Jedna czwarta Polaków popiera wyjście z Unii Europejskiej! Ten niepokojący wynik, pochodzący z grudniowego sondażu IBRiS-u, wywołał zrozumiałe poruszenie wśród proeuropejskich komentatorów. W badaniu zapytano respondentów, czy Polska powinna „w najbliższym czasie rozpocząć procedurę wyjścia z Unii Europejskiej”, a 24,7 procent odpowiedziało twierdząco. To najwyższy poziom jawnego poparcia dla „polexitu” od czasu przystąpienia Polski do UE w 2004 roku.
Co się stało? Geografia, demografia i polityka
Polexit popierają głównie osoby w wieku 30–49 lat (38 procent) oraz mieszkańcy obszarów wiejskich (35 procent). Najmłodsi wyborcy – marginalnie (13 procent osób w wieku 18–29 lat), podobnie jak mieszkańcy największych miast (15 procent).
Sympatie partyjne jeszcze wyraźniej wiążą się z poparciem dla polexitu. Popiera go tylko 3 procent zwolenników koalicji rządzącej, w porównaniu z 43 procent zwolenników partii opozycyjnych – przede wszystkim PiS-u i Konfederacji.
Te liczby z pewnością odzwierciedlają rzeczywistą zmianę, widoczną również w innych badaniach. Sondaż Eurobazooka zlecony przez „Le Grand Continent” na początku grudnia wykazał, że poparcie dla pozostania Polski w UE spadło do 69 procent – z 77 procent w 2024 roku i aż 92 procent w 2022 roku.
CBOS również odnotowało wzrost sprzeciwu wobec członkostwa w UE. Przegląd dwudziestu lat postaw wobec przynależności do Unii wykazał 77 procent poparcia w kwietniu 2024 roku, a więc o osiem punktów procentowych mniej niż rok wcześniej i o piętnaście punktów mniej niż w czerwcu 2022 roku.
Bezpośrednie przyczyny są oczywiste. Ogólnie niesprzyjające warunki dla europejskiej współpracy, spory z Brukselą dotyczące polityki migracyjnej, regulacji rolnych i dyrektyw klimatycznych dostarczyły obfitego materiału dla narracji eurosceptycznych.
Przekonanie, że UE „dyktuje, co robić, bez możliwości wpływu ze strony Polski” – pogląd podzielany przez ponad połowę (53 procent) Polaków według badania GLOBSEC z 2024 roku – stworzyło podatny grunt dla apeli suwerennościowych.
Najnowszym punktem zapalnym jest umowa handlowa UE–Mercosur, podpisana 17 stycznia 2026 roku. Wywołuje pretensje dotyczące unijnej polityki rolnej. Poczucie, że polskie interesy są poświęcane na rzecz szerszych europejskich ambicji handlowych.
Według sondażu CBOS-u, przeprowadzonego w dniach bezpośrednio po podpisaniu umowy, ponad połowa Polaków sprzeciwia się jej, a jedynie 16 procent popiera. Przewaga sprzeciwu nad poparciem widoczna jest we wszystkich elektoratach, choć podział rządowo-opozycyjny pozostaje wyraźnie widoczny – ponad trzy czwarte zwolenników PiS-u, Konfederacji i KKP wyraża sprzeciw, w porównaniu z mniej niż połową zwolenników KO i Lewicy.
Wahania, a nie spadki
Jakkolwiek niepokojące są te ostatnie dane, w dłuższej perspektywie wyglądają mniej dramatycznie.
Po pierwsze, polskie poparcie dla członkostwa w UE było historycznie niezwykle stabilne mimo okresowych wahań. W referendum akcesyjnym w 2003 roku 77,6 procent głosowało za przystąpieniem.
Od chwili akcesji sondaże CBOS-u nigdy nie wykazały więcej niż jednej czwartej respondentów sprzeciwiających się członkostwu, a przez większość dekady do 2010 roku odsetek ten oscylował w granicach jednocyfrowych, osiągając zaledwie 5 procent w 2019 roku i 6 procent w 2021 roku. W istocie szczyt sprzeciwu wobec członkostwa w UE przypadł na luty 2004 roku, tuż przed przystąpieniem Polski do Unii, gdy 31 procent sprzeciwiało się członkostwu.
Trajektoria poparcia na przestrzeni dwóch dekad ujawnia nie liniowy spadek, lecz znaczące wahania powiązane z okolicznościami politycznymi. Co istotne, wahania te często przebiegały w kierunku przeciwnym do tego, co sugerowałyby naiwne założenia o wpływie rządu na postawy obywateli.
Podczas kryzysu strefy euro w latach 2010–2013, gdy Polską rządziła wyraźnie proeuropejska koalicja Platformy Obywatelskiej (PO) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (PSL), poparcie dla integracji europejskiej faktycznie gwałtownie spadło. Pew Research udokumentował znaczący spadek odsetka Polaków pozytywnie oceniających UE – z 81 procent w 2010 roku do 68 procent w 2013 roku. Znalazło to odzwierciedlenie w pomiarach CBOS-u dotyczących malejącego poparcia dla członkostwa w UE w tym samym okresie – z 86 procent do 72 procent. Działo się to za rządów, które głosiły europejską misję Polski i których lider, Donald Tusk, wkrótce miał zostać przewodniczącym Rady Europejskiej.
Następnie pojawił się pozorny paradoks. Gdy PiS doszło do władzy w 2015 roku i przyjęło coraz bardziej konfrontacyjną retorykę wobec Brukseli, poparcie dla członkostwa nie spadało dalej. Wręcz przeciwnie – wzrosło, przekraczając ostatecznie 90 procent w 2019 roku, nawet gdy Trybunał Konstytucyjny orzekał przeciwko prymatowi prawa unijnego nad polskim, a relacje między polskim rządem a Komisją Europejską pogrążały się we wrogości.
Efekt „mobilizacji wokół Europy” w momentach postrzeganego zagrożenia dla członkostwa w Unii okazał się znaczący.
Takie historyczne wzorce powinny zatem skłaniać nas do ostrożności przed interpretowaniem dzisiejszych liczb jako dowodu fundamentalnej zmiany postaw.
Termostat opinii publicznej
Najbardziej przydatną ramą interpretacyjną dla zrozumienia tych dynamik jest „termostatyczny model” opinii publicznej, opracowany przez politologa Christophera Wleziena.
Kluczowa teza tej teorii jest prosta: preferencje publiczne funkcjonują jak termostat. Dostosowują żądania „więcej” lub „mniej” danej polityki do tego, co rządy faktycznie robią.
Gdy polityka przesuwa się w jednym kierunku, opinia publiczna ma tendencję do przeciągania w przeciwnym.
Model ten został szeroko zweryfikowany w badaniach nad wydatkami rządowymi, polityką imigracyjną i, co kluczowe, postawami wobec integracji europejskiej.
Sugeruje on, że to, co sondaże opinii publicznej rejestrują, to przede wszystkim preferencje względne, a nie absolutne. Na przykład, gdy rząd zwiększa wydatki socjalne, publiczne zapotrzebowanie na dalsze wydatki zazwyczaj maleje. Nie dlatego, że zmieniły się podstawowe wartości, lecz dlatego, że postrzegana luka między bieżącą polityką a polityką preferowaną się zmniejszyła. Termostat dostosowuje oczekiwania.
Polskie dane dobrze pasują do tego wzorca. Za proeuropejskich rządów Donalda Tuska i Ewy Kopacz (2007–2015), gdy integracja europejska była oficjalną polityką, a europejskie preferencje Polski były niekwestionowane, publiczny entuzjazm dla integracji malał. Najniższy punkt osiągnął dokładnie wtedy, gdy proeuropejski rząd był najbardziej ugruntowany (jednak i wtedy komfortowa większość Polaków popierała członkostwo w Unii).
Za rządów PiS-u, gdy retoryka rządowa była wroga wobec Brukseli i pojawiły się autentyczne obawy o możliwość polexitu – czy to z zamysłu, czy przez zaniedbanie – proeuropejskie nastroje wzrosły jako reakcja obronna. Poparcie dla członkostwa osiągnęło historyczne maksimum dokładnie wtedy, gdy wydawało się najbardziej zagrożone z powodu polityki rządu.
Choć obecna koalicja rządząca jest bardziej skłonna do kwestionowania UE i jej ortodoksji, niż inne rządy sprzed „dobrej zmiany”, pozostaje mocno zaangażowana w integrację europejską. Termostatyczna logika działa ponownie w odwrotnym kierunku. Niektórzy wyborcy, którzy wcześniej mobilizowali się w obronie Europy, czują teraz potrzebę wyrażania krytycznych poglądów – nie dlatego, iż rzeczywiście chcą wyjścia, lecz dlatego, że postrzegane ryzyko zmalało.
Niedawne badania Jamesa Dennisona i Alexandra Kustova nad postawami wobec imigracji dokumentują równoległy fenomen, który nazywają „odwróconym efektem zwrotnym” [reverse backlash].
Gdy populistyczne partie radykalnej prawicy odnoszą sukcesy wyborcze, postawy wobec imigracji stają się bardziej pozytywne, a nie mniej – odzwierciedlając negatywną partyjność, polaryzację i chęć zdystansowania się od stygmatyzujących pozycji.
Wzrost znaczenia Brauna na fali eurosceptycznej retoryki może generować podobną dynamikę. Jego widoczność w krótszej perspektywie czyni eurosceptycyzm bardziej znaczącym. Jednocześnie bardziej stygmatyzuje, potencjalnie ograniczając jego szerszy wpływ.
Doświadczenie brytyjskie dostarcza empirycznej ilustracji tych mechanizmów. W referendum z 2016 roku zwolenników wyjścia z UE było 52 procent, przeciwników – 48 procent. Dziś, niemal dekadę po brexicie, proporcje się odwróciły. Według badań YouGov z 2025 roku, 56 procent Brytyjczyków uważa głosowanie za brexitem za błąd, a jedynie 31 procent nadal je popiera. Co szczególnie wymowne, nawet wśród tych, którzy w 2016 roku głosowali za wyjściem, niemal jedna piąta (18 procent) przyznaje dziś, że była to zła decyzja. Zjawisko „bregret” – żalu po brexicie – to termostat w działaniu: dopóki członkostwo było pewne, można było bezpiecznie wyrażać eurosceptycyzm; gdy stało się dobrem utraconym, jego wartość gwałtownie wzrosła.
Polski eurosceptycyzm funkcjonuje obecnie w warunkach bezpieczeństwa – członkostwo jest gwarantowane, co pozwala na wyrażanie niezadowolenia, bez ryzyka rzeczywistych konsekwencji. Brytyjskie doświadczenie sugeruje, że gdyby polexit stał się realną perspektywą, termostat mógłby zadziałać równie dramatycznie.
Realny lęk
Żadne z powyższych nie oznacza, że zmiana polskich postaw jest iluzoryczna lub nieistotna. Wzrost znaczącego elektoratu eurosceptycznego, nawet jeśli napędzanego „dynamiką termostatyczną”, tworzy fakty polityczne. A te kształtują rywalizację partyjną i debaty o poszczególnych politykach.
Pretensje napędzające obecne niezadowolenie, szczególnie dotyczące polityki rolnej i migracji, są merytoryczne i nie znikną tylko dlatego, że zidentyfikujemy psychologiczne mechanizmy wzmacniające ich ekspresję.
Ale zrozumienie tych mechanizmów ma znaczenie dla sposobu, w jaki reagujemy. Jeśli rosnące poparcie dla polexitu odzwierciedla przede wszystkim termostatyczne dostosowanie do proeuropejskiego rządu, a nie fundamentalną i trwałą zmianę preferencji, to radykalnie antyunijna retoryka może być kontrproduktywna, reaktywując właśnie ten obronny proeuropejski sentyment, który charakteryzował lata rządów PiS-u.
Zewnętrzne zagrożenia również odegrają swoją rolę. Perspektywa inspirowanego przez Trumpa wycofania się USA – nawet jeśli tylko częściowego – z europejskiej strefy bezpieczeństwa prawdopodobnie skoncentruje uwagę wszystkich, oprócz najbardziej zagorzałych eurosceptyków, na znaczeniu wspólnego europejskiego działania.
Powinniśmy traktować poważnie merytoryczne polityczne obawy, które agreguje eurosceptyczny sentyment. Poczucie bezsilności wobec brukselskich dyrektyw, dystrybucyjne konsekwencje polityki klimatycznej i postrzegany rozdźwięk między priorytetami UE a polskimi interesami.
Jednak uwagi wymaga również sceptycyzm wobec wyników sondaży, ponieważ mówią nam one więcej o aktualnej temperaturze politycznej niż o tym, gdzie Polacy rzeczywiście chcą, aby ich kraj się znajdował.