Bardzo mało wiem o Haiti. Dawno temu opublikowałem recenzję książki Jana Pachońskiego, w ramach akcji pomocowej Uniwersytetu Warszawskiego dla Haiti, po tamtejszym trzęsieniu ziemi wygłosiłem jakąś prelekcję i to pewno cały mój dorobek „haitański” [1]. Nie jestem zatem najlepiej dobrany do recenzowania rozbudowanej przez Kowalewskiego typowo historycznej warstwy faktograficznej [2]. Trudność oceny zestawienia faktów przedstawionych w kolejności chronologicznej, powiązanych zależnością przyczynową kolejnego od poprzedniego, rośnie w wypadku wojen i bogatej historii politycznej (często Ameryka Łacińska). Trzeba po prostu dobrze znać tę historię. Rozumiem potrzebę opracowań faktograficznych, ale gdyby autor pozostał przy takim referowaniu, nie wywołałby mego wielkiego zainteresowania.

„Sprawa polska”

Nie wciągnęłaby mnie też „sprawa polska” w kontekście Haiti. Rozumiem oczywiście zainteresowanie w Polsce tym barwnym i zarazem dramatycznym, wręcz tragicznym epizodem – ale w kontekście historii kraju nie zajmuje on priorytetowego miejsca, zaś pojawiająca się czasem duma, że miejscowi mieli powody, by potraktować Polaków lepiej niż Francuzów, bywa elementem przesadnego budowania narodowej chwały. Nawiasem mówiąc, Niemców też potraktowali lepiej niż Francuzów. Czy warto jednak w ogóle dyskutować, kto walczył z Haitańczykami? To jest dopiero okres rodzenia się narodów w ich dzisiejszym kształcie. Nierówność, stany i kasty, były jeszcze czymś naturalnym. Wysłanie tam Polaków, którzy byli częścią swojego procesu narodotwórczego, a stali się tam ofiarami innego procesu narodotwórczego, jest dla mnie interesujące raczej w tym kontekście. No i w ten sposób przechodzimy do szerszych spraw, też zarysowanych przez autora. Od każdego epizodu można do nich dojść, a od Haiti już też dochodzono.

Tadeusz Łepkowski, któremu autor zadedykował swoją książkę, zaczął studiować Haiti właśnie z uwagi na polski epizod napoleoński, a rozszerzył na znacznie szerszą historię Ameryki Łacińskiej, w powiązaniu zresztą z interesującym go, także w kontekście Polski, zagadnieniem narodowym [3]. Otóż mnie autorskie określenie „rewolucja haitańska” i poruszone w jej kontekście ogólniejsze sprawy zainteresowały znacznie bardziej od wątku polskich żołnierzy. Ciekawe notabene, że książkę Łepkowskiego o Haiti wydano później na Kubie. Ze strony kubańskich wydawców, żyjących obrazem fidelowskiej rewolucji, było to zapewne działaniem w kierunku budowania wizji oczekiwanej rewolucji latynoamerykańskiej – co przypominało słowa „Wyklęty powstań ludu ziemi…” [4].

Niezależnie od wizji, w skład której wchodzi mniej czy bardziej rozpoznana, ewentualnie zmitologizowana przeszłość, historyk powinien patrzeć na zjawiska w różnych ich przejawach. Epizod haitański jest ważny dla rozważań o rewolucji francuskiej. Zwraca uwagę na okoliczność, że idee rewolucyjne symbolizowane hasłem „wolność, równość, braterstwo”, nie obejmowały jednak niewolników, żyjących poza metropolią, podobnie jak nie obejmowały kobiet. We Francji metropolitalnej biali i czarni obywatele szli razem w pochodach z potwierdzającymi bliskość scenami: czarne kobiety karmiły piersią białe niemowlęta, a białe czarne [5]. Poza metropolią nie wyglądało to jednak tak rozczulająco.

Europa a kolonie

Casus Haiti nasuwa też na myśl pytanie o myślenie na temat kolonii w kolejnych europejskich przemianach oraz prądach filozoficznych. Nie przynosiło ono chwały Europie. Według tej myśli świat nieraz miał się zmieniać – ale kolonie miały nimi pozostawać. Niektóre państwa – w tym Polska – marzyły o nich nawet w okresie międzywojennym, gdy idea ta jednak przestawała już być modna. Prawda, że wpierw była duża doza kolonializmu w polskim parciu na Wschód, ale nie definiowano jej jako takiej. W europejskich metropoliach kolonialnych, nawet gdy „odpuszczano”, to nieraz dobrze pamiętano o swoich interesach. Francja wymusiła na Haiti reparacje, a sprawa uznania ich za niesprawiedliwe i wyciągnięcia z tego skutków, nie tylko moralnych, ciągnie się do naszych czasów.

Przy lekturze książki nasuwają się porównania z drogami wyzwalania się innych krajów ze statusu kolonii i stosunków ludności miejscowej z osadniczą – białą. Badanie porównawcze nie jest łatwe z uwagi na ewolucję i stopniowość rozpowszechniania się wzoru życia narodowego. W wypadku analizowania problemów dziejowych, jak najbardziej aprobuję porównania diachroniczne, ale trudno jednak zestawiać wyzwalające się w latach sześćdziesiątych XX wieku kraje afrykańskie, mające „przed oczyma” wzorzec narodowy i, dajmy na to, Haiti. Ze wspomnianego przez Kowalewskiego mordowania pojmanych przez zagazowywanie ich oparami siarki w ładowniach statków nie wynika ciągłość z komorami gazowymi naszych czasów. Gilotyna stosowana przez rewolucję francuską nie była kontynuacją dawnego podobnego sprzętu, który ponoć gdzieś też znano.

Bardzo ciekawy jest stosunek wyzwalających się do dotychczasowej struktury oraz zajmowania przez nich poprzednich wyższych miejsc w hierarchii. Także elementy dotychczasowych układów lub uprzednich działań metropolii, ułatwiające drogę szukającym wolności – jak na przykład tworzenie wojskowych oddziałów kolonialnych, czy – to w późniejszych czasach – przyjmowanie niektórych skolonizowanych na uczelnie, czy w końcu istnienie w metropolii systemu rządów hamującego represje, ułatwiającego występowanie z postulatami. Niektóre przykłady robią wrażenie. W czasie pierwszej wojny światowej dziadek Baracka Obamy służył w korpusie brytyjskich żołnierzy z Afryki. Po powrocie nie chciał wrócić do domu ojca, ale zamieszkał w wojskowym namiocie. W odróżnieniu od reszty rodziny nosił europejskie ubrania, jadł za pomocą noża i widelca. Pracował jako kucharz u brytyjskich rodzin w Nairobi i okolicach” [6]. Chyba był kucharzem w wojsku dla brytyjskich żołnierzy. Nie stał się bojownikiem o niepodległość Afryki – ale wiadomo jak daleko zaszedł jego wnuk.

Poza zakresem recenzowanej książki pozostaje jeszcze wiele potencjalnych pól porównań, jak na przykład zróżnicowanie losów kolonii po emancypacji. W lepiej mi znanej historiografii powracającym tematem była odmienność losów USA i Brazylii. U schyłku XX wieku na wielu z nas zrobiła wrażenie chęć pozostania Malwinów Falklandami [7]. O dalszych losach Haiti autor nie mówi, ale nie były i nie są one wspaniałe. Wspominany wyżej i często przywoływany przez autora, Tadeusz Łepkowski, jako jeden z nielicznych współczesnych Polaków odwiedził Haiti i został nawet zaproszony do złożenia odwiedzin przez tamtejszego strasznego władcę (Duvallier). Usadzono go w pewnej odległości od niego w fotelu i dyskretnie poproszono, by nie wykonywał żadnych niespodziewanych szybkich ruchów. Łepkowski miał problem, w jaki „kostium” ubrać przekazanie gospodarzowi swojej książki o Haiti – co było oczywistym elementem wizyty. Wpisał więc dedykację „Narodowi haitańskiemu”. Tak zawsze można napisać.

Rewolucje

Ciekawe są obserwacje autora o mechanizmie wybuchu rewolucji haitańskiej. Trudno oczywiście sądzić, że była ona odległą repliką rewolucji francuskiej. Często się jednak zdarza, że zdominowani reagują na trudności dominatora. Ameryka hiszpańska najpewniej nie podniosłaby się bez wojen napoleońskich w Europie, rozległa dekolonizacja była w pewnym wymiarze skutkiem drugiej wojny światowej. Jeśli dobrze pamiętam, sam autor lata temu opowiadał mnie i kolegom, jak w Kongo pojawiła się wtedy pewna sekta religijna, której przywódca przyjął imię „Hitler”. Mało wiedział o świecie, ale jakoś dowiedział się, że w Belgii pewien Hitler bije Belgów.

Ciekawe są autorskie obserwacje, jak w rewolucji haitańskiej przejawiało się afrykańskie doświadczenie czarnych, a może ich przodków. Pojawia się w książce pytanie, czy na Polaków oddziaływało doświadczenie polskie (czy sami porównywali doświadczenie własnej walki o wolność?). To oczywiście też jest znacznie szerszą sprawą. Uciekający w Brazylii do interioru niewolnicy odtwarzali tam afrykańskie społeczeństwo – przynajmniej tak, jak je sobie wyobrażali. Na Haiti (wyspie) zapewne nie było takich możliwości ucieczki, udział czarnych wśród ogółu ludności był chyba też większy. Ciekawa jest autorska obserwacja, że buntowali się nie ci najbiedniejsi, a „średniacy”, którzy po zwycięstwie „wchodzili w buty” poprzedników. Można to uogólnić na twierdzenie, że wielokrotnie przywódcami ruchów emancypacji narodowej bywali ludzie z pogranicza geograficznego lub/i kulturowego.

Wspaniała jest historia koronowania się Jeana-Jaquesa Dessalinesa (1758–1806), jednego z przywódców powstania, z czasem jego głównodowodzącego, na cesarza Jakuba I – bo Napoleon też sam się koronował. To prowadzi też do szerszej, ciekawej sprawy przyjmowania w wielu koloniach wzorów instytucjonalnych z metropolii. Warto zadać też pytanie o akceptowany język. To, że często buntują się ci relatywnie bliżsi grupom kontestowanym, nawet bliżsi jakkolwiek definiowanej władzy, powtarza się w różnych buntach.

Ważne jest też połączenie zagadnień etnicznych-protonarodowych-narodowych-wyzwoleńczych z jednej strony, z rewolucją społeczną z drugiej. Zjawisko „nacjonalizmu rewolucyjnego” jest znane z wielu sytuacji historycznych, ale w wielu buntach antykolonialnych było ono wyjątkowo widoczne. Taki nacjonalizm bywał okrutny, ale – to znów szersza sprawa – wojny kolonialne i antykolonialne były na ogół bardzo okrutne. Przyroda mogła wspomagać okrucieństwo w takich (i innych!) wojnach choćby poprzez epidemie.

Autor patrzy w szerokiej perspektywie. Wspomina na przykład wojnę antykolonialną w Wietnamie. Takie rozważania można wszakże zawsze rozszerzać – na przykład w kierunku przyjrzenia się drogom wyzwalania się Afryki, w tym Afryki Południowej, czy roli niewolników w obaleniu niewolnictwa oraz tym samym wojnie domowej w USA, czy wyjątkowo ścisłego połączenia czynników emancypacji narodowej oraz przemiany społecznej w rewolucji chińskiej. Oczywiście pytanie, czy znaczenia w ewolucji zjawiska „nacjonalizmu rewolucyjnego” nie miały sprawy w pewnym sensie zewnętrzne – jak na przykład klimat intelektualny czasów czy świadomość dawniejszych sytuacji.

Nacjonalizmy

Elementem tematu, który – jak podejrzewam – najbardziej zainteresował autora i w zakresie którego, poprzez pryzmat Haiti, najszerzej patrzy na świat, jest zjawisko, które nazwał „nacjonalizmem integralnym” [8]. Pojawia się w książce pytanie, czy Dessalines był poprzednikiem Frantza Fanona i Malcolma X. Sprawa jest znacznie szersza: to kwestia rozumienia „nacjonalizmu integralnego”. Tak, można go zrozumieć. W różnych sytuacjach można zrozumieć narastanie dążenia do czystek etnicznych, mordów itd. Jest nawet obowiązkiem historyka podjęcie wysiłku zrozumienia – choć są rzeczy po prostu niemożliwe do zrozumienia. Jednocześnie, nie jest źle dostrzegać, do czego takie zjawisko prowadzi. Nie można akceptować francuskiego powiedzenia tout comprendre c’est tout pardonner (w pełni zrozumieć znaczy wybaczyć). Zjawisko jest oczywiście stopniowalne. Autor opisuje jak Haitańczycy, w ramach swojego „nacjonalizmu integralnego”, przyjęli Polaków, choć nazwali ich czarnymi i pozwolili żyć w państwie zdefiniowanym jako państwo czarnych. Częściej – i autor to także wie – bywa jednak inaczej. I wolałbym, żeby „nacjonalizm integralny” nie rozwinął się tam, gdzie rozwinął się spontanicznie bądź na skutek celowej działalności.

Ciekawa jest wiążąca się z tematyką książki generalna kwestia, czy kolonizatorzy uważali czarnych za ludzi. Niby niewolników chrzczono (nawet jeśli oni niekoniecznie o tym wiedzieli), ale traktowano jako zwierzęta robocze. W jakimś epizodzie autor cytuje opinię o zabitych jako o „kupie czarnych cielsk”. Nawet bez dramatu wojny etniczno-kolonialnej, z bliskiego nam zakresu intelektualnego, można przytoczyć opinie podobnie fatalne, nawet jeśli bardziej elegancko formułowane. W powszechnie znanej powieści Staś mówi do Kalego: „Wahimowie mają czarne mózgi, ale twój mózg powinien być biały. Ty, skoro zostałeś ich królem, powinieneś ich oświecić i nauczyć tego, czego nauczyłeś się ode mnie i od bibi [9]”. Potem zaś kończy wezwanie słowami: „Uczyń z nich ludzi” [10]. Nie jestem pewien, czy miało to znaczenie tylko takie, jak w naszym wypadku, powiedzmy, zwrócenie się do kogoś z prośbą „Bądź człowiekiem, pożycz parę złotych”. W Australii Aborygenów kiedyś nie uwzględniano w spisach ludności.

Sprawa sposobu patrzenia na ludzi o innym kolorze skóry to kwestia zmienna w dziejach i w zależności od kraju, ale ciągnąca się do dziś. Ciekawe jest porównanie dawnych metropolii kolonialnych, przyzwyczajonych do ich wyzysku, ale też przyzwyczajonych do nich samych, z państwami niekolonialnymi, jak Polska. W okresie międzywojennym było tu zapewne dosłownie paru czarnych – notabene niekoniecznie w wielkich miastach (jednego odnotowano w pamiętniku z Ostrowca Świętokrzyskiego, jako sprzedawcę czarnej pasty do butów! [11]). Moje pokolenie zobaczyło ich licznie w 1955 roku na Festiwalu Młodzieży. Robili wtedy duże wrażenie w Warszawie. Podczas studiów widywałem jednego czarnego, potocznie nazywanego „Muki” (od Mokpokpo). W kontekście dzisiejszej sprawy migrantów pojawia się w podtekście rozróżnienie pomiędzy białymi i śniadymi (niestety, bywa że nazywanymi „ciapatymi”).

Wracając do Haiti, ciekawiłoby mnie, jak sami czarni rozróżniali Francuzów, Polaków i Niemców? Z książki wynika, że rozróżniali – a czy naprawdę różnimy się bardziej niż mowa w stereotypach? Autor dobrze pokazuje dzieje jako przedmiot sporu. Temat bada z dużą erudycją, a wrażenie robi poznanie przez niego historiografii haitańskiej. Ciekawiłoby mnie, czy i jak sprawa Haiti weszła do pamięci rewolucji francuskiej. O sporach o Wandeę i tamtejszych oporach wobec idei paryskich słyszałem i czytałem, nawet podczas obchodów jej dwusetlecia. O Haiti chyba nie.

Przypisy:

[1] Jan Pachoński, „Polacy na Antylach i Morzu Karaibskim”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1979 [rec. „Przegląd Polonijny”, 1982, nr 1, s. 125–127]. Prelekcja: „Historia państwa Haiti i Legiony polskie na San Domingo/Saint Domingue”, w ramach programu „UW dla Haiti”, 23 stycznia 2010.

[2] Niniejsza recenzja jest rozwinięciem wystąpienia podczas promocji książki Z.M. Kowalewskiego w Instytucie Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza 6 marca 2025 roku.

[3] Tadeusz Łepkowski, „Haiti. Początki państwa i narodu”, PWN, Warszawa 1964.

[4] Tadeusz Lepkowski, „Haiti, Casa de las Américas”, Año del Guerrillero Heroico, La Habana 1968.

[5] Jan Baszkiewicz, „Nowy człowiek, nowy naród, nowy świat.  Mitologia i rzeczywistość w rewolucji francuskiej”, PIW, Warszawa 1993, s. 390.

[6] Miłada Jędrysik, „Skąd się wziął prezydent”, „Gazeta Wyborcza”, 28–29 maja 2011.

[7] Islas Malvinas i Falkland Islands – argentyńska i brytyjska nazwa tych samych wysp, przekazanych przez Hiszpanię Wielkiej Brytanii w 1771 roku. W 1982 roku argentyńscy generałowie, potrzebujący sukcesu w kategoriach myślenia narodowego, rozpoczęli wojnę o wyzwolenie ich z więzów kolonialnych. Przegrali ją, a nic nie wskazuje, by ludność wysp tego żałowała.

[8] Z.M. Kowalewski informuje, że ten termin ukuł prawicowy myśliciel i działacz Charles Maurras, zaś w refleksji naukowej zastosował go John Armstrong.

[9] Mowa o Nel.

[10] Henryk Sienkiewicz, „W pustyni i w puszczy”, Egmont, Warszawa 2001, s. 290.

[11] Moszek Niskier, „De Ostrowiec ao Rio de Janeiro”, bez wydawcy, Rio de Janeiro [1991].

Książka:

Zbigniew Marcin Kowalewski, „To nie jest kraj dla wolnych ludzi. Sprawa polska w rewolucji haitańskiej”, Instytut Myśli Politycznej im. Gabriela Narutowicza, Książka i Prasa, Warszawa 2024.