Zacznijmy od spektaklu „Carmen”, na którym byłem 7 listopada 2025. Warto go zrecenzować, choćby dlatego, że inne październikowe i listopadowe produkcje Met, takie jak: „Arabella” R. Straussa, „Cyganeria” G. Pucciniego, i „Andrea Chénier” U. Giordana okazały się zupełnie nieinteresujące. Głównie z powodu niedobrej obsady. Jedynie o „Andrei Chénier” napomknęliśmy w numerze 888 „Kultury Liberalnej”.
Tymczasem wspomniana „Carmen” i awanturka, która rozkręciła się przy okazji jesiennego wznowienia tej produkcji, świetnie oddają kondycję, w jakiej znajduje się dziś Met.
Śpiewanie w Met coraz mniej znaczy
Muzyczne walory spektaklu były przygnębiające. Dobrze grającej Orkiestrze Metropolitan Opera pod batutą Fabiena Gabela nie udało się wyrwać z odrętwienia Chóru Met. Ten w dynamicznie skomponowanych przez Bizeta scenach emanował energią emerytów na haloperidolowym haju (i do tego te nieczyste i strasznie rozwibrowane głosy… czy to naprawdę chór instytucji, która rości sobie pretensje do miana „najważniejszej sceny operowej”?).
Najgorsza w przypadku Met jest jednak strategia obsadowa. To na tej scenie zrodziły się najgorsze praktyki podpisywania kontraktów z gwiazdami ze zbyt dużym, wieloletnim wyprzedzeniem. Tu od dawna na wielką skalę fetyszyzuje się duże głosy. To takie wielkoamerykańskie.
Postawa ta w pierwszej kolejności doprowadziła Met, a w konsekwencji inne sceny operowe, do pielęgnowania patologii wokalnych, zamiast uprawiania sztuki śpiewu. Ostatecznie Met kreuje gwiazdy – albo raczej było tak do niedawna, bo obecnie coraz mniej znaczy stempelek „śpiewał w Met”. Wręcz można podejrzewać, że jeśli ktoś za dużo tam śpiewał, to ma głos zniszczony, bo tu prawie wszystko śpiewa się forte, choć wbrew pozorom nie trzeba. Mimo olbrzymiej widowni na ponad 3700 miejsc, akustyka w Met jest bardzo dobra!

„Zwierzę sceniczne” z krótko przyciętymi pazurkami
Na nową gwiazdę instytucji kreowana jest obecnie pochodząca z Nowego Jorku Isabel Leonard. To jej powierzono rolę Carmen. Leonard dysponuje co prawda przyjemnie brzmiącym głosem, ale ma pamięć złotej rybki – każda kolejna fraza nie ma zaczepienia w poprzedniej. Artystka wydaje się zadowolona z tego, co i jak śpiewa. Jednak jej entuzjazm nie udziela się publiczności – Leonard nie wie, kim jest na scenie. Jako Carmen chce być wampem, zwierzem scenicznym, ale nie jest chyba świadoma, że ma za krótko przycięte pazurki. Bardzo typowa gwiazda bez właściwości – dziś to częsty przypadek.
Jako Escamilio wystąpił Adam Plachetka. Śpiewak padł niestety ofiarą fetyszu wielkości – skupił się bowiem na próbie pokazania, że jego głos jest większy niż w rzeczywistości. Ucierpiała na tym dykcja, intonacja, ale to są słowa, które odchodzą do lamusa.
Trochę wdzięcznego śpiewania usłyszeliśmy w wykonaniu Kristiny Mkhitaryan, która wcieliła się w postać Micaeli. W roli Don Josego wystąpił Michael Fabiano, który żył na scenie życiem postaci – nierozważnej, zakochanej, upokorzonej, odrzuconej i w ostatniej scenie przeżywającej załamanie nerwowe. Fabiano sprawił, że przy całej miałkości muzycznej i inscenizacyjnej spektakl miał jakiś charakter i kierunek dramaturgiczny.
Podejście sprzed 170 lat
Publiczność Met jest niezwykle wyrozumiała i postępowa wobec wokalnych niedostatków śpiewaków i jednocześnie konserwatywna, jeśli chodzi o upodobania wizualne i reżyserię spektakli. Dlatego debiut reżyserski Carrie Cracknell w Met w grudniu 2023 roku nie został dobrze przyjęty. Tam Carmen z koleżankami nie produkuje w fabryczce papierosów, lecz broń (choć z początku pomyślałem, że może lalki Barbie, sądząc po kostiumach Toma Scutta). Z kolei autor scenografii Michael Levine przerzucił akcję z malowniczej Sewilli gdzieś w okolice granicy USA z Meksykiem.
I to był jak mniemam jedyny problem publiczności w Met, która nie zrozumiała, że w zasadzie ogląda konserwatywno-prowincjonalny teatr operowy. Paradoksalnie wszystko w tej produkcji opiera się na pustym efekciarstwie, czyli możliwościach technicznych, jakie daje wyposażenie sceny. Nie jest to zatem podejście do teatru operowego sprzed 70 lat, tylko raczej 170, jeśli pomyślimy o grand opéra.
Choć raczej w to nie wierzę, to sama Carrie Cracknell może zdawać sobie sprawę z pustoty, jaka zionie z tej produkcji. Bowiem po usunięciu z niej w zasadzie jednego elementu scenograficznego tak niewiele zostało, że reżyserka w ślad za autorem scenografii zażądała usunięcia swojego nazwiska ze strony internetowej, plakatów itd.
„Carmen” ofiara wypadku samochodowego
Co się stało? W oryginalnej produkcji Escamillo przyjeżdżał czerwonym kabrioletem Jaguarem. Towarzyszyła mu świta w trzech pickupach, wszystko było sterowane komputerowo i niewątpliwie bardzo efektowne.
Aż tu nagle, przy okazji jesiennego wznowienia inscenizacji, jeden z pickupów stał nieruchomo w tle, Escamillio wchodził, a któryś z jego kolegów wprowadził na scenę wielki motor! No owszem, to nie zupełnie to samo, ale czy zmiana tej sceny zniszczyła inscenizację? Nie! Tylko udowodniono w ten sposób, jak słaba jest inscenizacja „Carmen” w reżyserii Cracknell.
Scenograf Michael Levine powiedział: „Byliśmy wściekli. Nie chciałem, żeby moje nazwisko było kojarzone z tą produkcją, ponieważ nie odzwierciedla ona pierwotnego zamysłu artystycznego”.
Dyrektor Met, Peter Gelb, poinformował, że na zniweczeniu tego „zamysłu artystycznego”, czyli jednego elementu scenograficznego, teatr zaoszczędził 300 tysięcy dolarów. To oczywiście jak najbardziej godne pochwały, zwłaszcza w obliczu zapowiedzianej redukcji etatów i cięć wynagrodzeń. Nie jest tajemnicą, że Met zmaga się z problemami finansowymi, a symptomy złego stanu finansowego instytucji już wiele lat temu były widoczne, nawet gołym okiem z Warszawy.

Mit opery zasobnej w dolary
Przecież obecność inscenizacji Mariusza Trelińskiego w Met to nie wyraz docenienia reżysera (choć obie strony tak utrzymują), tylko zwyczajna przedsiębiorcza oszczędność ze strony instytucji. Publiczność i sponsorzy oczekują nowych inscenizacji, więc te muszą się pojawiać. A z punktu widzenia Met nie jest źle, jeśli sporą część kosztów produkcji ponosi ktoś inny. A tak właśnie wyglądała współpraca Met z Teatrem Wielkim–Operą Narodową.
Gdyby tego było mało, to „w zamian” za to, że inscenizacje Trelińskiego i Kudlički jeździły do Met, to w TW–ON musiała gościć Keri-Lynn Wilson. Jedna z najbardziej niezdolnych dyrygentek operowych, a prywatnie żona dyrektora naczelnego Metropolitan Opery. Po prostu coś za nic, albo za coś, czego nikt nie chce (?). Dyrektor Met musi liczyć pieniądze inaczej, bo wydaje prywatne. Z kolei w TW–ON wydaje się środki publiczne na prywatne biznesy dyrektorów – to zupełnie inne modele biznesowe.
W środowisku muzycznym dużo mówi się również, że Polscy śpiewacy nie mają w Met najwyższych stawek. To fakt, który wyjaśnia „sukcesy” niektórych z nich. Nie jest drogo wziąć śpiewaka i zrobić z niego nową gwiazdę, podczas gdy koszty pracy z wcześniej wykreowanymi gwiazdami rosną wraz z ich stawkami za spektakl. Z kolei ich możliwości z czasem maleją – naturalna kolej rzeczy.
Kilku śpiewaków zapowiedziało, że nie wróci do Met, jeszcze zanim prasa w styczniu zaczęła pisać o problemach finansowych instytucji. Śpiewacy bowiem dowiedzieli się o nich pierwsi, jak tylko zobaczyli nowe obniżone stawki w umowach. Zwróćmy jednak uwagę, że to nie będzie jakaś wielka strata. Opery, wzorem Met, często nie płacą za jakość. Jak wyjaśnić fenomen na przykład Anny Netrebko, która już dawno temu swój niegdyś efektowny głos doprowadziła do ruiny, a jednak nadal śpiewała w Met? Tylko wojna na Ukrainie i to, że śpiewaczka lubi Putina, pozwoliły Gelbowi pozbyć się z Met tego wątpliwego estetycznie i kosztownego balastu obsadowego, jakim była Netrebko.
Dwa Chagalle na sprzedaż (wymiary 9 metrów na 11)
Ani obniżenie pensji, modyfikacja istniejących inscenizacji, zwolnienie pracowników czy szukanie tańszych śpiewaków nie załatają dziury budżetowej Metropolitan Opera, która od kilku lat zjada rezerwy swojego funduszu kapitałowego. Nie pomogą też znaczne zmniejszenie liczby spektakli oraz nowych produkcji. Kontrakt Met z Arabią Saudyjską wart 200 milionów dolarów, który by naprawił sytuację, jest niepewny (w zamian za tę sumę Met miała zorganizować trzytygodniowy festiwal operowy w Operze Królewskiej w Rijadzie).
Zarząd Metropolitan Opera rozważa zatem sprzedaż dwóch wielkich murali o wymiarach 9 metrów na 11, którymi na zlecenie Rudolfa Binga Marc Chagall ozdobił gmach opery. Wyceniono je na 55 milionów, a ewentualnemu nabywcy przysługiwałoby umieszczenie tabliczki „To moje!”. Ale jak donosi amerykańska prasa, zarząd Met rozważa także pójście jeszcze o krok dalej i sprzedaż nazwy Metropolitan Opera. Chętni niewątpliwie się znajdą.
Met jako najważniejsza opera świata to mit, w który wielu ludzi uwierzyło i być może wierzy nadal. Jednak przekonanie, że Met opływało w dostatek było w dużej mierze faktem. Powrót do tych mitycznych czasów póki co wydaje się niemożliwy, nawet przy wsparciu z Arabii Saudyjskiej.
Recenzowany spektakl „Carmen” G. Bizeta odbył się 7 listopada 2025 roku
dyrygent: Fabien Gabel
w rolach głównych wystąpili: Isabel Leonard, Adam Plachetka, Michael Fabiano, Kristina Mkhitaryan
Chór i Orkiestra Metropolitan Opera w Nowym Jorku
zdjęcia ze spektaklu © Nina Wurzel
zdjęcie muralu Chagalla: Wiki Media Author Adjoajo