materii subtelniej i tylko czasami popadał w operowy zaśpiew, dużo jednak łatwiejszy do zniesienia w pieśniach Stefana Donaudy’ego oraz Francesca Paola Tostiego niż w „Dichterliebe” Schumanna. Spodziewaliśmy się, że pierwsza część koncertu będzie bardziej udana niż druga, ponieważ Beczała to solidny tenor liryczny dobrze odnajdujący się we włoskim repertuarze werystycznym i niemieckiej operetce, natomiast jego nagrania i wykonania repertuaru polskiego budziły nasze spore wątpliwości.

Często mowa jest przy takich okazjach o chwale, dumie narodowej, rozsławianiu imienia Polski w świecie. Pojawia się tu jednak pewien paradoks: to bardzo specyficzny patriotyzm, którego racją bytu i naczelną zasadą jest opinia wszechwładnej zagranicy jako arbitra elegantiarum.

Szymon Żuchowski, Gniewomir Zajączkowski

Okazało się, że największym problemem nie był ów operowy idiom, lecz średnia kondycja śpiewaka, mała precyzyjność, brak dbałości o estetykę dźwięku i zadziwiająco słabo czytelny tekst, co w przypadku włoskich pieśni z fortepianem było dużym zaskoczeniem (włoszczyzna to przecież jeden z najdogodniej „śpiewalnych” języków). Głos Beczały wydawał się zmęczony, przetrenowany, brzmiał matowo i sucho; często prowadzony był za szeroko, co przejawiało się rozchwianiem dynamiki i nierównością barwy, nieładnymi górami i niedobrze brzmiącym piano – w zasadzie większość nut w tej dynamice była zamarkowana, a nie zaśpiewana. Wszystkie pieśni wolniejsze czy z dłuższą frazą (na przykład „Vagissima sembianza” Donaudy’ego czy „Lagrime” Respighiego) wypadły mało przekonująco, brakowało w nich legata. Znacznie lepiej śpiewak brzmiał w szybszych i bardziej deklamacyjnych pieśniach z większą liczbą drobniejszych wartości rytmicznych (jak „O sì che non sapevo sospirar” Wolfa-Ferrariego czy „Pioggia” Respighiego). Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że Beczała rozśpiewał się dopiero w okolicach dziesiątej pieśni, czyli w dwóch trzecich pierwszej części koncertu, więc dopiero trzy ostatnie utwory (Tosti) zabrzmiały tak, jak można było tego oczekiwać.

Druga część koncertu składała się wyłącznie z pieśni polskich – Karola Szymanowskiego, Mieczysława Karłowicza i Stanisława Moniuszki – co ważne, dokładnie w tej kolejności. Tenor był już dobrze rozśpiewany, a poza tym wygląda na to, że polską lirykę wokalną przygotował znacznie lepiej niż włoską. Objawiło się to już od pierwszych taktów „Sześciu pieśni” op. 2 Szymanowskiego – w „Daleko został cały świat” dał się usłyszeć precyzyjnie podany tekst, choć samogłoski miały dziwny kształt i tak zostało już do końca występu.

Wśród śpiewaków wykonujących polskie pieśni panuje swoista plaga ścieśniania i pochylania samogłosek – ich interpretacje nabierają jakby przedwojennego brzmienia, co nie przydaje im uroku, lecz dziwności. Aleksandra Kurzak śpiewała o „picie” w smutnej rzece; efekt „pity” wystąpił też u Beczały („Chilisz główkę na pierś białą, łza w oczętach drżi” itp.). Owszem, „y” jest samogłoską niewygodną do śpiewania, ale trudno pojąć, z czego wynikają aż takie praktyki, bo wielu, a nawet większość śpiewaków, potrafi się bez nich obejść. Może to próba stylizowania się na przedwojenne gwiazdy scen operowych – ale efekt jest zazwyczaj kuriozalny i odwraca tylko uwagę od utworu.

Pieśni w drugiej części wieczoru były znacznie bardziej urozmaicone pod względem interpretacyjnym – utwory Włochów brzmiały zaskakująco jednolicie, choć style ich twórców znacznie się różnią, podobnie jak poszczególne utwory kontrastują między sobą nastrojem i charakterem. W polskich pieśniach Beczała logicznie frazował i mądrze podprowadzał kulminacje, bez dramaturgicznej przesady, za to ze sporą dbałością o kameralistyczny szczegół (zwłaszcza w pieśniach Karłowicza), w czym wydatnie pomagał mu znakomicie akompaniujący tego wieczora Helmut Deutsch. I chociaż tu i ówdzie (na przykład w „Zasmuconej” Karłowicza) pojawiła się znajoma „nuta oregano”, czyli element włosko-werystyczny, to Szymanowskiego i Karłowicza słuchało się w wykonaniu Beczały znacznie lepiej niż przedtem Włochów, zwłaszcza pod względem interpretacyjnym.

Fot. Krzysztof Bielieński

Na koniec zabrzmiały cztery pieśni Moniuszki: „Dwie zorze”, „Prząśniczka”, „Polna różyczka”, „Krakowiaczek ci ja”. To przedziwny pomysł repertuarowy – po refleksyjnych, neoromantycznych lub modernistycznych utworach Szymanowskiego i Karłowicza umieścić dużo wcześniejsze i drastycznie odmienne w charakterze pieśni Moniuszki. Wyglądały jak doczepione na siłę do pozostałych, jakby artysta bądź organizatorzy chcieli powiedzieć: no dobrze, odbębniliśmy już te zgniłe nowomodne pomysły i ponurą lirykę, więc posłuchajmy sobie na koniec o różyczce i krakowiaczku, co jak trzeba, to przyłoży pierwszemu lepszemu i kupi sobie miłość („Krakowiaczek ci ja / Pędzę sobie żwawo / Kto mnie nie wymija / Plunę w twarz kurzawą / Bo ja pan, bo ja król / Śród zielonych niw i pól // Wkoło szumi zboże / Kłania mi się kłosem / Kiedy plony zbiorę / To potrzęsnę trzosem / A dziewczęta z całej wsi / będą się przymilać mi!”). Program więc zaczął się ambitnie i ciekawie, a skończył przaśnie i zaściankowo. I tak po raz kolejny okazało się, że nieważne, jaka gwiazda przyjeżdża i z jakiej Hameryki: najważniejsze, żeby na końcu można było podkręcić wąsa, tak aby śmiechom nie było końca, a wszyscy śmiali się i dokazywali. Ku zakrzepieniu serc!

 

Recital pieśni:

muzyka: Stefano Donaudy, Ermano Wolf-Ferrari, Ottorino Respighi, Francesco Paolo Tosti, Karol Szymanowski, Mieczysław Karłowicz, Stanisław Moniuszko
wykonawcy: Piotr Beczała (tenor), Helmut Deutsch (fortepian)
Teatr Wielki – Opera Narodowa, 28 października 2018 roku

SKOMENTUJ

Nr 513

(45/2018)
6 listopada 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj