Życzeniem Wagnera było, aby jego „misterium sceniczne”, jak nazwał „Parsifala” [1882], wykonywać jedynie w Bayreuth, w specjalnie zaprojektowanym do tego celu teatrze. Jednak magia tak zwanego „zakazu bayreuckiego” działała na wyobraźnię i szybko wywołała pragnienie złamania tego go.
Kto złamie „zakaz bayreucki”?
Już w kilka miesięcy po śmierci kompozytora (1883) fragmenty „Parsifala” zagrano najpierw w Londynie, a potem w Ameryce: Bostonie, Nowym Jorku i San Francisco. Jednak na pierwszą inscenizację „Parsifala” poza Bayreuth trzeba było zaczekać – a w wielu amerykańskich miastach, zanim publiczność zobaczyła ostatnie dzieło Wagnera na scenie, mogła się z nim zapoznać w kinie, dzięki filmowi wyprodukowanemu przez Thomasa Edisona.
W końcu w 1903 roku nowojorska Metropolitan Opera wystawiła „Parsifala” i ruszyła z nim w tournée po Ameryce (w 1905 dotarła także do San Francisco). Ta przełomowa inscenizacja wywołała nie tylko gniew Cosimy Wagner (wdowy po kompozytorze), lecz także sprzeciw amerykańskich duchownych, dla których „Parsifal” był wielce obrazoburczym tworem. Brzmi to dość zabawnie, zważywszy na dzisiejszą tradycję wielkanocnych spektakli „Parsifala”, o czym pisaliśmy wiosną przy okazji recenzji spektakli w Stuttgarcie, Hamburgu i Mannheim.
Cosima niewiele zdziałała, chcąc zmonopolizować muzykę Wagnera, bo prawo autorskie jej to uniemożliwiło. Ale za złamanie „zakazu bayreuckiego” mogła ukarać zakazem powrotu na scenę w Bayreuth Aloisa Burgstallera, który przedłożył gaże w dolarach ponad wierność Wagnerom oraz prestiż Bayreuth i wystąpił na scenie MET w rzeczonej produkcji.
Długa droga „Parsifala” na scenę w San Francisco
Dyrygentem tego przełomowego amerykańskiego „Parsifala” był pochodzący z Frankfurtu Alfred Hertz – i jego za ten wybryk dosięgła zemsta Cosimy: nieoficjalny zakaz występów na niemieckich scenach. Stał się jednak specjalistą od niemieckiego repertuaru w Metropolitan Opera, ale że nie za dobrze dogadywał się z dyrektorem nowojorskiej opery, przeniósł swoją działalność na Zachodnie Wybrzeże. W 1915 roku został dyrektorem San Francisco Symphony Orchestra, a gdy w 1923 roku powstała San Francisco Opera [SFO] dyrygował w niej niemieckimi operami.
Gaetano Merola, założyciel i dyrektor San Francisco Opera, już w 1927 roku wprowadził do repertuaru „Tristana i Izoldę”, później „Tannhausera”, „Lohengrina” i „Śpiewaków norymberskich”. Wśród zatrudnionych przez Merolę śpiewaków byli między innymi: Maria Müller, Friedrich Schorr, Arnold Gabor. Ale z wystawieniem „Parsifala” Merola zwlekał, bo choć dysponował dobrymi śpiewakami, to jego zdaniem orkiestra nie była gotowa na to wyzwanie.
Marzenie Meroli o „Parsifalu” ziściło się dopiero w 1950 roku. W roli Kundry wystąpiła legendarna już wówczas Kirsten Flagstad. Na kolejną inscenizację przyszedł czas w 1964 roku z równie legendarnymi wykonawcami: Sándorem Kónyą, Giorgiem Tozzim, Irene Dalis, która kilka lat wcześniej zadebiutowała jako Kundry na Festiwalu w Bayreuth. Kolejna inscenizacja miała premierę w 1988 roku i zapisała się w historii nie tylko udziałem takich gwiazd jak Waltraud Meier i Rene Kollo, ale i udziałem Gejowskiego Chóru San Francisco. W 2000 roku przyszła kolej na „Parsifala” w reżyserii Nikolausa Lehnhoffa, którą ówczesny dyrektor SFO Donald Runnicles opisał słowami: „Kosmiczna i kompletnie zdechrystianizowana”.

„Parsifal” 2025 – powrót do tradycji
Wobec naprawdę długiej i ważnej historii wagnerowskich inscenizacji na scenie San Francisco Opera stwierdzenie nowej dyrektor muzycznej instytucji dyrygentki Eun Sun Kim, iż o długiej i bogatej tradycji wagnerowskiej tej sceny dowiedziała się dopiero po objęciu stanowiska dyrektora, dziwi. Ten brak znajomości historii wydaje się szokujący, ale można by nad nim przejść do porządku dziennego, gdyby nie okazało się, że nie tylko o instytucji ma ona nikłe pojęcie, ale i o samej muzyce Wagnera również.
Uderzający był brak spójnej interpretacji dzieła i rozbiegane myśli muzyczne, bez żadnej puenty. Pauzy generalne we wstępie do pierwszego aktu pod batutą Eun Sun Kim zabrzmiały jak błąd systemu, jakby igła w gramofonie przeskoczyła i oto słyszymy jeszcze raz to samo, bez większego sensu. Rozbudowany akt pierwszy, w którym dużą rolę odgrywa narracja, zamienił się w nudny wykład Gurnemanza; w tej roli Kwangchul Youn, doświadczony wagnerysta, który próbował bezskutecznie nadać nieco napięcia, jednak sam mógł niewiele zdziałać. Przed trudnym zadaniem stanęli nie tylko soliści, ale i chór, który zamiast oczarować brzmieniem – tylko je dociążył.
Dziwny pomysł grać „Parsifala”, nie mając pomysłu na to, jak zagospodarować tę partyturę brzmieniowo, jak zbudować jej przestrzenne brzmienie i dramaturgię.
Samą orkiestrę należy jednak pochwalić, choć drobne błędy, takie jak niedoczyszczone brzmienie blachy, zachwiały jej reputacją, bo przecież solidnie brzmiąca blacha to znak firmowy amerykańskich orkiestr. Za to pięknie zabrzmiało drewno: rożek angielski, oboje, flety obdarzyły partyturę ładnymi ornamentami. Dobrą podstawę Orkiestry San Francisco Opera stanowią smyczki, szczególnie bogate w środkowym paśmie, co w jakiś sposób przywołuje brzmienie Orkiestry Deutsche Oper. Być może nie przez przypadek, bowiem obecny dyrektor muzyczny DOB w Berlinie był poprzednio dyrektorem San Francisco Opera. A może to piękne, szlachetne brzmienie altówek, to specjalność orkiestr w tym mieście? Bo trzeba przyznać, że w San Francisco Symphony Orchestra altówki, to najlepiej brzmiąca sekcja.

Mniej lub bardziej muzyczne konterfekty
Najatrakcyjniej zabrzmiał akt II spektaklu. Gwiazdą jest tu bas-baryton Falk Struckmann, który jako Klingsor robi wielkie wrażenie głębokim osadzeniem w tekście zarówno muzycznym, jak i literackim Wagnera. Jego pełna sprezzatury dynamiczna interpretacja na chwilę nadaje spektaklowi siły wyrazu. W ogrodzie Klingsora zaklęte w kwiaty dziewczyny zgranym zespołowym śpiewaniem dodają trochę koloru lżejszymi i łagodniejszymi dźwiękami. Akt II „Parsifala” to także wielki sprawdzian dla wokalnych umiejętności Kundry, w tej roli wystąpiła Tanja Ariane Baumgartner i udało się jej mimo sztywnego taktowania Eun Sun Kim zaśpiewać kilka trzymających w napięciu fraz.
W roli tytułowej Brandon Jovanovich – który zaskoczył świeżością głosu. Mimo że jakiś czas temu obwieszczano, że siły natury, na których opiera się jego wokalistyka, zdawały się wyczerpywać (bowiem nigdy nie podpierała ich dobra technika). Jovanovich prezentuje obecnie dobrą formę wokalną, a jego przemyślana interpretacja opierająca się na odpowiednim doborze środków wokalnych jest nieporównywalnie lepsza od tego, co na przykład prezentują w tej roli Jonas Kaufmann albo Andreas Schager, którego występ w Bayreuth recenzowałem kilka tygodni temu. W odróżnieniu od tych dwóch faworyzowanych śpiewaków Jovanovich śpiewa zamiast krzyczeć, ma ładne piano, legato i dobrą intonację.
Struckmann, Baumgartner, Jovanovich zrobili dużo dla tego spektaklu. Udało im się nie zastygnąć w muzyczno-dramaturgicznym bezruchu, który brakiem wyobraźni muzycznej powodowała Eun Sun Kim. Niestety, w jej pułapkę wpadł baryton Brian Mulligan. Śpiewak przez naturę obdarzony dobrym słuchem (śpiewa bardzo czysto) i wyjątkowo pięknym głosem, którym posługuje się z dużą łatwością, lecz mimo to ledwo zarysował muzycznie konterfekt Amfortasa. Roli niebywale ekspresyjnej – pełnej rozpaczy i zwątpienia. Ani tych, ani innych aspektów charakteru Amfortasa Mulligan zupełnie nie oddał. Należy mieć nadzieję, że kiedyś usłyszymy jego Amfortasa z innym dyrygentem, bo ma szanse być naprawdę świetny.

Ponowna chrystianizacja „Parsifala”
Inscenizacja w reżyserii Matthew Ozawy to powrót ze zdechrystianizowanej przez Lehnhoffa wersji, do bardzo klasyczno-chrześcijańskiej. Bardzo poprawnej i grzecznej, wypełnionej tradycyjnym prowadzeniem postaci, oszczędną i chyba dość spontaniczną grą aktorską śpiewaków. Tego, że jest to „Parsifal” tradycyjny, nie zmieni nawet tytułowy bohater wyglądający jak Obi-Wan Kenobi skrzyżowany z samurajem.
Głównym atutem tudzież ozdobą tej inscenizacji jest współdziałanie scenografii (Robert Innes Hopkins) ze światłem (Yuki Nakase Link), dzięki którym raz za razem powstają piękne efekty wizualne. Wobec ledwości i miałkości narracji muzycznej zaproponowanej przez dyrygentkę te efekty teatralne i zachowawcza reżyseria, w jakimś niewielkim chociaż stopniu dały widzom możliwość wglądu w świat „Parsifala”.
Opera:
Ryszard Wagner, „Parsifal”
dyryget: Eun Sun Kim
reżyseria: Matthew Ozawa
soliści: Brandon Jovanovich (Parsifal), Falk Struckmann (Klingsor), Tanja Ariane Baumgartner (Kundry), Brian Mulligan (Amfortas), Kwangchoul Youn (Gurnemanz), David Soar (Titurel), Samuel White i Jongwon Han (rycerze Graala), Elisa Sunshine, Laura Krumm, Georgiana Adams, Jana McIntre, Olivia Smith, Caroline Corrales (dziewczęta-kwiaty)
Chór i Orkiestra San Francisco Opera
recenzowany spektakl odbył się 2 listopada 2025 roku
zdjęcia ze spektaklu: © Cory Weaver/San Francisco Opera
