Kariera kompozytorska Ericha Korngolda zaczęła się od niewielkiej afery, którą przez jakiś czas żyły wiedeńskie elity. W 1910 roku na scenie Opery Wiedeńskiej wystawiono balet-pantomimę „Bałwan”. Tę fortepianową kompozycję Korngolda zorkiestrował nie kto inny, jak ojciec muzycznej awangardy niemieckiej – Zemlinsky, u którego młody Korngold pobierał lekcje. Wiedeńskie kawiarnie huczały od plotek, bo wprawdzie nastolatek był bardzo uzdolniony i sam Mahler nazwał go „geniuszem”, to do samej premiery doszło dzięki wpływom, jakie miał ojciec młodocianego kompozytora: Julius Korngold – wiedeński prawnik i krytyk muzyczny.
Przy okazji należy dodać, że Julius był zagorzałym przeciwnikiem kręgu Schönberga. Niewątpliwie Erich był pod wpływem konserwatywnych poglądów ojca na estetykę modernizmu. Nawet gdy już pozbył się wizerunku cudownie uzdolnionego dziecka i zbliżał do trzydziestki, skomponował „Cztery małe karykatury dla dzieci”, op. 19 [1926]. Zbiór ten to pamflet na Schönberga, Strawińskiego, Bartóka i Hindemitha, w którym Korngold nabija się z atonalności. Przedstawia ją jako nietrafianie we właściwe klawisze fortepianu.
Od cudownego dziecka do Hollywood
Gdy w marcu 1916 roku odbyła się premiera „Violanty” Erich Korngod miał 18 lat. Opera ta, to jego pierwsze ważne, dojrzałe i bardzo indywidualne dzieło. Program wieczoru premierowego, w Monachijskim Teatrze Dworskim uzupełniła skomponowana dużo wcześniej przez Korngolda komiczna jednoaktówka „Pierścień Polikratesa”. Po tej parze krótkich oper skomponuje jeszcze „Umarłe miasto” [1920]. Ta opera przyniesie mu sławę wykraczającą poza granice Austrii i Niemiec i sprawi, że Korngold przez kilka sezonów będzie drugim po Richard Straussie najczęściej granym niemieckim kompozytorem operowym.
„Umarłe miasto” jako jedyne spośród dzieł kompozytora znalazło stałe miejsce w repertuarze teatrów, dlatego niektórzy bardziej niż z opery będą kojarzyć Korngolda ze starego kina. Dzięki kontaktom (znów wracamy do uprzywilejowanych wiedeńskich elit) z Maxem Reinhardem Korngold zaczął współpracę z Hollywood. Od 1934 roku spędzał zimowe miesiące w Kalifornii, pracując jako kompozytor dla wytwórni Warner Brothers. Na początku 1938 roku Korngold kończył pracę nad muzyką do „Robin Hooda” (za co dostał swojego drugiego Oscara). Jednak po Anschlussie Austrii przez III Rzeszę stało się jasne, że z nową wiosną nie wróci do Europy, a zamiast tego sprowadzi swoją rodzinę do Kalifornii.
Po zapomnienie
Co się stało, że ten dwukrotny zdobywca Oscara oraz innych nagród za muzykę do filmów w dużej mierze popadł w zapomnienie na kilkadziesiąt lat?
Po pierwsze, stracił kontakt ze „swoim” europejskim środowiskiem muzycznym. To zresztą zostało odstawione w kąt przez powojenną awangardę, która miała swoje ośrodki na przykład w Darmstadt czy Donaueschingen i stała się na kilkadziesiąt lat bardzo wpływowa. „Umarłe miasto” czy koncert skrzypcowy Korngolda stały się wówczas synonimem muzyki przestarzałej. Z czasem nawet muzyka filmowa Korngolda, czyli sławne szwadrony smyczków towarzyszące Olivii de Havilland czy Bette Davis, stała się wręcz synonimem kiczu.
Powojenne nurty awangardowe szybko się jednak wyczerpywały, choć niektórzy zapóźnieni kompozytorzy pozostali im wierni do dzisiaj. Natomiast, jak się okazało po upływie kilku dekad, muzyka Korngolda zaczęła stopniowo powracać.
Renesansowy anturaż pierwszych lat XX wieku
Zacznijmy od tego, że „Violanta” to ekspresjonizm muzyczny pierwszorzędnej jakości, za którego postaciami czają się modne w Wiedniu początku XX wieku psychoanalityczne idee Freuda. W jakimś sensie „Violanta” jest odpowiedzią Korngolda na bodaj najsławniejszą ekspresjonistyczną operę jednoaktową, ledwie dziesięć lat starszą „Salome” Richarda Straussa. Dodatkowo reprezentuje inną popularną w tamtych latach kategorię oper zainspirowanych epoką renesansu, jak „Mona Lisa” Schillingsa [1915], „Tragedia florencka” Zemlinskiego [1916], „Palestrina” Pfitznera [1917], „Napiętnowani” Schrekera [1918], żeby wymienić te najwybitniejsze.
Akcja „Violanty” rozgrywa się w piętnastowiecznej Wenecji, w czasie karnawału. Mimo to nastroju beztroskiej zabawy w tym dziele nie znajdziemy. Tytułowa bohaterka zamierza zwabić i zabić uwodziciela swojej siostry, księcia Neapolu, Alfonsa. Jednak sama się w nim zakochuje, co sprowadza na nią śmierć z ręki jej męża. Nawiasem mówiąc, ten element dodatkowo wiąże to dzieło ze wspomnianą „Tragedią florencką” czy „Moną Lisą”.

Podróż lutniarza
„Violanta” wprawdzie nadal w cieniu sławy „Umarłego miasta” czy „Cudu Heliany”, który recenzowaliśmy kilka lat temu, jest dziełem wyjątkowej urody muzycznej i o dużym znaczeniu. Wysłuchanie tej opery może być niesłychanie odświeżającym doświadczeniem. Z kolei nowiutka inscenizacja na deskach Deutsche Oper Berlin, może przynieść jakiś kolejny przełom w recepcji zarówno samej „Violanty”, jak i muzyki Korngolda w ogóle.
Dyrygent Donald Runnicles zaczyna spektakl „Violanty” od fantazji lutniowej Johna Dowlanda, która w katalogu dzieł kompozytora figuruje pod numerem P5. Pedro Alcàcer pojawia się na scenie i klarownie snuje myśl muzyczną przez wszystkie głosy polifonicznej struktury w zadziwiającym skupieniu.
Wybór tej fantazji wprawdzie jest nieco anachroniczny, lecz nieprzypadkowy. Przede wszystkim daje słuchaczom wgląd do introwertycznej natury głównej bohaterki i dobrze wprowadza w atmosferę dzieła. Ma również zaczepienie w biografii samego Dowlanda. Kompozytor, mając trzydzieści lat, był rozczarowany, że nie dostał stanowiska nadwornego lutnisty Elżbiety I. Wyjechał więc do Włoch. W 1595 roku, nota bene w Mantui, powoli kluje się koncepcja opery. Być może ta podróż ma również pozamuzyczny aspekt w postaci misji szpiegowskiej? Nie ma w tym niczego niezwykłego, było to dość powszechne dodatkowe zajęcie muzyków, wszak często bywali oni w podróży. Jego pierwszym przystankiem jest oczywiście Wenecja i tu dochodzimy do sedna. Właśnie tu Dowland kupuje swoją ulubioną lutnię!
Preludium na niewłaściwych klawiszach
Po wybrzmieniu ostatnich dźwięków Fantazji P5 (zadziwiające zresztą, jak ten subtelny instrument wspaniale zabrzmiał w tak dużej przestrzeni, jaką jest Deutsche Oper), Runnicles otwiera radykalnie inną perspektywę na dzieło Korngolda. Jako pełnoskalowa uwertura do „Violanty” pojawia się ikoniczne dzieło ekspresjonizmu II Szkoły Wiedeńskiej: Preludium z „Drei Orchesterstücke”, Op. 6 Albana Berga. Utwór jeszcze nie dodekafoniczny, ale silnie chromatyczny, atonalny; skomponowany w latach 1913–1915. Dokładnie w tym samym czasie Korngold pracował nad „Violantą”.
Ten wyrafinowany „prolog” nadaje całości spektaklu bardzo osobliwy kontekst muzyczny. Pokazuje bowiem, że pod względem ekspresji i wyczucia dramaturgii Korngold wcale nie był tak daleko od Berga, choć style ich wypowiedzi muzycznych są zgoła odmienne.
Runnicles w szczytowej formie
Orkiestra Deutsche Oper była świetnie przygotowana, a tu i ówdzie zakradające się drobne nieścisłości w realizacji partytury absolutnie niczym jej nie uchybiają. Trzeba zaznaczyć, że jest to 80 minut niebywale intensywnego grania wymagającego niezwykłego skupienia i umiejętności technicznych. Pod batutą Runniclesa „Violanta” brzmi wyjątkowo efektownie. Zachwyca jako wybitnie zinstrumentowane dzieło. Również jako najwyższej próby dzieło teatru muzycznego, które szerokim łukiem narracji muzycznej obejmuje całą fabułę.
Ólafur Sigurdarson, Laura Wilde i Michalis Culpajevs w głównych rolach stanowią dobrą, wyrównaną obsadę. Budują postaci z wielką wyrazistością! Spośród wszystkich zarówno urodą głosu i hipnotyzującą ekspresją wyróżnia się mezzosopranistka Stephanie Wake-Edwards w drugoplanowej roli piastunki tytułowej bohaterki. Jej pieśń o aniołach, którą śpiewała niegdyś Violancie, jest jednym z najbardziej poruszających momentów.
Minimalistyczna scenografia Mattea Marziano Graziano z kilkoma dużymi, bardzo architektonicznymi elementami podkreśla symboliczny wymiar libretta: pięknie działa w przestrzeni pustej ciemnej sceny, zachwyca pięknem i czystością formy. Reżyser David Hermann zadaje widzom zagadki, które być może są nieco naiwne lub wciśnięte w spektakl trochę na siłę, lecz nie stanowią przeszkody ani dla śpiewaków, ani widzów. Jest to teatr muzyczny bezpieczny dla wszystkich, a przede wszystkim dla muzyki, którą z szacunkiem stawia na pierwszym miejscu.
Erich Wolfgang Korngold „Violanta”
dyrygent: Donald Runnicles
reżyseria: David Hermann
soliści: Laura Wilde (Violanta), Ólafur Sigurdarson (Simone Trovai), Mihails Culpajevs (Alfonso), Kangyoon Shine Lee (Giovanni Bracca), Lilit Davtyan (Bice), Stephanie Wake-Edwards (Barbara), Andrei Danilov (Matteo)
Chór i Orkiestra Deutsche Oper Berlin
recenzowany spektakl odbył się 6 lutego 2026 roku
(premiera inscenizacji: 25 stycznia 2026)
zdjęcia ze spektaklu: © Marcus Lieberenz