Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > No, Amore, czyli...

No, Amore, czyli Aleksandra Kurzak w Filharmonii Narodowej

Gniewomir Zajączkowski Szymon Żuchowski

Aleksandra Kurzak nie zawsze zjawia się na swoich koncertach czy spektaklach, szczególnie w pierwotnych terminach. Na szczęście tym razem udało się jej nie odwołać ani nie przełożyć występu – skończyło się jedynie na zmianach w programie.

I zgodnie z wszelkim prawdopodobieństwem były to zmiany na lepsze, a dokładniej: zmiany na korzyść wykonawczyni. Tak czy inaczej, mieliśmy okazję posłuchać najbardziej rozchwytywanej polskiej sopranistki zarówno w repertuarze Mozartowskim, jak i w pieśniach Straussa.

Pierwszą część koncertu rozpoczęła „Symfonia g-moll” Wolfganga Amadeusza Mozarta KV 183. Nie do końca przewidywalna Orkiestra Filharmonii Narodowej pod batutą Jacka Kaspszyka zabrzmiała ładnie w częściach skrajnych, podczas gdy w środkowych wykonanie było rozwleczone jeśli chodzi o tempa i rozmyte pod względem koncepcji. Trzeba przyznać, że partytura „Andante”, delikatnie mówiąc, nie obfituje w fajerwerki i zgaszone było też jego wykonanie, „Menuetowi” zaś zabrakło czytelnej taneczności. Ogólne wrażenie z tej symfonii było jednak dobre, a proporcje brzmienia zachowane, mimo nieczystych rogów (zwłaszcza III część) i tradycyjnie rozchwianej intonacyjnie sekcji dętej.

Symfonia Mozarta pojawiła się w programie jako dopełnienie pierwszej części koncertu, która pierwotnie miała zawierać „VIII Symfonię h-moll «Niedokończoną»” Franza Schuberta (ta ostatecznie znalazła się w drugiej części wieczoru) i „Siedem wczesnych pieśni” Albana Berga. Artystka zrezygnowała jednak zupełnie ze śpiewania Berga i zastąpiła go trzema ariami z oper Mozarta, które wielokrotnie śpiewała przy podobnych okazjach. Niewykluczone, że – jak pokazały pieśniowe dokonania dalszego ciągu recitalu – była to decyzja ze wszech miar słuszna.

Kurzak zaczęła od arii Fiordiligi „Come scoglio” z „Così fan tutte”. Jest to aria trudna, popisowa, o relatywnie dużym ambitusie (rozpiętości), eksponująca zarówno wysokie, jak i niskie dźwięki – a te ostatnie bywają traktowane przez śpiewaczki po macoszemu jako mniej efektowne. Aleksandra Kurzak nie zgrzeszyła tym ostatnim i pokazała ładny dolny rejestr bogaty w alikwoty, bez nieestetycznych „pohukiwań”, które zdarzają się niejednej wykonawczyni. Najwyraźniej artystka lepiej czuła się w tej arii w dołach niż w górach, które wielokrotnie zdarzały się „pod dźwiękiem” (minimalnie, ale słyszalnie za nisko). Szybkie przebiegi w koloraturach bywały nieselektywne, „pomazane” (np. w figurze „contra i venti”, „nella fede” itp.), pojawiały się też pomyłki związane z libretttem (fragment „Temerari, sortite fuori…”).

Jako drugą zaśpiewała cavatinę Hrabiny „Porgi amor” z „Wesela Figara”, w której zachowywała się jakby była bardziej młodą Suzaną niż dystyngowaną Contessą, do tego dawał się u niej zauważyć werystyczny zaśpiew, mało pożądany w muzyce Mozarta, charakterystyczny za to dla wykonawstwa Verdiego czy Pucciniego. „Porgi amor” to aria nastrojowa, nostalgiczna – wymaga ścisłego legata, czułego frazowania i dbałości o gradację dynamiczną. Kurzak uzyskała taki efekt we fragmencie „O mi rendi”, dalej natomiast jej piano było już wyciśnięte i piskliwe. Dodatkowo stosowała cezury na oddech w nieuzasadnionych miejscach w środku frazy (np. przed „almen morir”).

Jako trzecią i ostatnią wykonała arię Donny Anny „Non mi dir” z „Don Giovanniego”. Wygląda na to, że artystka w ogóle nie potrafi się utożsamić z tą postacią i nie wie „o czym ona jest”. Tekst w recytatywie był więc słabo zrozumiały na dwóch poziomach: tekstowo-artykulacyjnym i interpretacyjno-wyrazowym. Legato jest cenne, byle nie kosztem czytelności słów, na której Kurzak nie zbywało. Koloratury zaś, z których da się zrobić ekspresyjną dominantę, pozbawione były u niej nie tylko tekstu, lecz także staranności i uważności.

Trzeba przyznać, że Orkiestra FN nie grywa zasadniczo takiego repertuaru i nie ma dużego doświadczenia w akompaniamencie recytatywów; brzmiała przez to niepewnie i mało sprężyście, jakby obawiała się przeszkodzić solistce. Jednocześnie w samych ariach orkiestra stanowiła dobre oparcie i uzupełnienie dla partii solowej. Może więc instrumentaliści powinni mieć więcej wiary w siebie, choć zrozumiała jest ich niepewność: przy wykonywaniu Mozarta najwięcej pomyłek pojawia się w recytatywach nawet u zespołów doświadczonych w takim repertuarze.

Po przerwie zabrzmiała „VIII symfonia h-moll” Schuberta, która miała otwierać koncert w jego pierwotnym kształcie. W jej przypadku zawiodła chyba przede wszystkim koncepcja wykonawcza dyrygenta, szczególnie agogika – w „Allegro moderato” tempo primo nigdy nie wróciło: za każdym razem, kiedy powinno ponownie się pojawić, występowało w coraz wolniejszej odmianie. Z tego powodu doszło do rozcieńczenia napięcia i nie starczyło go na zbudowanie kulminacji. Jakby tego było mało, kotły nie wiedziały, kiedy mają skończyć tremolo; zresztą pozostali muzycy też mieli problem z odnalezieniem się w dziwacznych tempach, co powodowało przesunięcia między sekcjami. Zaletą tego wykonania z pewnością była dynamika – wyróżnienie planów dźwiękowych i podkreślenie wiolonczel i kontrabasów.

„Als mir dein Lied erklang” (op. 68 nr 4) Straussa zaczęła Kurzak od niepewności intonacyjnej, z której nie bardzo mogła się podźwignąć („der lauschend von dem Himmel”), a na ten problem nałożyły się kłopoty metryczne („die Nachtigallen klagen”). W kulminacyjne h2 weszła „z podjazdem”, a i tak była to najlepiej zaśpiewana przez nią pieśń tego wieczora. W „Morgen” (op. 27 nr 4) tak się zasłuchała w kołyszący wstęp orkiestrowy i ładne solo skrzypiec, że weszła z opóźnieniem, a potem wprowadziła nas w stupor, robiąc cezurę nawet nie tyle w środku frazy, ile w środku… wyrazu („will die Sonne wie–der scheinen”), może myśląc, że „der” to wolno stojący rodzajnik, co zrujnowało słynną pierwszą frazę, sygnaturę tej niezwykłej pieśni.

Z trudnym, chromatycznym zakończeniem było jeszcze gorzej, tym razem w sensie intonacyjnym, na słowach „Glückes stummes Schweigen”, gdzie na domiar złego zamiast „niemego milczenia szczęścia” było coś histerycznego, frenetycznego. Wyglądało to tak, jakby śpiewaczce udzielała się ruchliwość akompaniamentu i wywoływała u niej nadpobudliwość. Być może w kompensacyjnej reakcji na to Jacek Kaspszyk postanowił rozciągnąć pauzę ćwierćnutową w 6. takcie od końca do czterech miar, a potem – kiedy Kurzak śpiewała „Morgen” na bis – aż do sześciu. Skonfundowana orkiestra nie była w stanie złapać stroju w ostatnim akordzie w żadnym z dwóch wykonań tej pieśni.

W „Allerseelen” (op. 10 nr 8) drażniło nas operowe podejście Kurzak do materii, a w „Verführung” (op. 33 nr 1) przeszkadzały nam niedośpiewane frazy, choć trzeba przyznać, że jest to pieśń trudna harmonicznie, a orkiestra nie służyła solistce taką pomocą, jaką mogła i powinna. W akompaniamencie zaznaczał się bałagan, wynikły z ambitnej instrumentacji i wielowarstwowości partii orkiestry. „An die Nacht” (op. 68 nr 1) to pieśń dość prosta melodycznie, ale cały zespół trochę poniosło, przez co solistka została częściowo zagłuszona. Na koniec usłyszeliśmy „Cäcilie” (op. 27 nr 2), pieśń narracyjną, czego Kurzak nie uchwyciła, bo znowu popadła w operową manierę, ale w sensie czysto technicznym nie była to najgorsza pieśń na tym koncercie.

Wykonanie pieśni Richarda Straussa pokazało, że Aleksandra Kurzak słusznie wycofała się z utworów Albana Berga. Ta śpiewaczka w ogóle nie nadaje się do takiego repertuaru, ponieważ nie umie oderwać się od operowego idiomu à la Puccini w stylistyce z lat 80. XX w., która dopuszcza dużo więcej niż muzyka niemiecka, wymagająca jednocześnie dyscypliny i swobody, ale nie dezynwoltury ani taniej ckliwości. „Morgen” to nie piosenka o nadziei Butterfly na powrót ukochanego, a „An die Nacht” to nie scena z „Cyganerii”, w której Mimì szuka po ciemku klucza.

Trudno orzec, czy Aleksandra Kurzak ma faktyczny problem ze śpiewaniem po niemiecku, czy to kwestia niefrasobliwości i pójścia na skróty – w jej Straussie można zaobserwować zjawiska fonetyczne podobne do tych, które rażą w jej wykonaniach pieśni Chopina [ https://kulturaliberalna.pl/2015/10/12/recenzja-piesni-chopin-zuchowski-zajaczkowski/] – tu chodzi między innymi o niepotrzebne zmiękczenia spółgłosek i tradycyjne już zniekształcanie samogłosek, nie tylko tam, gdzie nie da się inaczej, lecz także tam, gdzie to po prostu wygodne. Może to świadczyć o słabszej kondycji oddechowej. Jakiekolwiek byłyby tego powody, Mozartowi Kurzak mówimy warunkowe „Si”, natomiast jej Straussowi stanowcze „No, amore”.

 

Koncert:

5 grudnia 2015, Filharmonia Narodowa w Warszawie

Solistka: Aleksandra Kurzak, dyrygent: Jacek Kaspszyk
Orkiestra Filharmonii Narodowej

Muzyka: W.A. Mozart, F. Schubert, R. Strauss

SKOMENTUJ

Nr 365

(1/2016)
5 stycznia 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail