Przez kilka miesięcy, od jesieni minionego roku, Polska żyła dyskusją o Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, przy czym spór nie dotyczył ani ekspozycji, bo tej jeszcze nie było, ani też gromadzonych od lat zbiorów. Poszło o estetykę budynku, który wyrósł w samym sercu stolicy, zagospodarowując spory fragment placu Defilad.

W internecie i mediach wylała się ogromna liczba krytycznych, i wręcz napastliwych komentarzy. W centrum uwagi była ohydna w opinii krytyków bryła MSN oraz Rafał Trzaskowski jako główny winowajca kształtu architektonicznego muzeum.

To dość zabawne, bo przecież w minionych latach kłócono się raczej o przekaz płynący z różnych wystaw i prezentowanych tam dzieł. Weźmy choćby Dorotę Nieznalską i jej „Pasję” (przypomnijmy, że z inicjatywy posłów Ligi Polskich Rodzin artystka została skazana na pół roku ograniczenia wolności i prace społeczne; później zaś ostatecznie uniewinniona w drugiej instancji, w 2010 roku).

Silne emocje wzbudziło też dzieło Maurizio Cattelana „Dziewiąta godzina”, przedstawiające Jana Pawła II przygniecionego przez meteoryt. Poseł Ligi Polskich Rodzin Witold Tomczak w towarzystwie posłanki Haliny Nowiny-Konopki w uniesieniu zdołał zniszczyć rzeźbę, a dziewięćdziesięcioosobowe grono posłanek i posłów prawicy zaapelowało do rządzącego wtedy Jerzego Buzka o dymisję Andy Rottenberg.

Tak się też stało i zamiast celebrowania wystawy jubileuszowej w Zachęcie wybuchł skandal. Ogrom emocji przeszło dekadę temu wywołało też dzieło Jacka Markiewicza, „Adoracja”, tym razem w CSW Zamek Ujazdowski. Ponownie poszło o dosłowne rozumienie sztuki i odruchową wręcz reakcję na rzekomą obrazę uczuć religijnych.

MSN, „jaka brzydka bryła”

Otwarcie MSN miało być sukcesem skorelowanym z wygraną Trzaskowskiego w wewnątrzpartyjnych prawyborach, a wywołało mały kryzys. Oponenci Koalicji Obywatelskiej poczuli krew, gdy przez Warszawę przeszedł pomruk niezadowolenia. Jak rzadko kiedy (a może wręcz przeciwnie?) politycy i komentatorzy wcielili się w rolę recenzentów, specjalistów od przestrzeni miejskiej i projektowania architektonicznego. Na nic zdały się komentarze eksperckie, których w mediach także nie brakowało, łącznie z wyjaśnieniami pochodzącymi od Thomasa Phifera, twórcy tej koncepcji.

A dyskusje na ten temat trwały przecież od dwóch dekad, kiedy to ogłoszono pierwszy konkurs na projekt architektoniczny (zarówno pierwszy, jak i drugi unieważniono, wybierając koncepcję w drodze negocjacji; tym razem obejmowała dwie inwestycje, MSN i TR Warszawa, które mają ze sobą w przyszłości sąsiadować). 

Niewielu recenzentów próbowało rozpoznawać niuanse, spojrzeć na detale całego budynku i na to, jak jest wpisany w szerszą perspektywę, choćby sąsiedniego Pałacu Kultury i Nauki. Niewielu też próbowało spojrzeć na nową budowlę z przeciwległej strony Marszałkowskiej, sprzed tak zwanej Ściany Wschodniej, dawnych domów centrum – i skonfrontować ze sobą również to sąsiedztwo. 

Tymczasem gmach MSN doceniają media zachodnie głównego nurtu, a w konkursie Property Design Awards, zdobył on nagrodę w kategorii „Obiekt publiczny”. W uzasadnieniu czytamy: „Nagrodę przyznano za wyjątkowe połączenie funkcjonalności, nowoczesnej estetyki i szacunku dla kontekstu miasta. Budynek wyróżnia się prostą formą na planie dwóch prostokątów, harmonijnie wpisując się w otoczenie Pałacu Kultury i Nauki. […] MSN to symbol nowej jakości w przestrzeni publicznej stolicy, łączący sztukę, kulturę i architekturę”.

Kultura i sztuka zawsze bywały politycznie zaangażowane (i podlegały politycznym decyzjom). Przez całą III RP przetaczały się ostre dyskusje dotyczące różnych wystaw czy spektakli teatralnych. Jednak spory nie odbywały się chyba nigdy na taką skalę. W czasie ośmioletnich rządów PiS-u nabrały intensywności polityczne ataki na twórców, a przede wszystkim — same instytucje kultury i ich dyrektorów. Za kontrowersyjne wystawy czy premiery teatralne, zazwyczaj domagano się właśnie głowy dyrektorki bądź dyrektora. Przypomnijmy najgłośniejsze ekscesy w świecie artystycznym wywołane przez spór polityczny.

Ojcobójcy, czyli rewolucja w teatrze

Dziedziną sztuki, która na liczbę kontrowersji i skandali może rywalizować z szeroko rozumianą plastyką, jest teatr. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych w polskim teatrze nastąpił niespodziewany przełom. Po okresie marazmu, na scenie pojawiło się nowe pokolenie reżyserów, z Grzegorzem Jarzyną i Krzysztofem Warlikowskim. Ten pierwszy debiutował w Teatrze Rozmaitości „Bzikiem tropikalnym” według Witkacego i od razu wywołał ferment. Widzowie czekali na takie wydarzenie całe lata.

Ten sam Jarzyna, który wkrótce objął stery Rozmaitości, zaprosił do współpracy Warlikowskiego, mającego za sobą pierwsze inscenizacje w Teatrze Dramatycznym („Elektra” w 1997 i „Poskromienie złośnicy” rok później). To jeden z najciekawszych okresów w historii współczesnego polskiego teatru. Nie obyło się bez skandali, zwłaszcza po premierze „Hamleta” w Rozmaitościach (obecnie TR Warszawa). Widzowie wstawali i wykrzykiwali do aktorów żądania, aby okryli nagie ciała. Najbardziej dostało się Jackowi Poniedziałkowi (tytułowy Hamlet). Dyskusje niekiedy przenosiły się widownię, angażując obie strony sporu, czyli wrogów i miłośników teatru Warlikowskiego. Na marginesie warto wspomnieć, iż w tamtym czasie po stronie oponentów stanęło duże grono krytyków o konserwatywnej mentalności (niektórzy, jak Jacek Wakar, zdążyli później zmienić front o sto osiemdziesiąt stopni). Na barykadzie w obronie Warlikowskiego stali za to Piotr Gruszczyński („Tygodnik Powszechny” i „Dialog”) oraz Roman Pawłowski („Gazeta Wyborcza”). Nie był to jednak jedyny moment wrzawy wokół przestawień teatralnych III RP.

Wielkie emocje wzbudził też okres rządów duetu Jan Klata i Seb Majewski w Starym Teatrze w Krakowie. Oburzona publiczność przerwała jeden z pokazów „Do Damaszku” w reżyserii Klaty. Reżyser i dyrektor wychodził na scenę i próbował dyskutować z protestującymi widzami, potem zaś chciał wyprosić ich sali.

Wrogowie Klaty, domagający się jego dymisji, powoływali się na dziedzictwo Starego Teatru i jego dorobek — w tym inscenizacje Konrada Swinarskiego z przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, zapominając jednak, że i Swinarskiego w swoim czasie dotknęła krytyka ze strony konserwatywnej części krakowskiej widowni. 

Do historii bez wątpienia przejdzie fiasko Moniki Strzępki w zarządzaniu stołecznym Teatrem Dramatycznym. Kontrowersyjnymi działaniami wywoływała ogromne spory, sama zresztą je prowokując, i podpalała emocje oponentów. Najpierw jej rządy próbował blokować ówczesny wojewoda mazowiecki Konstanty Radziwiłł, podważając decyzję komisji konkursowej obsadzającej ją na stanowisku. Później zaś sama Strzępka skompromitowała i siebie, i wartości, którym patronowała, oskarżona przez część zespołu o mobbing. (Niedawno zapowiedziała w mediach społecznościowych walkę o swoje racje w sądzie).

Źródłem jednej z największych politycznych kłótni w polskim teatrze ostatnich dekad była inscenizacja „Klątwy” Wyspiańskiego w warszawskim Teatrze Powszechnym, autorstwa chorwackiego twórcy, Olivera Frljicia. Artysta skupił się nie tyle na głównym przekazie oryginalnego tekstu, co na piętnowaniu hipokryzji kościoła oraz skandali z udziałem duchownych. Środowiska prawicowo-konserwatywne, wespół z kibicowskim, protestowały i modliły się przed teatrem. Grupa bojówkarzy wtargnęła nawet do foyer Powszechnego.

Co ciekawe, nieco wcześniej Frljić przeżył problemy z inscenizacją innej sztuki – „Nie-boskiej komedii. Szczątków” w Starym Teatrze. Prace nad nią jeszcze przed premierą zatrzymali ówcześni dyrektorzy Jan Klata i Seb Majewski.

Naciskom środowisk katolicko-konserwatywnych uległ również szef poznańskiego Malta Festivalu. Michał Merczyński odwołał pokaz „Golgoty Picnic” Rodrigo Garcii. Większość środowiska teatralnego oburzyła zachowawcza postawa Merczyńskiego i w imię wolności słowa organizowano otwarte czytanie sztuki Garcii. 

Z kolei TR Warszawa pod rządami Grzegorza Jarzyny zorganizował pokaz rejestracji wideo tego spektaklu. I to wydarzenie wywołało protest oraz doprowadziło do niecodziennych zdarzeń. Przed teatrem, na chodniku przy Marszałkowskiej kobiety, klęcząc, odmawiały różaniec, a ktoś w stroju duchownego w egzorcystycznym geście rozsypywał pod nogi widzów idących na pokaz sól. Po pokazie publiczność wyprowadzono tyłem, w eskorcie policji. Wcześniej zarówno firma ochroniarska, jak policja skutecznie odparły szturm oburzonych na drzwi teatru. Widzowie na sali TR-u w momentach ciszy słyszeli dochodzące z ulicy śpiewy „Boże, coś Polskę…”, co tylko nadawało klimatu temu wydarzeniu, dobrze korespondując z przekazem Garcii. 

Przy czym argentyński artysta zapewnił, że nie miał intencji obrażania czyichkolwiek uczuć religijnych. Już sama lektura dramatu „Golgota Picnic” (całość wydrukowała wówczas „Wyborcza”, a nieco później w polskim tłumaczeniu wyszedł wybór dramatów Garcii) pozwalała przekonać się, iż chodzi o radykalną krytykę współczesnego konsumpcjonizmu zachodniego świata — a więc postawy, którą piętnuje również nauka Kościoła katolickiego…

Krucjata nowej władzy

Rządy PiS-u obfitowały w kontrowersyjne decyzje personalne, wywołując nawet duży protest środowisk twórczych, które zjechały z całego kraju pod Pałac Kultury i Nauki. 

Jako jeden z pierwszych ofiarą rządów konserwatywnej prawicy padł Teatr Polski we Wrocławiu, niegdyś jedna z najważniejszych scen progresywnych w naszym kraju. Tam właśnie swoją interpretację „Śmierci i dziewczyny” Elfriede Jelinek przygotowała Ewelina Marciniak. Emocje i protesty pod teatrem wywołała już sama zapowiedź premiery. Po premierze natomiast większość przeciwników protestowała, nie znając spektaklu ani twórczości Jelinek. Spektakl, wzięty w obronę między innymi przez Krzysztofa Mieszkowskiego (wcześniej dyrektora tej sceny i redaktora naczelnego „Notatnika Teatralnego”, a wtedy debiutującego w roli posła z ramienia Nowoczesnej), doszedł do skutku, a efektem protestów było większe niż dotąd zainteresowanie inscenizacjami Marciniak.

Ofiarą tej kłótni padła jednak dyrekcja teatru, a władza powierzyła zarządzanie wrocławską sceną swemu zaufanemu, Cezaremu Morawskiemu. Dla teatru był to gwóźdź do trumny. Nowy dyrektor zasłynął wręczaniem w niekonwencjonalny sposób wypowiedzeń aktorkom i aktorom. Zespół się rozsypał, a na deskach Polskiego nikt poważny nie chciał wystawiać. Powstał za to Teatr Polski w Podziemiu, wspierany przez władze miasta. Na marginesie warto wspomnieć, iż rządy Morawskiego trwały ledwie dwa lata i zakończyły się skandalem, tym razem finansowym. 

Jeszcze większe kontrowersje wywołała nominacja Piotra Bernatowicza na dyrektora CSW Zamek Ujazdowski w Warszawie czy rządy Redbada Klynstry w teatrze im. Osterwy w Lublinie. Ale fala czystek personalnych przelała się za czasów PiS-u przez całą Polskę, nierzadko skreślając dotychczasową linię instytucji kultury, a ważne miejsca na kulturalnej mapie kraju przeistaczając w marginalne.

Wielkie odreagowanie

Rządy prawicy w Polsce obfitowały nie tylko w zmiany personalne, lecz także — radykalne zmiany kierunku rozwoju tych instytucji. Na równi z polityką historyczną — realizowaną w muzeach czy poprzez programy szkolne — ruszyła machina polityki kulturalnej. Nastąpił konserwatywny zwrot, będący odreagowaniem nadającej przez lata ton lewicowo-liberalnej narracji, która stawiała na wolność i swobodę twórczości artystycznej. 

Emblematycznym pod tym względem wydarzeniem była instalacja, która pojawiła się przed budynkiem Muzeum Narodowego w Warszawie, „Zatrute źródło” Jerzego Kaliny. W tym przypadku można mówić o odreagowaniu sensu stricto. Była to bowiem odpowiedź na wspomnianą już rzeźbę Jana Pawła II autorstwa Cattelana. W wersji Kaliny papież unosił nad głową bryłę meteorytu, która w dziele włoskiego twórcy, przygwożdżała papieża do ziemi.

Jeszcze dalej poszedł przywołany już nominat PiS-u, Piotr Bernatowicz, zapraszając do udziału w wystawie „Sztuka polityczna” [2021] szwedzkiego artystę Dana Parka, skazanego w swoim kraju za podżeganie do nienawiści na tle rasowym. W Szwecji jest on jednoznacznie kojarzony z ultraprawicowym, neofaszystowskim aktywizmem, nie zaś ze sztuką wartą wystawiania w poważnych instytucjach. W szwedzkim Malmö, Park postawił pod miejscowym ośrodkiem społeczności żydowskiej swastyki i pudełka z napisem „Cyklon B”. Był również autorem plakatów z podobizną Hitlera w koronie cierniowej i hasłem „Umarł za nasze grzechy”. Za sprawą Bernatowicza prace Parka pojawiły się w Zamku Ujazdowskim. „Nie tworzę platformy propagującej jakiekolwiek poglądy nazistowskie czy neonazistowskie. Tworzę platformę do wyrażania sztuki” — twierdził wówczas wyraźnie zadowolony Bernatowicz. Zaś protestującym pod CSW widzom Dan Park demonstrował numer obozowy, który sobie wytatuował na wzór więźniów hitlerowskich obozów śmierci.

Polityka i sztuka nadal razem

Zmiana władzy w Polsce wcale nie oznacza końca uwikłania w politykę świata artystycznego. Całkiem niedawno ostrej krytyce poddawano przecież decyzje personalne w teatrze — jak choćby wybór przez ministerstwo kultury innej kandydatki na dyrektorskie stanowisko w Instytucie Teatralnym, niż wynikałoby to z oceny komisji konkursowej. Sporo szumu wywołał też oficjalny apel zespołu Nowego Teatru w Warszawie, wskazujący na stanowisko dyrektora Michała Merczyńskiego, który „bez żadnego trybu” miałby zastąpić odchodzącą Karolinę Ochab; w tle pojawiła się sugestia, iż inna decyzja miasta mogłaby spowodować odejście samego Krzysztofa Warlikowskiego, tymczasem dość powszechnie uważa się, iż Nowy bez Warlikowskiego straci swój sens. Jak zawsze możemy też liczyć na opozycyjną prawicę — na kontrowersyjny akt artystyczny odpowie protestem i próbą wzburzenia swojego elektoratu. Kłótnia o kształt architektoniczny MSN była tego doskonałą próbą.

 

This issue was published as part of PERSPECTIVES – the new label for independent, constructive and multi-perspective journalism. PERSPECTIVES is co-financed by the EU and implemented by a transnational editorial network from Central-Eastern Europe under the leadership of Goethe-Institut. Find out more about PERSPECTIVESgoethe.de/perspectives_eu.

Co-funded by the European Union. Views and opinions expressed are, however, those of the author(s) only and do not necessarily reflect those of the European Union or the European Commission. Neither the European Union nor the granting authority can be held responsible.