Około dwustu bojowników Armii Wyzwolenia Beludżystanu atakowało posterunki policji, wojska, banki i budynki rządowe. Ich celem były także obiekty cywilne: w budowanym przez Chiny porcie Gwadar miało zginąć 11 cudzoziemskich robotników. W rozprowadzanych w internecie materiałach filmowych AWB pokazano ataki kobiecych oddziałów organizacji, oraz terrorystów-samobójców. Oficjalne źródła w Islamabadzie podały, że zginęło 18 cywili i 15 członków sił bezpieczeństwa, a w rządowej kontrofensywie miało zginąć 197 „terrorystów – Indyjskich Wichrzycieli” – jak w urzędowym języku nazywa się AWB. Starcia trwają.
Operacja nosi nazwę „Herof 2”. W języku beludżi „herof” oznacza „czarną burzę”. Pierwsza operacja z tym kryptonimem miała miejsce dwa lata temu. Wówczas AWB zaatakowała pakistańskie posterunki policyjne i wojskowe, lecz także cywilnych Pendżabczyków, najliczniejszą grupę etniczną w Pakistanie.
Surowcowe eldorado
Beludżystan to najbogatsza w zasoby – w tym ropę i gaz – prowincja Pakistanu. AWB uważa, niebezzasadnie, że jest przez Islamabad wykorzystywana ekonomicznie i dławiona politycznie. Chińczycy, rozbudowujący port w Gwadar i zarządzający nim, są częstym celem terrorystycznych ataków. Dla Pekinu jednak port ten, jest niezbędnym elementem strategicznych szlaków handlowych – daje bowiem wyjście na Morze Arabskie.
W rozbudowę infrastruktury w Pakistanie Chiny włożyły 60 miliardów dolarów. Pozostają także kluczowym sojusznikiem Pakistanu w odwiecznym konflikcie z Indiami.
Pakistan jest również ściśle związany ze Stanami Zjednoczonymi, które wspierają go strategicznie i są żywotnie zainteresowane eksploatacją surowców kraju. Tylko we wrześniu amerykański koncern USSM podpisał umowę o zainwestowaniu 500 milionów dolarów w ich wydobycie. Ataki AWB drastycznie podnoszą ryzyko tych inwestycji.
Długa walka o niepodległość
Ale Beludżowie toczą walkę o niepodległość od samego powstania Pakistanu w 1948 roku. Obecny zryw jest największym z dotychczasowych – wszystkie poprzednie zostały krwawo stłumione.
To naród pochodzenia irańskiego i mówiący językiem indoeuropejskim. Zamieszkuje przygraniczne obszary Pakistanu, Iranu i Afganistanu, bo tak ukształtowały się w XIX wieku granice imperiów. Walczą o prawo do samostanowienia także pod rządami Teheranu. Irański Beludżystan, podobnie jak irański Kurdystan, były najaktywniejsze podczas styczniowego powstania przeciwko reżimowi ajatollahów i podczas wcześniejszych zrywów.
Podobieństwem do Kurdystanu jest też wojskowa rola kobiet w Beludżystanie. Do pewnego stopnia wynika ona z odpowiedzi na masowe represje, które wyeliminowały z szeregów organizacji część mężczyzn. W 2024 roku Iran ostrzelał rakietami domniemane bazy beludżyjskiej organizacji niepodległościowej Dżajsz al-Adl. Pakistan odpowiedział, atakując rakietami domniemane bazy AWB w Iranie. Po obu atakach Teheran i Islamabad zawarły zawieszenie broni, uznawszy, że skuteczniej będzie zwalczać Beludżów wspólnie, niż wspierać ich przeciwko sobie nawzajem.
Sprzymierzeni z konieczności
Nieco podobna sytuacja istniała w latach siedemdziesiątych XX wieku, na granicy irańsko-irackiej. Wówczas to oba państwa wspierały przeciwko sobie kurdyjskie powstania po obu stronach granicy. Także i tam zakończyło się to wspólnym antykurdyjskim przymierzem.
Pod koniec 2024 roku AWB dokonała ataku terrorystycznego na stację kolejową w Quetcie (32 zabitych), a w kilka miesięcy później zaatakowała ekspres z Quetty do Peszawaru (64 zabitych, w tym 18 pakistańskich wojskowych) w pakistańskiej kontrofensywie zginęło 33 bojowników AWB. Islamabad o wspieranie Beludżów oskarżył wtedy nie Iran, lecz Afganistan i Indie. Stąd „Indyjscy Wichrzyciele”.
Z oboma krajami, inaczej niż z Iranem, Islamabad ma fundamentalne konflikty terytorialne i polityczne. Oskarżenia brzmią więc prawdopodobnie. Podobnie zresztą jak indyjskie oskarżenia wobec Pakistanu o wspieranie terrorystów w Kaszmirze.
Dowody winy, przedstawiane przez stronę przeciwną, wyglądają zawsze nieco podejrzanie. Tylko gdzie indziej mają szukać pomocy Kaszmirczycy walczący z indyjską okupacją, czy Beludżowie walczący z dominacją Pakistanu, jak nie w państwie, będącym głównym wrogiem tych, którzy ich uciskają?
Ceną za takie poparcie jest ryzyko bycia instrumentalnie wykorzystywanym w cudzej rozgrywce. I dodatkowo posiadania przeciwko sobie większość obywateli kraju, spod władzy którego walczący usiłują się oswobodzić.
Brutalne represje
Zapewne większość Beludżów czy Kaszmirczyków zaakceptowałaby w końcu władzę Pakistanu i Indii, gdyby nie cena, jaką płacą za tłumienie przez władze niepodległościowych buntów.
W Beludżystanie zarejestrowano od 2004 roku ponad 7 tysięcy „zaginięć” mężczyzn, uprowadzonych przez pakistańskie siły bezpieczeństwa.
Beludżowie giną też podczas obław na zwolenników AWB oraz już po aresztowaniu. Często na skutek brutalnych pobić w więzieniu.
Dwa lata temu ponad tysiąc Beludżów uczestniczyło w marszu z Quetty do Islamabadu – niemal dwa tysiące kilometrów – by żądać informacji o ich losie. Manifestację rozproszono, aresztowano dwustu uczestników. Żądanie pozostało bez odpowiedzi. Oficjalnie władze pakistańskie mówią o 50 zaginionych, ale nawet o ich losie niewiele wiadomo.
W Kaszmirze z kolei zaginionych od 1989 roku jest około 10 tysięcy. Jako że Indie są demokracją, a nie jak Pakistan wojskową dyktaturą, domaganie się od władz informacji o tym, co się z nimi stało, było łatwiejsze. W kilku pojedynczych przypadkach doprowadziło to do odkrycia zbiorowych grobów i ukarania bezpośrednich sprawców.
Jednak indyjska demokracja staje się pod rządami premiera Narendy Modiego coraz bardziej autorytarna. Zaś promowany przezeń model „hinduistycznego państwa narodu indyjskiego” coraz bardziej przypomina pakistański ustrój dominacji religijnej i etnicznej. Słowem, od państwa, w które je wtłoczono, Beludżowie czy Kaszmirczycy coraz mniej mogą oczekiwać. A na własne – widoków nie mają.
Bez zwycięstwa i bez nadziei
Zresztą losy nowych państw niepodległych – Erytrei czy Sudanu Południowego – nie nastrajają optymistycznie. Ale nie unieważnia to ani praw, ani nadziei na samostanowienie, choć z jego uznaniem bywa różnie.
Nigdy nieistniejącą na mapie jako suwerenne i niepodległe państwo Palestynę uznało już 148 państw świata. Z kolei jak najbardziej istniejący od 1949 roku Tajwan uznaje jeszcze jedynie 13. Zaś okupowaną od 1974 roku przez Maroko Saharę Zachodnią Rada Bezpieczeństwa pozbawiła w ubiegłym roku prawa do niepodległości.
Sytuację Beludżów czy Kurdów dodatkowo komplikuje fakt, że zaborca jest nie jeden nawet, jak w przypadku Sahary, lecz odpowiednio trzech i czterech.
Pozostaje im jedynie, jak Mickiewiczowi niemal dwieście lat temu, wołać: „O wojnę powszechną o Wolność Ludów prosimy Cię, Panie!”. I wojna światowa istotnie przyniosła Polsce wolność, ale „Ludy”, których zginęły w niej miliony, mogły mieć w tej sprawie inne zdanie.
Można sobie wyobrazić azjatycką wojnę, od Turcji po Indie, na skutek której Beludżystan i Kaszmir zyskują niepodległość. Gwarancje atomowe, jakich Pakistan właśnie udzielił Arabii Saudyjskiej, są przewidziane na taką właśnie okoliczność. Cena byłaby jednak zapewne straszliwa.
Pozostaje się spodziewać, że będą kolejne „czarne burze” – i kolejne marsze z żądaniami wyjaśnienia losu kolejnych uprowadzonych. Bez zwycięstwa i bez nadziei.