Jednym z moich pierwszych dziecięcych wspomnień jest spacer po targu żywnościowym w Kano, mieście handlowym w północnej Nigerii, gdzie mój ojciec wykładał w latach osiemdziesiątych na politechnice. Jako pięcioletnia dziewczynka z Polski nigdy nie widziałam ciemnoskórych twarzy i idąc z tatą za rękę, pytam: „Dlaczego wszyscy ludzie wyglądają tutaj tak samo?”. Tata myśli przez chwilę, a potem odpowiada: „Nie wyglądają tak samo. Różnią się, tak samo jak my. Z czasem nauczysz się to zauważać”.
Moja pierwsza reakcja na nigeryjskim bazarze do złudzenia przypomina społeczną dynamikę wobec imigrantów. Operowanie pierwszymi, uproszczonymi spostrzeżeniami. Zaliczanie wszystkich przedstawicieli danej grupy do jednej kategorii, której charakterystyka zostaje stworzona w pośpiechu i niedokładnie. Częstokroć emocjonalne nacechowanie, z którym trudno się rozstać.
To pakietowa hierarchizacja migrantów, odbywająca się niezależnie od ich jednostkowych cech.
Można ją zaobserwować we wszystkich społeczeństwach, w których jest wielu przybyszów. A szczególnie w takich, do których w relatywnie krótkim czasie przybyło relatywnie wiele osób, poszukujących lepszej pracy albo po prostu lepszego życia. Natomiast to, w jaki sposób budowane jest pakietowe myślenie o migrantach w konkretnym miejscu i sytuacji, jest już uwarunkowane cechami danego społeczeństwa, jego historią i nawykami.
Republika Federalna, kraj imigracyjny
Niemcy przyjmowały migrantów masowo od lat sześćdziesiątych XX wieku. Skład społeczny tej grupy zmieniał się w czasie – byli to Hiszpanie, Grecy, Turkowie, Syryjczycy, Polacy, Czesi i wielu innych. Z kolejnymi dekadami Niemcy stali się krajem imigracyjnym.
Polacy to w dzisiejszych Niemczech 8 procent mieszkańców pochodzących z krajów Unii Europejskiej. Mieszka tu około 2,2 miliona osób z polskim paszportem lub o polskim pochodzeniu. Zaraz za Polską, inne kraje Europy Wschodniej, które w 2004 i 2007 roku przystąpiły do UE – Czechy, Słowacja, Węgry, Słowenia i kraje bałtyckie – odpowiadały przez kolejne dekady za większość migracji zarobkowej z krajów europejskich do Niemiec.
W międzynarodowych mediach zrobiło się ostatnio głośno o tym, że więcej Polaków wraca dziś do Polski niż wyjeżdża do Niemiec. Podobne zjawisko wzmożenia powrotów jest do zaobserwowania w przypadku Wysp Brytyjskich. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiadam na podstawie Niemiec.
Pakietowy antyslawizm
Powiedzmy otwarcie, że migranci z Europy Wschodniej nie wypadają najlepiej w pakietowej hierarchizacji. Większość badań dotyczących stosunku do migrantów w Europie wskazuje na istnienie specyficznej East-West-Divide, która rozdziela
„bardziej pożądanych”, widzianych jako „bardziej kulturalnych”, „wykształconych” migrantów z Zachodu, i „gorszych”, „mniej pożądanych”, „mniej wykształconych” i „mniej kulturalnych” migrantów ze Wschodu.
Zachód nie musi oznaczać miejsca geograficznego, ale często ma znaczenie symboliczne – i tak badania donoszą, że na przykład Australijczycy mają w Wielkiej Brytanii znacznie lepszy start niż Rumuni o tych samych kwalifikacjach.
Mają tu znaczenie stereotypowe wyobrażenia na temat regionu Wschodniej i Centralnej Europy jako zacofanego. W przypadku Niemiec nakłada się na to stosunek postkolonialny, nieprzepracowany jeszcze od czasów rozbiorów Królestwa Polsko-Litewskiego i rządu Bismarcka. Oraz niewiedza dotycząca zniszczeń spowodowanych na tych terenach podczas drugiej wojny światowej przez III Rzeszę.
„Jesteś z Polski? A słyszałaś taki kawał: «Spędźcie wakacje w Polsce, wasze samochody już tam są?»”. „Czy mogłabyś podać mi ketchup? Tylko proszę, nie ukradnij go po drodze”. To typowe żarty. Pierwszy z nich usłyszałam natychmiast po rozpoczęciu przypadkowej rozmowy z obcą osobą w metrze. Drugi, podczas studenckiego wyjścia do pubu. Słyszałam takie rzeczy setki razy, od kiedy po raz pierwszy zamieszkałam w Niemczech na dłużej, jako studentka Uniwersytetu Ludwiga Maximiliana w Monachium.
Antyslawizm – w tym przypadku antypolonizm – to zjawiska, o których występowaniu powszechnie informują migranci z Europy Wschodniej. Badają je również socjologowie.
Olga Masłowska, germanistka i badaczka uprzedzeń mieszkająca w Berlinie, pisze w tym kontekście o zjawisku „linguizismus”, czy też „akcentyzmu”, który jest szczególną odmianą rasizmu i powoduje u migrantów poczucie bezustannej niepewności.
Jak wskazuje, jest to szczególnie uderzające doświadczenie u migrantów wysoko wykwalifikowanych, którzy czują się przez to niewidziani i nierozpoznawani. Negatywne reakcje opisywane są nie tylko w sytuacjach, gdy ktoś przedstawia się jako Europejczyk ze Wschodu, ale także gdy po prostu zaczyna mówić i ujawnia wschodnioeuropejski akcent.
W badaniach Leibniz-Institut für Deutsche Sprache (IDS) języki z Europy Zachodniej, jak hiszpański, włoski, angielski, francuski, określane są przez respondentów z sympatią. Języki ze wschodu Europy, jak polski i rosyjski, wspólnie zresztą z językami z Bliskiego Wschodu – arabskim i tureckim – zaliczane są jako niesympatyczne.
Gdyby chcieć obrazowo oddać, co dzieje się w przypadku wysoko wykwalifikowanej osoby, która zostaje potraktowana z góry, ponieważ odzywa się z polskim czy ukraińskim akcentem, trzeba byłoby odwołać się przez chwilę nie do badań socjologicznych, ale do literatury. W „Ferdydurke” Witold Gombrowicz opisuje to jako upupienie. Tak się właśnie czuje w tej sytuacji dorosły, wykształcony, kulturalny człowiek. Odnajdujemy się wtedy, niby w koszmarze, który śnił się pewnie każdemu z nas: oto nagle uczony, inżynier, lekarz, siedzi w przyciasnej szkolnej ławce, a nauczyciel traktuje go jak nieokrzesanego młokosa.
Rywalizacja migrantów
Drugi mechanizm, również słabo opisany w badaniach, można nazwać konkurencją doświadczeń migracyjnych. Polacy mieszkający w niektórych dzielnicach Berlina, z którymi rozmawiałam, przygotowując ten artykuł, nie tylko martwią się, że ich dzieci uczęszczają do szkół, w których znaczna część uczniów ma inne języki ojczyste niż niemiecki. Jedna z moich rozmówczyń opowiadała o sytuacji swojej córki, która w roku pierwszej komunii czuła się wykluczona jako jedyna katoliczka w klasie zdominowanej przez uczniów pochodzących z rodzin muzułmańskich.
To jednostkowe doświadczenie nie mówi nic o „kulturach” jako takich, ale wskazuje na coś innego: w przestrzeni szkolnej spotykają się dziś dzieci z bardzo różnych środowisk religijnych i migracyjnych, a instytucje nie zawsze dysponują narzędziami, by te różnice oswajać i przekładać na wzajemne zrozumienie. Problemem nie jest sama różnorodność, lecz brak wystarczających mechanizmów integracyjnych – zarówno między migrantami a społeczeństwem większościowym, jak i pomiędzy samymi grupami migrantów.
Strategia nurkowania
Trzeci mechanizm można nazwać nurkowaniem. Z badań migrantów w całej Europie wynika, że osoby pochodzące z Europy Wschodniej w kraju zachodnim dokonują najczęściej w swojej karierze „nurkowania”.
Ponieważ ich kompetencje zawodowe, a także wykształcenie pozostają najczęściej nierozpoznane, szukają prac poniżej swoich umiejętności. Nikogo nie powinno zatem dziwić, że osoby z wyższym wykształceniem nagle wykonują prace fizyczne lub powtarzające się proste prace biurowe.
To samo dzieje się w wielu przypadkach w Niemczech. Czy wywołuje to frustrację? Tak. Dlaczego zatem migranci „nurkujący” przez całe dekady pozostają w nowym kraju? Ma to związek z przekonaniem, że nie mają, dokąd wrócić. Że w kraju pochodzenia będzie im o wiele gorzej, przede wszystkim ekonomicznie.
Dlaczego nie chcą już nurkować?
Jednak teraz następuje odwrotny trend. Polacy, którzy niegdyś zgadzali się na „pakietową segregację” oraz „nurkowanie”, nie chcą już w tym uczestniczyć. Dlaczego? Mechanizmy, o których tu mowa, nie są przecież nowe.
Powody są dwa. Pierwszy to niewątpliwy sukces ekonomiczny Polski. I tu uwaga: niekoniecznie chodzi tutaj o projekcję własnych, dużo wyższych zarobków, a raczej ogólny rozwój kraju. Niektóre ze wschodnich państw członkowskich UE osiągnęły w ostatnich 37 latach szczególny sukces. Szczególnie dobrze widać to na przykładzie Polski, która zmieniła się nie do poznania. Ostatnie liczne publikacje o polskim sukcesie w „The Economist”, „L’Express”, a także w „Der Spiegel” wynikają z tego, że wzrost gospodarczy nad Wisłą jest nieprzerwany. Kryzys finansowy i pandemia zasadniczo Polski nie dotknęły, mówi się coraz głośniej o przystąpieniu kraju do G20. Obietnica Lecha Wałęsy z początku transformacji, że Polska będzie „drugą Japonią”, niegdyś wyśmiewana, dziś realizuje się na naszych oczach. Eksperci piszą, że w następnej kolejności Warszawa wyprzedzi pewnie Madryt i… Londyn.
Drugi to media społecznościowe.
Polacy i Polki dowiadują się z nich o nowoczesnej infrastrukturze w kraju, o czystości polskich miast. Zachęca ich do powrotu również coraz większa sława przyjaznej, w porównaniu z Niemcami, biurokracji, powszechnej digitalizacji. Wreszcie po prostu łatwość poruszania się w polskim świecie, który dobrze znają, a z którego zniknęło wiele z tego, co wcześniej doprowadziło do ich wyjazdu.
Media społecznościowe i ogólnie internet działają jednak jeszcze w innym aspekcie. Dawniej migranci przyjeżdżali do obcego kraju i byli ze wszystkich stron wystawieni na jego język i kulturę, za pośrednictwem mediów tradycyjnych, kina, teatru, wreszcie zwykłych czynności, takich jak codzienne zakupy. Dziś nawet najlepiej wykształcony i mówiący świetnie językiem migrant do porannej kawy włączy podcast w rodzimym języku, zamiast do kina uda się na stronę ulubionego portalu filmowego z napisami lub dubbingiem w rodzimym języku, a zakupy zrobi przez aplikację, więc nie potrzebuje uczyć się, jak powiedzieć w sklepie mięsnym „poproszę 20 dkg szynki gotowanej”. Skoro migranci żyją dziś we własnych językowych i kulturowych enklawach, łatwiej jest im wrócić do kraju pochodzenia.
Obcość Europejczyka w Europie
Skoro Polacy, a wkrótce może również Czesi, Słowacy, Bałtowie, będą bardziej zainteresowani powrotem do państw pochodzenia niż wyjazdem na zachód Europy, jakie będzie miało to dalekosiężne skutki? W Europie bezdyskusyjnie zmieniają się dynamiki i hierarchie migracji. Zmienia się jednak jeszcze inna rzecz: europejskie zjawisko obcości. Co to znaczy?
Ze względu na jednolity rynek towarów, usług, kapitału i osób, przestrzeń Unii Europejskiej jest miejscem bezustannego wędrowania. Otwiera ona możliwość przenoszenia się lub spotykania tych, którzy przychodzą (i często później odchodzą).
W tym sensie bycie Europejczykiem jest, by użyć sformułowania wybitnego niemieckiego socjologa Georga Simmla, szczególnym przypadkiem obcości.
Obcość rozumiemy najczęściej pejoratywnie. Z punktu widzenia jednostkowej psychiki jest rozumiana jako brak poczucia komfortu danej jednostki w miejscu, gdzie nie jest ona uważana za kogoś bliskiego, znanego, a więc zaufanego, kogoś, kto ma prawo do zajmowanej przestrzeni.
Obcość jako forma uspołecznienia jest jednak czymś innym. Nie polega wyłącznie na wzajemnym konfrontowaniu się i zerkaniu na małe różnice. Obcość europejska, ponieważ jest formą wzajemnego oddziaływania, jest też przynajmniej potencjalnie, drogą do wzajemnego dostosowania się, uzgadniania i wzbogacania.
Każda jednostka zatem trafia do mikroekosystemu sąsiedztwa, wspólnych dróg i zachowań, w których będzie następnie zaznaczała swoją obecność pozostałym mieszkańcom. Z punktu widzenia Europejczyka, osobę przybywającą z innej części Europy zawsze cechuje jedność z tymi mieszkańcami. Mowa tutaj o sposobach robienia różnych rzeczy, czyli o tego, w jaki sposób się je, nawiązuje się rozmowę, jak spędza się wolny czas, wyraża się relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi, kobietami i mężczyznami i tak dalej. Kto kiedykolwiek przebywał nieco dłużej w innych kulturach niż europejska, na innych kontynentach, zrozumie to od razu. Przebywający w Chinach europejski turysta zatęskni za widelcem, mimo przyjemności korzystania z egzotycznych dla niego porcelanowych pałeczek. Turysta z Europy odwiedzający Stany Zjednoczone na próżno będzie szukał kawiarni o atmosferze przypominającej tę na Starym Kontynencie.
Obcość postrzegana jest zatem w kategoriach geograficznych i tak budowana jest w społecznym postrzeganiu, jak pisałam wyżej, hierarchia obcości. Częściowo obcość wyznaczana jest też przez czas, ponieważ stereotypy mogą – choć nie muszą – ulegać pewnej zmianie.
Za dużo obcości, za mało obcości
Poza przestrzenią i czasem obcość rządzi się też innymi kategoriami, a mianowicie statystyką i intensywnością. Istnieje coś takiego, jak zbyt mało i zbyt wiele obcości. Zbyt mało powoduje zamknięcie społeczeństwa w utartych schematach i brak możliwości uczenia się nowych rzeczy o świecie, co może łączyć się ze strachem przed innością. Zbyt wiele obcości prowadzi do frustracji społecznych, poczucia zagrożenia tożsamości, lęku przed upadkiem zbiorowego konsensusu i kanonu kulturowego.
Pomiędzy tymi dwoma biegunami znajduje się rodzaj equilibrium obcości: równowagi, która może skutkować wzajemną nauką, wymianą kompetencji. Pod warunkiem zachowania takiej równowagi, może nastąpić na przykład transfer form uspołecznienia. Może być to transfer wspólnych form spędzania czasu wolnego, świętowania, odpoczywania, celebrowania posiłków. Mogą pojawić się innowacje w dziedzinie władzy, pracy czy społecznej komunikacji. Wymiana taka nie odbywa się bez pewnego rodzaju napięć, jednak nie powoduje reakcji strachu i odcięcia od zachodzących zmian.
Istnieją jednak okresy, kiedy równowaga ta zostaje zakłócona. Takim okresem były choćby lata po 2004 roku w Wielkiej Brytanii, gdzie otwarcie wspólnego rynku dla wschodnich Europejczyków skończyło się zbiorowym poczuciem braku godności Brytyjczyków, utraty kontroli i ostatecznie wyjściem ich kraju ze struktur unijnych.
Simmel uważał, że łączący różne miejsca handel był jednym ze źródeł socjologicznej formy obcości od czasów niepamiętnych. Współcześnie wspólny rynek europejski i swobodnie przepływające w jego ramach osoby, towary i usługi powodują potencjalnie znakomite warunki do rozwoju socjologicznej obcości, przynoszą bowiem charakterystyczną ruchliwość.
Ta ostatnia łączy dwie sprzeczności: z jednej strony europejscy wędrowcy stykają się przypadkowo z różnymi elementami miejsca, do którego podróżują, z drugiej – nie łączą się z nimi na stałe, nie budują organicznych więzi.
Kategoria obcości funkcjonuje obecnie w Europie intensywnie w sferze politycznej dlatego, że zaistniało dużo obcości w kategoriach socjologicznych.
To paradoks. Unia Europejska miała być budowlą pozwalającą na swobodny przepływ ludzi, towarów i usług. To znaczy, że miała być, po wojennych dramatach, laboratorium nowego rodzaju pojednania, tolerancji, wspólnoty. Miała umożliwić wzajemne poznanie się i zrozumienie narodom takim jak Polacy i Niemcy, jak Ukraińcy i Niemcy, jak Francuzi i Anglicy. Miała zakopać geograficzny podział na Wschód i Zachód, zbyt często będący podziałem pogardy.
Brakuje rozmowy o integracji Polaków w Niemczech, Niemców w Szwajcarii, Słoweńców we Francji, ponieważ większość uwagi dotyczy obcego nieeuropejskiego. Wreszcie, europejski obcy ze Wschodu może uważać, że niesprawiedliwie nic się o nim nie mówi, choć jest przecież wzorowym mieszkańcem swojego tymczasowego kraju. Albo, co więcej, że bardziej widoczni obcy spoza UE, odbiorą mu to, co sobie w pocie czoła wypracował. Stąd wyniki głosowania w sprawie brexitu, gdzie za wyjściem z UE głosowali świeżo upieczeni obywatele brytyjscy polskiego pochodzenia. Podobnie zachowują się dziś Niemcy o pochodzeniu imigranckim, chętnie wspierając Alternatywę dla Niemiec.
Odwrót na wschód?
Czy zatem Polacy wyjadą z Niemiec? Warto pamiętać, że ich wybory nie są automatyczne. Jeden z moich znajomych w Berlinie mówi, że nie wróci do Polski, ponieważ jako właściciel firmy budowlanej jest w Niemczech ceniony, zarabia godnie, a jego autystyczny syn ma dostęp do znakomitej publicznej opieki, która w Polsce istnieje często głównie na papierze. Jednak jeśli ktoś nie ma dzieci, albo jeśli dzieci są zdrowe, to powrót do Polski może zostać uznany za najbardziej rozsądne wyjście.
Podobnie będzie działo się z osobami z innych krajów, którym w Europie Wschodniej dobrze się wiedzie – choćby z Czechami. Badania wskazują, że jednocześnie donikąd nie wybierają się mieszkający w Niemczech Rumuni, Bułgarzy i Chorwaci. Wynikałoby z tego, że dopóki sytuacja ekonomiczna się nie poprawi, przybysze ci w dalszym ciągu będą zasilać niemiecką gospodarkę.
A czy odwrót Polaków z imigracji jest trwały? Trudno powiedzieć, ponieważ największą niewiadomą, która wisi nad tą grupą migracyjną, jest wojna w Ukrainie. Jeśli sytuacja w Waszyngtonie stanie się jeszcze bardziej nieprzewidywalna, albo jeśli NATO ulegnie dezintegracji, sukces Polski może się załamać, a migranci mogą wrócić na europejski zachód, w tym do Niemiec.