Szanowni Państwo!

Dawno żadna siła polityczna nie budziła tak wielkich emocji, jak Wiosna Roberta Biedronia. Były prezydent Słupska wywołuje tyle entuzjazmu, co bezlitosnej krytyki, ale nie ma dziś chyba poważnego medium politycznego – więcej, nie ma dziś poważnego dziennikarza zajmującego się polityką – który na jego działalność patrzyłby z całkowitą obojętnością.

Wielu tłumaczy zainteresowanie Biedroniem sztampowo: „cóż w tym zaskakującego – kiedy na scenie politycznej powstaje coś nowego, ludzie po prostu są ciekawi”.

Ciekawość nie musi się jednak przekładać na polityczne poparcie, nie mówiąc już o politycznej sile czy sprawczości. W historii politycznej III RP gęsto słał się trup nowych inicjatyw politycznych zakończonych klęską: Socjaldemokracja Polska, Demokraci.pl, Ruch Palikota, Nowoczesna Ryszarda Petru, AWS, Ruch Odbudowy Polski – w większości zapomniane dziś nazwy można wymieniać długo…

„Z Biedroniem zapewne będzie podobnie” – dodają przeciwnicy Wiosny.

Takie postawienie sprawy byłoby chyba jednak zbyt proste. Po pierwsze, dlatego że Biedroń zainteresowanie sobą i swoją inicjatywą umiejętnie podtrzymuje już od wielu miesięcy. Na tym tle próba powrotu do realnej gry politycznej podjęta choćby przez Ryszarda Petru i jego Teraz! – na którą to partię dziś chciałoby głosować mniej więcej 1 procent wyborców – wypada komicznie.

Po drugie, w polskim życiu politycznym, rozrywanym niemal codziennie bombami informacyjnymi, głównie ze środowiska Prawa i Sprawiedliwości (dość wymienić aferę KNF, skandal wokół wysokości płac w NBP, aresztowanie Bartłomieja M., czy wreszcie słynne „taśmy Kaczyńskiego”), przebicie się z jakimkolwiek komunikatem graniczy z cudem. A Biedroń nie tylko się przebija – on zmusza do reakcji, tak polityków, jak i media. Tak też było po konwencji inauguracyjnej i ujawnieniu propozycji programowych.

Zareagowali dosłownie wszyscy. I, co ciekawe – głównie krytycznie.

I tak na przykład Andrzej Gajcy w Onecie pisze, że „ta opowieść o nowej cudownej Polsce, która ma być na wyciągnięcie ręki okazuje się tylko atrakcyjną fasadą i polityczną ściemą, która niewiele ma wspólnego z postulatami systemowych zmian, wynikających z realnych wyzwań przed jakimi stoimy jako wspólnota i naród”. Autor zarzuca Biedroniowi, że choć idzie do wyborów z hasłami jedności narodowej, jednocześnie wyciąga na sztandary hasła uderzające „w najgłębsze społeczne i światopoglądowe podziały”. Podobne tezy formułuje były poseł i opozycjonista Aleksander Hall, który na łamach „Rzeczpospolitej” ostrzega, że Biedroń swoim radykalizmem „prowadzi do wojny” (politycznej oczywiście). Wydaje się jednak, że taki zarzut można postawić właściwie każdemu politykowi: wszak niemal wszyscy, od Donalda Trumpa, przez Mateusza Morawieckiego, po Emmanuela Macrona, wzywają do zgody narodowej, a jednocześnie chcą realizować swoje cele.

Kamil Dziubka również w Onecie narzeka z kolei, że obyczajowe postulaty Biedronia to w rzeczywistości nic nowego. „Wiele z nich słyszeliśmy już 7 lat temu, gdy do parlamentu przebojem wchodził Ruch Palikota. Podobnie było w 2015 roku, gdy partia Razem przekroczyła próg 3 proc. uprawniający do pobierania pieniędzy z publicznej kasy”. I z tego jednak trudno czynić Biedroniowi zarzut, skoro żaden z tych postulatów nie został do tej pory spełniony.

Wojciech Szacki i Ryszard Łuczyn w „Polityce” narzekają na „narcystyczno-wodzowską atmosferę” konwencji założycielskiej, pytają o źródła finansowania samej partii, a przede wszystkim złożonych przez Biedronia obietnic. Jak jednak trzeźwo przyznają, choć propozycjom Biedronia „słusznie można zarzucić populizm” – rozumiany jako składanie obietnic bez pokrycia – to przecież „po populizm sięgali wcześniej zarówno liderzy PO, jak i PiS”.

Adriana Rozwadowska z „Gazety Wyborczej” pisze z kolei, że Biedroniowi udało się „zabić ćwieka wszystkim”: Platformie Obywatelskiej, PiS-owi, a nawet środowiskom lewicowym. I tak politycy Platformy nie mogą już oskarżać Biedronia o to, że de facto jest agentem Kaczyńskiego, bo obiecał rozliczenie wszystkich winnych łamania Konstytucji. Zwolennicy PiS-u, którzy z lubością straszą, że po zwycięstwie wyborczym opozycja „zabierze 500+”, dostali zapewnienie, że program nie tylko nie zniknie, ale zostanie rozszerzony także na samotnych rodziców. Lewica z kolei – kwestionująca lewicowość gospodarczą Biedronia i jego ekipy – dostała jednoznaczne stanowisko w sprawach obyczajowych, od edukacji seksualnej, przez realną możliwość przerywania ciąży, po legalizację związków partnerskich i to w formie małżeństw.

Nie znaczy to oczywiście, że Biedroń jednym ruchem wymigał się od wszelkiej krytyki ze strony politycznych przeciwników. Wręcz przeciwnie. Platforma Obywatelska z pewnością będzie mu zarzucać finansową nieodpowiedzialność. Prawo i Sprawiedliwość takiego zarzutu wysunąć nie może – partia Kaczyńskiego sama przecież była oskarżana o rujnowanie budżetu po ogłoszeniu programu 500+ – ale do granic wyciśnie oskarżycielski potencjał drzemiący w hasłach obyczajowych.

I tak, Patryk Jaki, który jeszcze jako kandydat na prezydenta Warszawy zapowiadał, że nie będzie walczył z Paradami Równości, a wiceprezydentem chciał zrobić lewicowego Piotra Guziała, tym razem przewiduje, że program Biedronia oznacza, iż czeka nas „brutalna walka z kościołem, aborcja na życzenie, unikanie tradycyjnego patriotyzmu i historii”. Ofertę Wiosny nazwał „modą” z Zachodu, przed którą należy się bronić. Lewica z kolei – spod znaku Partii Razem czy Unii Pracy– może zarzucić Biedroniowi brak jasnych deklaracji w sprawie podniesienia podatków dla najzamożniejszych Polaków, z których to podwyżek można by sfinansować jego obietnice socjalne, między innymi radykalnego podniesienia płacy minimalnej.

Cała ta powyższa krytyka jest jednak – jak na razie – dowodem siły, a nie słabości Biedronia. Najważniejsi gracze na politycznej i medialnej scenie uznali, że wobec nowej partii nie można pozostać obojętnym. A solidarna krytyka z różnych stron barykady pokazuje, że Biedroniowi przynajmniej na razie udaje się osiągnąć cel, który otwarcie zapowiadał – wyrwanie debaty publicznej z bieżących kolein.

„Biedroń wyciągnął wnioski z popularności tak zwanych ruchów populistycznych”, pisze Łukasz Pawłowski we wtorkowym felietonie. „Jeśli jest jakiś wspólny mianownik nowych partii i liderów politycznych wyrastających jak grzyby po deszczu na całym Zachodzie – zarówno tych uznawanych za populistyczne, jak również takich, jak choćby partia Emmanuela Macrona czy Partia Pracy Jeremy’ego Corbyna – to obietnica radykalnych zmian. Wielu wyborców pragnie nadziei. A czy spełnienie tych nadziei w pełni jest w ogóle możliwe, to sprawa mniej istotna”.

Jakie więc będą polityczne konsekwencje pojawienia się Wiosny dla ugrupowań lewicowych, z którymi Biedroń jest utożsamiany i co chcą osiągnąć jego zwolennicy? Innymi słowy, czy jego inicjatywa to szansa na powrót lewicy do parlamentu po czterech latach nieobecności, czy przeciwnie, to zagrożenie dalszą marginalizacją, bo Wiosna skazuje partie pokroju Razem na wegetację, zaś SLD wepchnie śladem Barbary Nowackiej w ramiona Platformy Obywatelskiej?

Partia Razem popełniła błąd, ponieważ nigdy miała jednego lidera, a Adrian Zandberg nigdy nie wziął pełnej odpowiedzialności za swoje ugrupowanie, mówi Maciej Gdula w rozmowie z Tomaszem Sawczukiem. „Wiosna ma wyrazistego lidera i moim zdaniem to jest dzisiaj niezbędny warunek uprawiania polityki”, dodaje. Zaznacza też, że „profil Wiosny jest nieco bardziej centrowy niż w przypadku Razem”, które znacznie wyraźniej podkreślało antagonistyczny charakter relacji między pracownikami i pracodawcami.

Marcelina Zawisza z Partii Razem w rozmowie z Jakubem Bodzionym przyznaje, że kolektywne przywództwo było błędem. Dodaje też, że po wyborach samorządowych partia musi się otworzyć na dialog z innymi ugrupowaniami, a jednym z nich jest… właśnie Wiosna Roberta Biedronia. „Trwają rozmowy na temat koalicji z Robertem Biedroniem, ale nic więcej nie mogę teraz powiedzieć”, dodaje członkini zarządu Razem.

Przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim przede wszystkim podkreśla wtórność (to w przypadku opodatkowania tacy czy liberalizacji prawa aborcyjnego) lub nierealność (to w przypadku skrócenia do 30 dni czasu oczekiwania do lekarzy specjalistów) postulatów Biedronia. Zwraca też uwagę, że podobny entuzjazm przed Biedroniem towarzyszył wielu innym inicjatywom. Wszystkie z nich skończyły w politycznym niebycie. „Pierwsze spotkanie Palikota w Sali Kongresowej pan pamięta? Trzy tysiące ludzi w środku, a dwa tysiące przed. Na Torwarze z kolei był kolega Petru. To wszystko już było”. Czy Biedroń podzieli ich los?

Zapraszamy do lektury!
Redakcja „Kultury Liberalnej”